Żeby uczcić święto patrykowe, po śniadaniu, mijając wypłowiały ślad na trawie po naszej starej Hondzie, poszliśmy na krótki spacer nad morze. Nad morzem spotkaliśmy pieska (piękny wilczarz, irlandzki oczywiście):
Po powrocie do domu tylko zmieniliśmy buty i z tęsknoty za ogórkiem szklarniowym wyjechaliśmy do Drołdy. Fred wybrał taką drogę, żeby nie utknąć w korku spowodowanym świąteczną paradą, ale też było już około pierwszej i sporo ludzi wracało do siebie. Zajechaliśmy najpierw na kawę do Costy, potem po rzeczonego ogórka do Tesco (Kochany oświadczył mi radośnie, że są już nasze, czyli irlandzkie). O trzeciej z powrotem w domu. Oboje byliśmy padnięci, jakbyśmy rzeczywiście wykonali kawał ciężkiej roboty.
Gdy Fred drzemał zadzwoniłam do rodziców i tu spadła na mnie kiepska, a spóźniona wiadomość: tatko był w piątek wieczór na sorze z podejrzeniem sercowym. Wrócił po kilku godzinach z niejasnym rozpoznaniem (nie wiedzą co to, ale warto skonsultować, poza tym ma się oszczędzać). Najspokojniej jak potrafiłam próbowałam mamie wytłumaczyć, żeby następnym razem w takiej sytuacji do nas zadzwoniła, bo chociaż nie pomożemy, to pomartwimy się razem i może tak będzie jej trochę lżej.
___
edit 22:15 wieczorem skończyłam czytać zbiór reportaży Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017) oraz kompulsywnie zjadłam prawie wszystkie kupione dzisiaj truskawki (na chlebie z masłem; truskawki hiszpańskie, kto tam ich wie z jaką ilością utrwalaczy).

















