U mnie lepiej, śpiączka już mnie tak nie zabijała, u Kochanego rano bez zmian, był na chodzie, ale w oskrzelach nadal coś mu szemrało. Mimo wszystko, trzymaliśmy się planu dnia. Najpierw schronisko po jedenastej, dopytanie o Bezimiennego i zarezerwowanie skrzacinki.
No i cóż, straciliśmy ją. Chwilę przed nami ktoś ją zabukował. Śliczna jest, ma charakter, wrzeszczy na całe schronisko. Ech. Zapisaliśmy się jako drudzy w kolejce, na wypadek, gdyby pani się rozmyśliła, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Kto by jej nie chciał?
Na chwilę zatrzymaliśmy się w Drołdzie, żeby kupić chleb i napić się kawy, następnie kierunek Dublin, Inchicore. Spotkanie ze Szczygłem odbywało się o piątej, więc mieliśmy trochę czasu na różne rzeczy. A te różne rzecz to m.in. szuranie po bibliotece w poszukiwaniu fajnych książek za pół darmo:
Powyższa makulatura została zakupiona (wrzuciliśmy do puszki co łaska), bądź wypożyczona (dwie na górze) ... ponieważ zapisałam się do tamtejszej biblioteki (chyba mi odbiło!). Z rzeczy śmiesznych: zapomniałam wczoraj przedłużyć książkę Smith, więc zniknęła mi z czytnika. Jaką pierwszą książkę znalazłam w Inchicore? Oczywiście Białe zęby. Zaczęłam ją czytać po angielsku, dokończę po polsku. Dlaczego nie, skoro mogę?
Po "skołowaniu" książek ruszyliśmy w kierunku IMMA. Po drodze zatrzymaliśmy się w Loaf (nie mylić z paskudnym Loaf'd) na lunch. Dochodziła trzecia, przegapiłam, że zaraz zamykają i trzeba się spinać, ale daliśmy radę:
Zupa była naprawdę dobra, jak domowa, a to nie jest takie oczywiste w tym kraju. Po lunchu spacer na azymut. Chmury nad Dublinem kręciły się nerwowo i gdy byliśmy już blisko muzeum, zaczęło lekko popadywać. Z tej okazji spędziliśmy w środku budynku trochę czasu; przyznam, że tym razem dwie odwiedzone wystawy zupełnie mnie nie przekonały, a najwięcej przyjemności sprawił mi czas spędzony w sklepie IMMA. Niewiele emocji, jeszcze mniej zrozumienia, a kontrowersje odbieram, jakbym była Czeszką:

Wróciliśmy do biblioteki tuż przed spotkaniem z Mariuszem Szczygłem i skupiliśmy się tylko na tym. Żadnego oglądania polskich autorów lektur dziwnej treści zgromadzonych w korytarzu, żadnego podjadania przygotowanych na tę okoliczność ciast krojonych w bardzo małe kawałki. Zasiedliśmy w dalszym rzędzie. Spotkanie z reportażystą było nadzwyczaj sympatyczne. Zaczęło się wprawdzie nieco drętwo, na dodatek postanowiono spotkanie tłumaczyć i nie wybrano do tego zadania osoby odpowiednio przygotowanej. Pomyślałam, że będzie to godzinna męka, ale Szczygieł unaturalnił ten proces i pomógł chłopakowi, który w innym przypadku kopałby się z materią jeszcze bardziej, przy okazji torturując słuchaczy.

Po słuchaniu odpowiedzi na pytania zadawane przez prowadzących oraz po pytaniach słuchaczy, Kochany zakupił Gottland i ustawiliśmy się w ogonku do autografów. Przy okazji była samojebka z gwiazdą uczyniona paluszkiem samej gwiazdy. Trzeba przyznać, że pan Szczygieł wie jak zabawiać publiczność i jak robić jej zdjęcia.
Wychodząc z budynku załapałam się jeszcze na komplement, że mam piękne włosy :) Hyc hyc, do samochodu, z podpisanym Gottlandem, uśmiechnięci od ucha do ucha ulecieliśmy w dal. Przed dziewiątą w domu. Widząc samochód Anne zapukałam do niej, żeby pokazać zdjęcia malucha, który nie będzie nasz. Ona rozumie. Nie zawsze się udaje, pech to pech, i tak dalej. Bardzo przykra sytuacja adopcyjna. Reszta dnia wspaniała.