Żurek w wolnowarze, obiad (kurczak z frajera, kartoffeln plus surówka z selera i jabłka), sos do makaronu na później, bigos. To wszystko powstawało i powstaje dzisiaj, podczas mojego pobytu w pracy, i później (mąż mnie zawiózł, przywiózł, podstawił obiad pod nos). Dom pachnie różnymi ingrediencjami, w głośnikach The Cure oraz Kasia Krzaczek, czytam powieść norweską — oto życie kobiety, której się powodzi.
wtorek, 15 kwietnia 2025
poniedziałek, 14 kwietnia 2025
1945. Miło i spokojnie.
niedziela, 13 kwietnia 2025
1944. Niedziela w odcinkach.
Znowu późna pobudka. Z tyłu głowy niepokój o jutro, a ja tutaj na miejscu próbuję się relaksować, nie myśleć. Bloguję, dumam, Kochany robi gulasz wołowy (cebula już obrana, uuuuu), w tle szemrze pralka (pralkę mamy w kuchni; zaciekawiona tematem doczytałam, że w Polsce do 2018 roku było to nielegalne), za oknem sypialni ptaki ptasio korzystają z ogrodu. Mamy dzisiaj w planach wizytę u Ka&Jot, ale to znacznie później, na razie sprawy domowe.
___
12:35 w miseczce czeka na mnie jogurt kokosowy z granolą, zaraz zrobię sobie dobrą kawę (Fred otworzył dzisiaj ziarna jasnopalonej Tabi, którą kupiłam w Kocie); tymczasem za oknem ciepło; wywieszając przed chwilą pranie rozmarzyłam się z Kochanym wyglądającym przez okno, jak to byłoby cudownie, gdybyśmy mogli połączyć nasz mały ogródek z domkiem i ogrodem sąsiadki. Dobudówka, obiady w ogrodzie chroniącym od wiatru, kot w fotelu.
___
13:20 nowy filmik z Gosią ze Szkocji motywuje do zmian. Tzn. nowy jak nowy, gdy jestem w Polsce, albo dzieje się coś "gęstszego", nie oglądam i potem nadrabiam; filmik jest z początku kwietnia. Tak sobie myślę, że z bardziej regularnym, raczej biurowym tygodniem pracy przyjdą zmiany żywieniowe. Z ćwiczeniami jest jednak ciężko, od kilku tygodni nie rozłożyłam maty.
___
15:00 szef kuchni podawał dzisiaj placki ziemniaczane z gulaszem wołowym w towarzystwie korniszonów prosto ze słoika. Tabi jest mocna, przez pięć minut odczuwałam niepokój. Za oknem wiosenny deszczyk; włosy powoli schną na świeżym powietrzu.
___
17:35 I tak, gdy pisałam o deszczu, zupełnie zapomniała, że w ogrodzie oprócz ptaków jest także pranie. Cóż. Kochany wyjechał na zakupy spożywcze, przy okazji węsząc za prezentem — dowiedzieliśmy się z godzinę temu, że Seamus obchodzi urodziny. Pora wyleźć z sypialni, przyczesać włoski i przygotować się do wyjazdu. Kochany właśnie wrócił bez prezentu; damy mu kasę, sorted.
___
22:40 pojechaliśmy i wróciliśmy z irlandzką muzyką w głośnikach (Thin Lizzy, The Pogues, The Dubliners). Nie obejrzeliśmy filmu, wystarczyło nam obgadanie meandrów życia. W drodze powrotnej towarzyszył nam ogromny księżyc w pełni. Herbata, lektura, próba snu.
sobota, 12 kwietnia 2025
1943. Zmianę ...
... czuć w powietrzu; mgła widoczna dotąd na horyzoncie przeciskała się w kierunku plaży, na niebie pojawiły się chmury niewidziane przez ostatnie dwa dni. Obudziłam się zaplątana rękami i nogami we Freda, mruczeliśmy sobie do uszu jak dwa koty. Śniadanie było więc późno, trzeba się było najpierw rozplątać. Kochany dłubał przy tekście; udałam się nad morze sama, pozdrawiając po drodze przechodniów. Iva spacerująca z psem zamachała do mnie i podzieliła się świeżynką: jest kasa na remont domów, Iva twierdzi, że nasz będzie pierwszy. Super, oby szybko.
Doszłam tylko do kawiarenki, przysiadłam na chwilę, i w drogę powrotną. Reszta dnia blogowo-domowa; Kochany pracuje nad tekstem, za oknem mżawka, sąsiedzi cisi jak myszy pod miotłą. Po obiedzie obejrzeliśmy film, Aż poleje się krew (2007) z Danielem Day-Lewisem, płytę dvd pożyczyliśmy od Ka wieki temu. Świetny.
piątek, 11 kwietnia 2025
1942. Kończąc i zaczynając.
Piękny, spokojny piątek. Do wczesnego popołudnia byłam w Centrum. Mój ostatni oficjalny dzień w tym budynku; już mnie żegnano w sierpniu zeszłego roku, gdy kończył mi się kontrakt w innej roli, teraz na dobre znikam im z horyzontu. Saren oczywiście pobiegła po torta, zjedliśmy po kawałku Victoria sponge, zapiłam to bawarką, dostałam kartkę okolicznościową, jeszcze z godzinę posiedziałam z młodzieżą, przekazałam brakujące pliki i kopa na drogę. A na zewnątrz irlandzki ukrop! Czekałam chwilę na Freda pod polskim sklepem; zrobiliśmy zakupy spożywcze, poszliśmy do Czarnej na kawę i skoczyliśmy do Woodiesa obejrzeć kwiatki (kupiłam dwa małe rododendrony).
Annę znowu zabrało pogotowie, coś kiepsko to wygląda. Za to Anne wróciła z Londynu ze swoją mamą, poznam ją, jeśli trochę lepiej się poczuje; rozmawiałyśmy przed domem, po jakimś czasie sąsiadka zapukała, żeby mi wręczyć kartkę okolicznościową z okazji nowej pracy (czyli teraz mam dwie karki okolicznościowe)
Po obiedzie Kochany mocował się z chwastami w ogródku. Rozmawiałam z mamą i przypomniałam sobie o majowych wyborach — zarejestrowałam się w jednej z komisji w Dublinie. Odhaczone. Kochany toż samo, poza tym mąż już zaplanował swój urlop i kupił bilety lotnicze w obydwie strony. Jak będzie ze mną, to się okaże.
Jeszcze dodam, że wczoraj bardzo późnym wieczorem doczytałam do końca Norwegian Wood Murakamiego (Muza, 2024). Nah. Za to dzisiaj zacznę drugi tom Septologii Fossego. Poza tym wypożyczyłam w bibliotece Little Birds, zbiór opowiadań Anaïs Nin.
czwartek, 10 kwietnia 2025
1941. Spacer, kawa, buty, papiery.
W południe wyszliśmy z Kochanym na spacer, wg zasady "jest ładnie, trzeba to wykorzystać". Oczywiście nie są to upały afrykańskie, od morza nadal wiał chłodny wiatr, założyłam na drogę długi rękaw i apaszkę. Wróciliśmy z plaży trasą przez domki na kółkach, żeby przyjrzeć się ciągłym zmianom: powstały kolejne drewniane domy letniskowe z widokiem, wiele innych wyremontowano. W drodze powrotnej spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen z córką. Wróciliśmy około drugiej; robiłam obiad słuchając pierwszej płyty Kasi Krzaczek (doskonała).
Papierologię na jutro odkładałam, ile się da. Po trzeciej, zamiast zabrać się za coś konkretnego, postanowiliśmy ruszyć w drogę. Pretekstem był tym razem brak jaj w Lidlu. Kochany chciał sprawdzić automat z jajami u lokalnego farmera, ruszyliśmy więc zieloną prowincją i nasza ciekawość szybko została nagrodzona: jajka free range nie tylko dostępne, ale też tańsze niż w hipermarkecie. Skoro zaś byliśmy już tutaj, gdzie byliśmy, droga do El Paso stała otworem. Pojechaliśmy do 3rd Place na kawę. Nie spieszyło się nam, parking opłacony do jutra, po kawie poszliśmy na spacer Clanbrassil St w kierunku księgarni. Ponieważ Kochany zawsze przy takiej okazji zachodził do pewnego sklepu, zaszedł i dzisiaj. A tam Barkery, normalnie za €310, przecenione do jakiejś przedziwnej sumy. Ach, jestem zadowolona, bo kupiłam Fredowi prezent urodzinowy :) Historia za tą magiczną przeceną jest jednak raczej smutna. Właściciel po 50 latach w biznesie odchodzi na emeryturę, Top Style Shoes został sprzedany innej firmie z tej samej branży; podobno ma być remont, a potem ponowne otwarcie, ale czy utrzyma się poziom asortymentu, trudno przewidzieć. W świecie, który zamienia Stockwell Artisan Foods na Loaf'd, bardzo wątpliwe.
Wróciliśmy do domu trasą nadmorską. Z ociąganiem wzięłam się za papiery i nie zrobiłam za wiele z tego, co zamierzałam. Drukarka odmówiła skanowania, czyli jutro zabieram makulaturę i przekażę ją w takiej formie. Kochany rozmawia przez telefon już z dobrą godzinę; za oknem ciemno; buty są piękne.
środa, 9 kwietnia 2025
1940. Dzień Freda.
wtorek, 8 kwietnia 2025
1939. W domu i w ogrodzie.
Wtorek zastał mnie w samolocie, właśnie frunęłam nad Wielką Brytanią; lot bez wydarzeń, choć znowu cwany system Ryanaira wybrał mi fotel pośrodku (na szczęście nikt nie wychodził na siku oraz nie przejawiał dziwnych zachowań, mogłam się skupić na Murakamim, przy czym nad GB już lekko niedomagałam, oczy same się zamykały).
Wylądowaliśmy ledwie pięć minut po zapowiadanym czasie, samolot doturlał się gdzieś blisko granicy, jak nigdy, luzy, przechodzę trasę lotem błyskawicy, że aż zaskakuję Kochanego. Idziemy do Babci, po drodze moja Irlandia:
Przed drugą nad ranem jestem w domu, pod prysznic, do łóżka, nastawiam budzik na kwadrans po szóstej. Kochany wstał dużo wcześniej, ponieważ zaczynał pracę o siódmej; w tym czasie napychałam się jajecznicą; myję zęby, wychodzę z zapasem na wypadek problemów z zamkiem (drzwi zatrzaskują się przy pierwszej próbie), idę na przystanek. A tam piękny, irlandzki poranek bum!
W pracy same trusie. Zostałam na dodatkowe pół godziny, żeby wyjaśnić Saren i Kwietniowej ile zostało zrobione i co trzeba jeszcze zrobić. Dzięki temu witam się, a za chwilę żegnam z Conorem od matmy — okazji do spotkań nie będzie za wiele, jeśli kiedykolwiek.
Po pracy lunch w Moorlandzie i cisnę z buta do Kochanego; jestem na miejscu 40 minut przed czasem, zamawiam kawę, macham wirtualnie do Freda, chwilę rozmawiam z rodzicami, którzy bardzo kontenci turlają się w kierunku domu z nowo zakupionymi grabiami.
Ogrodowo: w czasie mojej nieobecności rozkwitły Little Princess i narcyzy Delnashaugh. Z choinką niestety kaplica.
W porze obiadowej niespodziewanie zapukała do nas Anna; wróciła po sześciu tygodniach w szpitalu, ciężko z nią było, ale jakoś postawili ją na nogi. Zmieniła się, skurczyła jeszcze bardziej, brak górnej sztucznej szczęki też zrobił swoje.
Prezent od męża: szara koszulka polo Smedleya.
Kochany zjadł obiad beze mnie, po lunchu na mieście nie miałam szczególnej ochoty na nic, a później dopadła mnie jakaś niemoc, leciałam z nóg, więc prysznic i próba łóżka; nie zasnęłam, skrolowałam FB oraz Instagrama, filmiki o znajdywaniu dziwnych rupieci w błocie Tamizy oraz Luke Hamnett zadziałali/ły (yy?) terapeutycznie. Chaos, ale nie poprawiam. Umywalka brudna, ale umyję jutro. Dzisiaj tylko nawadnianie się i głupoty.
poniedziałek, 7 kwietnia 2025
1938. Przed lotem.
Pozwoliłam sobie dłużej poleżakować, wstałam dopiero po dziewiątej. Zjadłam zupę pomidorową, spakowałam się w pięć minut, przejrzałam trochę książek z intencją znalezienia jeszcze jednej do "wypożyczenia". W końcu znalazłam: nieprzeczytane nigdy Ostatnie kuszenie Chrystusa Kazandzakisa. Zaintrygowało mnie, że powieść miała tylko jedno polskie wydanie, w roku 1992. Sądząc z daty na ostatniej stronie, kupiłam ją wiedząc już, że dostałam się na studia, po czym odłożyłam ją na później; książka w idealnym stanie, przemówiła do mnie dopiero teraz, po trzydziestu latach :) Biere.
Mama w pracy; wyjechaliśmy po nią z tatkiem trochę wcześniej, żeby jeszcze raz pójść do Kota na kawę i ciastko. Zanim to nastąpiło był jeszcze Poirot, Appointment with Death (do połowy, bo zdecydowanie nie była to historia na dzisiaj). W mieście padał deszcz, żaden problem, gdy siedzi się w kawiarni. Przy kawie z Kenii (syfon) i ciastku marchewkowym rozkminialiśmy z tatkiem sprawy z przeszłości. Kochany zadzwonił z pracy; jeszcze chwila marudzenia i trzeba było jechać po mamę.
W domu obiad (młoda kapusta), genealogia, powolne dopakowywanie i krążenie. Wyjechaliśmy o wiele wcześniej, głównie po to, żeby we trójkę posiedzieć przed podróżą. W drodze znowu padał deszcz. Na lotnisku zaskakująca cisza, niemrawy ruch, tylko grupka panów grała w karty. Pięć przed dziesiątą zebrałam się do kupy. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że sama samiuteńka byłam na sprawdzeniu bagażu. Nikogo przede mną, nikogo za mną, spokój, więc wszystko przebiegło w zrelaksowanej atmosferze.
Samolot miał być nieco opóźniony, ale teraz nic na to nie wskazuje. Czas lokalny 22:22.
niedziela, 6 kwietnia 2025
1937. Przedostatni.
Ach, rano zupełnie przez przypadek natknęłam się na pierwszy odcinek Robina z Sherwood z Michaelem Praedem. Wielki sentyment.
Temperatura bardzo niska, przed południem z nieba spadł pierzasty śnieg; nie było go dużo, ale sytuacja powtórzyła się kilkakrotnie, pierzaste, białe ciapki fruwające na wietrze. Zostaliśmy w domu; czas spędziliśmy na gadaniu, szuraniu w genealogii i zerkaniu w odbiornik tv.
Zjadłam pyszny rosół i wyszłam na chwilę pomyszkować w obejściu. Znalazłam stare wydanie Pałacu Myśliwskiego, które zamierzam wziąć do domu na poczytanie i oddanie.
Wieczorem zafascynował mnie dokument Zagadka egipskich hieroglifów i bracia Champollion (2022). Tak się zajęłam rozkminkami umysłowymi, że rozmawiając po raz pierwszy z Kochanym zupełnie nie zatrybiłam, dlaczego wszyscy do niego dzwonią (choć wiedziałam to jeszcze rano). Jeden z plusów wieku: można zwalić na starość. Happy birthday, my love.sobota, 5 kwietnia 2025
1936. Obiad wychodny.
Byliśmy z rodzicami na obiedzie w Greco (ich gyros jest jednym z niewielu fast foodów, które nieźle toleruję), potem zmieniliśmy stolik, żeby zjeść desery u Grycana. Fred złapał nas na video, gdy już wracaliśmy z Wro.
W domu Columbo, bo wiadomo. Tylko na chwilę wyszłam do furtki, żeby (w zastępstwie taty, który załatwiał jeszcze sprawy na mieście) porozmawiać ze Stefą. Sąsiadka przyszła zapytać o ewentualny konflikt interesów — przybłąkał się do niej ładny kot i jeśli coś o nim wiemy, albo to nasz, to ona się nie będzie do niego przyzwyczajała. Lubię Stefę, choć potrafi bardzo wrzeszczeć; takie mam zawsze wrażenie, że pod tym wrzeszczeniem jest jednak całkiem fajny człowiek (który świeci świeczki za swoje zmarłe koty). Dużo złego spadło na nią w ostatnim czasie.
Poza kilkugodzinnym wyjazdem do stolicy, nic takiego się nie działo. Od rana czuć było wyraźne ochłodzenie, pod koniec dnia zimny wiatr coraz bardziej się wzmagał. Na jakąś godzinę straciliśmy też Internet w domku pod lasem, ale to chyba bez związku z wiatrem (mama wysłała im zawiadomienie; Internet pojawił się pewnie niezależnie od zawiadomienia, mama jednak nie ustaje w wysyłaniu takich treści na chat 💬, słusznie dowodząc, że płaci, więc wymaga).
W łóżku już pańciu Wojciech leży po-kotem.
piątek, 4 kwietnia 2025
1935. Obiboctwa ciąg dalszy.
Obudziłam się dość wcześnie, nic w tym dziwnego, bo mama szykuje się z rana do pracy, więc dźwięków pobudki nie da się uniknąć. Po śniadaniu i sugestii Kochanego, zadzwoniłam do cioci Ksty, rozmawiałam z nią chwilę, ale nie udało się nam zgrać i wyszło, że nie spotkamy się w mieście. Trudno. W południe wyjechaliśmy z tatkiem na włóczęgę: Kot, bazylika, spacer wokół stawów zdrojowych.
Popołudnie i wieczór z dobrym jedzeniem i drzemką w środku odcinka Murder on the Links. Trochę dyskusji bardzo żwawej o genealogii (to u nas zawsze rozpala emocje). Z powodu drzemki poobiedniej jeszcze nie chce mi się spać. Dzień był bardzo ciepły, temperatura przekroczyła 20°C, jutro ma być spora zmiana aury.
czwartek, 3 kwietnia 2025
1934. Spokój i ciepło.
Jak zawsze, pierwszej nocy odkrywam jak tu jest sucho. Nie jest to jakaś suchość nadzwyczajna, po prostu brak morza w pobliżu. Czwartek jasny i nadzwyczaj ciepły (rano wyprałam T-shirt, który do popołudnia bez problemu wysechł na dworze).
Wyskrobałam z paczki resztki zielonej herbaty, zjadłam śniadanie, dokończyłam czytać Filonka Bezogonka Gösty Knutssona (Nasza Księgarnia, 1980) i wyszliśmy z tatkiem na spacer na cmentarz (wczoraj babcia Mania skończyłaby 93 lata). Zaproponowałam też tatce wcześniejszy wyjazd w kierunku Tcy i może wizytę na cmentarzu Hochkirch, potem zabranie mamy z pracy, oczywiście z międzylądowaniem w Kocie.
Tak właśnie uczyniliśmy: ze wsi do Hochkirch, weszliśmy na górkę i tak dalej.
Potem do Tcy na zakupy i na posiedzenie przy kawie oraz spacer okoliczny. Przed trzecią zaszłam do mamy, chwilę czekałam na korytarzu aż skończy. Po trzeciej jeszcze jeden sklep i do domu na obiad. Reszta czwartku domowa, a wieczorem Światła wielkiego miasta (1931) obejrzane do połowy. To jednak nie jest dobry wieczór na kino nieme, ciągle odwracam wzrok, myślę o książce, o napisaniu notatki. Odkładam Chaplina na nieokreślone później.
Spokojny dzień (Kochanym zajęty pracą, potem przestawianiem rupieci, rozmawialiśmy krótko dwa razy); chrapią zwierzęta i ludzie, tatko jeszcze ślęczy w kuchni nad historiami.
środa, 2 kwietnia 2025
1933. Dzień pierwszy.
Pobudka przed szóstą, myję włosy, żeby zdążyć je naturalnie wysuszyć przed wyjazdem z domu. Robię kawę dla Kochanego po siódmej. Zbieramy się, wyjeżdżamy przed dziewiątą, bo jest pomysł, żeby zatrzymać się jeszcze na kawę przy M1. Poranek jasny, ale na horyzoncie mgła morska, góry na Północy zniknęły. Pijemy, robimy sobie zdjęcia; wjazd na autostradę. Jestem na lotnisku tuż przed dziesiątą, Kochany zajeżdża tylko na chwilę niedaleko T1. Od razu idę do kontroli. Coś nowego: skanowanie. Nie pamiętam, czy ekrany były tu wcześniej, ale wiem już, że gumki do włosów w kieszeni spodni widać na prześwietleniu ;)
Na lotnisku nic ciekawego, ale pod wejściem 102 dosiada się do mnie Ordinary Anne, lat 73, bardzo miła starsza pani, która leci do Polski z mężem, bo on lubi zwiedzać, a ona mu towarzyszy, choć tak naprawdę głównie czyta książki w pokoju hotelowym. Ucinamy sobie irlandzki czacik o życiu, bardzo miłe spotkanie.
Zanim zapakowałam się do samolotu, już się dowiedziałam, że Kochany pojechał do Swords i kupił trzy płyty Kasi Krzaczek po bardzo okazyjnej cenie :D
Wzięłam ze sobą czytnik, więc w trakcie lotu mogłam zacząć czytać Norwegian Wood Murakamiego (oczywiście w plecaku mam też niedokończonego Filonka). O czwartej, po niezbyt przyjemnych ostatnich km, ląduję we Wrocławiu. Na dole pogoda ładna (zaskoczenie po mocnych powiewach na górze). Z dużego miasta pojechaliśmy we trójkę na obiad do chińczyka. Spędziliśmy tam trochę czasu, rozpoznały mnie z tej okazji dwie osoby, była uczennica i jedna z mam zaangażowanych.
Po obiedzie zjazd na wieś. Witam się z Maciejem. Witam się z całą resztą. Robię zdjęcia śliwce Kaczyńskiego (kwitnie). Robię kawę dla tatki i dla siebie, rozkładam się z ciastem przed tv (płaroty, siesaje nowojorskie). Potem herbaty i herbaty, nie robimy oficjalnej kolacji. Coś tam w międzyczasie drzemię, oczywiście rozmawiam kilka razy z Kochanym.
Czyli chaos. Nie chce mi się pisać, nie chce mi się myć zębów, ale za to coś bym jeszcze poczytała. Ene due ...
wtorek, 1 kwietnia 2025
1932. Zabłąkańcy.
Glut spłynął, będziem żyli dalej, w szczęściu i pomyślności. Kochany podwiózł mnie do pracy i czekał na mnie po pracy. W Centrum niejako ostatki, jeszcze dwa spotkania w przyszłym tygodniu i szlus z tą karierą. W drodze do domu ... minęliśmy dom i pojechaliśmy dalej. A stało się to za przyczyną taką, że najpierw pomyśleliśmy, że zjemy obiad w Termon, niestety akurat nie było wolnego stolika wewnątrz (tylko parę stolików na zewnątrz, a jednak troszkę zacinało chłodem). Kolejny przystanek: The Glyde Inn. Yyyyyy. We wtorek zamknięte. Freda oświeciło: może do Blackrock. Pojechaliśmy do Blackrock, samochód zaparkowany, było nawet zerknięcie na głęboki przypływ. Poszliśmy na spacer wokół znanego terenu. Nic, same kawiarnie. No to już trudno, przed nami tylko El Paso. Otóż i wylądowaliśmy w Trzecim miejscu na lunchu. Pierwszy raz zamówiłam tam zupę. Bardzo zupowa, kciuk w górę. Oczywiście kawę kupiliśmy, do filiżanek i na wynos. A potem ciągnęliśmy się prowincją bogowie wiedzą po co (odpowiedź: bo już tacy jesteśmy i szlus), aż do ślepej uliczki. Tak, że tak:
Błąkaliśmy się po hrabstwie do czwartej po południu i dopiero w czasie tej niespiesznej podróży spłynęło na mnie objawienie, że w marcu skończył się marzec, więc po powrocie zrobiłam na kolanie marcowy kolażyk:















