Strony

niedziela, 15 czerwca 2025

2007. Życie domowe.

Drugi odcinek deserowego czerwca obejrzałam ze słuchawkami na uszach, żeby nie budzić Mleczaków :D (filmik zawiera political statement, które nawet do mnie przemawia).

Poza tym życie domowe. Z kamieni milowych: Mańka śpi na widoku, do tego rozwinięta na wzdłuż, Bronek zaś zaczął eksplorować duży drapak, siedząc tak na nim zauważył ptaffki i zaczął "szczebiotać" oraz odkrył, że z krzesła mamusi dobrze przechodzi się na stół, gdzie można pisać na klawiaturze (pierwsze złamanie hasła do laptopa jeszcze nie wyszło, ale myślę, że to kwestia czasu).



Zapytałam Anne, czy chce wpaść na oglądanie Mleczaków. Oczywiście, że chciała. Porozmawiałyśmy z godzinę, Mleczaki, jeden po drugim, zostały wytulane przez ciocię. 

Gdy Kochany wrócił z pracy, mieliśmy inspekcję: imigrant przyszedł, wlazł na okno kuchenne i miauczał, czy ktoś tam potrzebuje pomocy. Zdarzyło się to pierwszy raz, bardzo ciekawe. Odprowadziłam go do domu, ale za chwilę wrócił.


Po obiedzie poszłam sama na plażę. Spokojny, ciepły wieczór, powietrze pełne gęstych, czasami egzotycznych zapachów (u sąsiadów kwitną kordyliny); mało ludzi, jakby wymiotło ich do oglądania meczów (aż sprawdziłam, czy znowu jestem niedoinformowana; chyba nie).


Kochany rozmawiał z Perlistym, jak zwykle uaktualnienia, co tam w Niemczech, co tam w życiu. Powoli pora zwijać dzień, jeszcze ptasie rodziny opowiadają coś przed snem.

sobota, 14 czerwca 2025

2006. Postępy.

Poranek był jedną wielką niewiadomą, a za tapczanem zrzucony Fosse — to Mania wieczorem gnieździła się na najniższej półce z książkami; dobry gust. Zastanawianie się jak będzie ze śniadaniem nie trwało długo: gdy tylko Kochany wyszedł do pracy, nałożyłam mleczakom do osobnych miseczek, Bronek zgłosił się pierwszy, Mani musiałam trochę pomóc, ale gdy postawiłam ją przy szamie, nie było Maniowego wahania; koteczka wylizała wszystko do czysta oraz zjadła chrupki braciszka (wczolaj mi podjadłęś). Były próby zabawy, Mania dalej syczała i prychała, chodziła nastroszona z ogonkiem zwiniętym w kameleona, jednak cały czas była zainteresowana. Po zabawie drzemka, Bronek na widoku, Mania zmienia schowanka, ale powoli penetruje cały Kuchniosalon. Obserwowanie tych małych gnojków to czysta przyjemność.

Kochany wszedł do domu rozmawiając z Usz. Kotów okazanie było oczywiście. Zadzwoniłam do rodziców (oglądali jak maluchy się tłuką po dobrym obiedzie). Późnym wieczorem jeszcze rozmowa ze świekrą, również o kotach.

Do wieczora Mania zrobiła ogromne postępy. Po czwartym posiłku (Fred przyniósł fancy food marki Royal Canin dla mleczaków do 4 mies.) najpierw rozbrykała się z Bronkiem, a potem długo siedziała mi na kolanach. Myślę, że musiała stracić mamę kilka dni temu, nadal szuka wsparcia, chce ciumkać różne rzeczy. Bronek zaś jest synkiem mamusi; sam przyszedł się prosić o wzięcie na kolana, a gdy weszłam na chwilę do Kuchniosalonu przed snem, maluch właśnie zapadał w sen na moim fotelu.

Coś nie o kotach? Lało cały dzień. Trawnik nie jest skoszony i nagle proszę: wpadł do nas szczygieł na nasiona mleczu. 

Patrzenie na koty zmienia perspektywę. Szwagierka rzekła, że od czasu kocieżyństwa inaczej zaczęła postrzegać różne wiszące rzeczy powiewające na wietrze. Wiem, co miała na myśli. A jest się czym martwić w skali makro. Izrael-Iran; zamachy wcale nie muzułmańskie na polityków w tzw. demokratycznych Stanach Zjednoczonych; napierdalanki rasistów w Ballymenie.

piątek, 13 czerwca 2025

2005. Kocieżyństwo.

To nie to, co planowaliśmy. Wczoraj rozmawiałam telefonicznie ze schroniskiem, powiedziano mi, że dwójka rodzeństwa, które widzieliśmy w weekend, jest nadal do adopcji. Dzisiaj, przed otwarciem schroniska zadzwoniła inna osoba z informacją, że kot jest tylko jeden, bo się wczoraj inna pani myliła. Kochany zabrał mnie spod pracy. Wzięliśmy tego niby nieśmiałka, a z boksu obok łypała na nas samotna dziewczynka w podobnym wieku. I trudno, wpłaciliśmy kasę, podpisaliśmy papiery, włożyliśmy do jednego transportera koty, które się nie znają i w drogę. Proszę bardzo, Bronek i Mania:

Po drodze skręciliśmy jeszcze do Maxi Zoo, żeby zakupić drapak, żwirek i inne przydasie i "zaoszczędzić" 20%. Pomógł nam David, dawny chef, teraz pomagacz w sklepie zoologicznym.

Czarno biały maluch (trochę jaśniejszy niż ten poprzedni, ale nadal tuxedo, z potrójnego miotu, ostatni do wzięcia) dość szybko wyszedł z transporterka. Zaczął biegać za "myszą", zjadł obiadek, zakopał skarby w żwirku i chciał się zaprzyjaźnić z koleżanką.

Koleżanka (trikolorka, może być trochę starsza, też z potrójnego miotu znalezionego w rowie, podobno najmniej dzika z całej paczki, zaszczepiona dzisiaj rano) po spokojnej podróży wtulonej w nowo poznanego kolegę, najpierw spędziła dwie godziny w transporterku, potem znalazła sobie cichą norkę za tapczanem. Zaprzyjaźnienie zajmie trochę czasu :) Mania do wieczoru nic nie jadła, udało mi się jedynie namówić ją do zaanektowania budki, więc koty śpią osobno.


Obiad. 

Kochany, wyczerpany przygodami poszedł się przespać. Wieczorem zaszłam do Anne na herbatę, rozmawialiśmy o kotach oczywiście, sąsiadka jest ekspertką w temacie, obecnie ma na tymczasie dwoje ukraińskich imigrantów. Wypiłyśmy herbatę wiśniową, dostałam nalepkę na samochód #CatsMatter.

Mały obudził się i zawłaszczał przestrzeń, Mania nadal odsypiała schowana za kotarką, mnie łeb zaczynał pękać. To teraz będziem mieli żłobek (dopiero ok. dziewiątej trikolorka zjadła chrupeczki podstawione pod nos w jej domku-twierdzy; z rzeczy pięknych: po wielu podchodach ładna kupa Maniowa).

czwartek, 12 czerwca 2025

2004. Love summer in Ireland ...

... John - sprzedawca butów, sąsiadka, młodziak w spodniach roboczych, moi ... taka to mantra różnych ludzi na mokrym przystanku. Gdyż leje. Dzień skupienia: na ćwiczeniach na ramiona, ściąganiu kilku książek na czytnik, rozglądaniu się za karmą dla kocich przedszkolaków, pamiętaniu, że chcę mieć jutro świeży koperek. W wirtualu mi się nie chce. W wirtualu mogę co najwyżej obejrzeć film. Rozmawiałam z mamą (aktualizacje np. takie, że krzew różany za oknem w pełnym rozkwicie) i z tatkiem tysz (genealogia i kto był w rodzinie miemcem).
___
edit 21:22 Kobieta samotna (1981) Agnieszki Holland. Mocne.

środa, 11 czerwca 2025

2003. Yyyyyyyyy.

Rano mata rozłożona na jakieś dziesięć minut. Wystarczy, żeby zauważyć sflaczenie. Głowę nadal miałam zajętą myśleniem o rzeczach poza moją kontrolą, więc raczej mi nie szło. Na jutro muszę mieć plan, co idzie po czym.

Ogólnie zaś dzień nawet przyjemny. Z rana urwałam się na chwilę z biura, żeby zajść z Kochanym na spotkanie w jego sprawie. Potem nudy, pogadanki, Szef wyszedł wcześniej, ja jeszcze ćwiczenie na ramiona i dłubanie w nosie; kapelusz założyłam o trzeciej, w ostatniej chwili zawróciła mnie w drzwiach para chilijskich emigrantów (zostawili namiary, jutro powiem im, co wiem). Pogoda ładna. Gdy podjechaliśmy pod dom, z domku obok wyszła Anna — zaskoczyła nas tym zupełnie, się okazało, że wróciła skąd wróciła już z tydzień temu, ale dopiero teraz postanowiła się przywitać; jest jak pajęczyna na wietrze, asymetryczna i niestabilna.

Po obiedzie (szybko coś wymieszałam), poszliśmy z Kochanym nad morze z okazji, że jutro pogoda ma się konkretnie odmienić na złe, a poza tym oboje jesteśmy w czwartek zajęci. Bardzo daleki odpływ, silny wiatr, na parkingu starszy pan wyciągnął sztalugi, kawiarnia zamknięta, w piasku grzebią jakieś niedobitki, gawrony przyleciały z młodymi (młode teraz wszędzie, na takiej np. Rysiowej górce jest drozdowe przedszkole: rodzice pracowicie przerzucają siano i pokazują podlotom, jak się znajduje robaki). 

Godzinne kółeczko trochę pomogło na dyskę we łbie, ale jak tylko po powrocie do domu walnęłam się na łóżko i zaczęłam skrolować FB, wkurw wrócił mi ze zdwojoną siłą. Słowo daję, takiego mam zadziora, że zaczynam nie lubić ludzi o których nawet nie wiem, jak wyglądają (Anne zapytała wczoraj sąsiadkę, której nie znam, o możliwości adopcyjne — już przypisałam tej kobiecie wszystkie możliwe złe intencje). Oddychaj, trzeba głęboko oddychać. No i jeszcze, co to jest, że ogórek małosolny ładnie mi pachnie, ale nie smakuje?

wtorek, 10 czerwca 2025

2001-2002. Nowy tydzień.

Poniedziałek
Zgraliśmy się z Kochanym po południu. Wcześniej, gdy jeszcze byłam w pracy, zauważyliśmy w jednym ze stowarzyszeń czarno-białego kota. Młodziutki, lubi psy, napisałam wiadomość z zapytaniem o możliwość adopcji, zero odzewu. Rozmawiałam z mamą, przedstawiając jej m.in. potyczki adopcyjne. Czytałam Gottland. Po południu za oknem paprochy deszczu (sąsiedzi już prawie skończyli kłaść dachówkę na przybudówce). 

Cytat dnia: My to normalni nie jesteśmy, stwierdził mąż, ale lubię to. Kochanemu lepiej, chociaż musiał być w pracy od wczesnego poranka.

Wtorek
Trochę za późno pomyślałam sobie, że warto byłoby zacząć ten nudny dzień od biegu, albo od jogi. Nie zaczęłam. Wyszłam z chaty o ósmej rano (z Fredem), wróciłam po siódmej wieczorem (z Fredem, tym samym, mężem mym).

W pracy samiuteńka, czytam książki, nic się nie dzieje, wysyłam z dwa-trzy emilki, kilka razy widzę przez kamerę zamontowaną na zewnątrz, jak po chodniku pod drzwiami maszerują przedszkolaki wtę i z powrotem. Dokończam Gottland, kontynuuję Białe zęby. Przez chwilę rozmawiam z koleżanką z biura obok, w końcu o wpół do czwartej zostawiam ją na dobre; jedziemy z Kochanym do El Paso, jemy obiad w Lisdoo, pijemy kawę w ulubionej kawiarni, przejeżdżamy obok domu Ka&Jot, więc się wpraszamy na trochę i przy herbacie w ogrodzie (plecy grzeję w popołudniowym słońcu) głośno dyskutujemy o prymicjach i adopcjach.



Wracamy do domu z U2. Zaszłam do Anne podziękować jej za linki przesyłane w ciągu dnia i wyjaśnić, dlaczego na razie nie będę się rozglądała za innym kotem. Pogoda ładna, dobrze ją wykorzystaliśmy. 

niedziela, 8 czerwca 2025

2000. Porażka i rzeczy dobre.

U mnie lepiej, śpiączka już mnie tak nie zabijała, u Kochanego rano bez zmian, był na chodzie, ale w oskrzelach nadal coś mu szemrało. Mimo wszystko, trzymaliśmy się planu dnia. Najpierw schronisko po jedenastej, dopytanie o Bezimiennego i zarezerwowanie skrzacinki.

No i cóż, straciliśmy ją. Chwilę przed nami ktoś ją zabukował. Śliczna jest, ma charakter, wrzeszczy na całe schronisko. Ech. Zapisaliśmy się jako drudzy w kolejce, na wypadek, gdyby pani się rozmyśliła, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Kto by jej nie chciał?

Na chwilę zatrzymaliśmy się w Drołdzie, żeby kupić chleb i napić się kawy, następnie kierunek Dublin, Inchicore. Spotkanie ze Szczygłem odbywało się o piątej, więc mieliśmy trochę czasu na różne rzeczy. A te różne rzecz to m.in. szuranie po bibliotece w poszukiwaniu fajnych książek za pół darmo: 

Powyższa makulatura została zakupiona (wrzuciliśmy do puszki co łaska), bądź wypożyczona (dwie na górze) ... ponieważ zapisałam się do tamtejszej biblioteki (chyba mi odbiło!). Z rzeczy śmiesznych: zapomniałam wczoraj przedłużyć książkę Smith, więc zniknęła mi z czytnika. Jaką pierwszą książkę znalazłam w Inchicore? Oczywiście Białe zęby. Zaczęłam ją czytać po angielsku, dokończę po polsku. Dlaczego nie, skoro mogę?

Po "skołowaniu" książek ruszyliśmy w kierunku IMMA. Po drodze zatrzymaliśmy się w Loaf (nie mylić z paskudnym Loaf'd) na lunch. Dochodziła trzecia, przegapiłam, że zaraz zamykają i trzeba się spinać, ale daliśmy radę:


Zupa była naprawdę dobra, jak domowa, a to nie jest takie oczywiste w tym kraju. Po lunchu spacer na azymut. Chmury nad Dublinem kręciły się nerwowo i gdy byliśmy już blisko muzeum, zaczęło lekko popadywać. Z tej okazji spędziliśmy w środku budynku trochę czasu; przyznam, że tym razem dwie odwiedzone wystawy zupełnie mnie nie przekonały, a najwięcej przyjemności sprawił mi czas spędzony w sklepie IMMA. Niewiele emocji, jeszcze mniej zrozumienia, a kontrowersje odbieram, jakbym była Czeszką:


Wróciliśmy do biblioteki tuż przed spotkaniem z Mariuszem Szczygłem i skupiliśmy się tylko na tym. Żadnego oglądania polskich autorów lektur dziwnej treści zgromadzonych w korytarzu, żadnego podjadania przygotowanych na tę okoliczność ciast krojonych w bardzo małe kawałki. Zasiedliśmy w dalszym rzędzie. Spotkanie z reportażystą było nadzwyczaj sympatyczne. Zaczęło się wprawdzie nieco drętwo, na dodatek postanowiono spotkanie tłumaczyć i nie wybrano do tego zadania osoby odpowiednio przygotowanej. Pomyślałam, że będzie to godzinna męka, ale Szczygieł unaturalnił ten proces i pomógł chłopakowi, który w innym przypadku kopałby się z materią jeszcze bardziej, przy okazji torturując słuchaczy.


Po słuchaniu odpowiedzi na pytania zadawane przez prowadzących oraz po pytaniach słuchaczy, Kochany zakupił Gottland i ustawiliśmy się w ogonku do autografów. Przy okazji była samojebka z gwiazdą uczyniona paluszkiem samej gwiazdy. Trzeba przyznać, że pan Szczygieł wie jak zabawiać publiczność i jak robić jej zdjęcia.

Wychodząc z budynku załapałam się jeszcze na komplement, że mam piękne włosy :) Hyc hyc, do samochodu, z podpisanym Gottlandem, uśmiechnięci od ucha do ucha ulecieliśmy w dal. Przed dziewiątą w domu. Widząc samochód Anne zapukałam do niej, żeby pokazać zdjęcia malucha, który nie będzie nasz. Ona rozumie. Nie zawsze się udaje, pech to pech, i tak dalej. Bardzo przykra sytuacja adopcyjna. Reszta dnia wspaniała.

sobota, 7 czerwca 2025

1999. Śpiączka.

Obudziliśmy się dość jako tako do użytku. Puchną mi stawy, jestem zmęczona, łeb jak wypchany watą, poza tym spoko. 

Po śniadaniu pojechaliśmy do schroniska odwiedzonego wczoraj (z przeszkodami, gps zawiódł nas najpierw do nieczynnego od lat przytuliska w Collon). Rozmawialiśmy Fridą, która pokazała nam kocie towarzystwo (psy mają na tę chwilę tylko duże, czyli oferta raczej nie dla nas); jedno niedawno znalezione maleństwo spało schowane pod kocykiem — gdy Frida je odkryła i zapytała, czy nie przeszkadza, bezimienne kocię odpowiedziało jej miau. Komunikatywne, zaradne, to może być to :) Jest też u nich kilkuletnia Penny, kotka urody przecudnej.

Deszcz i deszcz. Na wieczór byliśmy zaproszeni do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do Ka zapowiadając, że nie przyjedziemy, bo jednak musimy się pozbierać do kupy przed jutrem, oraz nie chcemy ich niczym zarazić.

Po powrocie robię obiad, jemy; potem śpię, jakby mnie ugryzła mucha tse-tse. Aktywuję się wieczorem, ale szału nie ma: zerkam na stare kroniki filmowe z lat 50-70.

Od kilku dni laptop mnie irytuje, źle działają dwa klawisze: i oraz 8. O ile bez numeru mogę się obyć, o tyle brak litery jest naprawdę wkurzający. Nie przypominam sobie żadnego wydarzenia, które mogło mieć wpływ na taki stan. Może jakiś rozlany płyn, kropla nie tam, gdzie trzeba, albo poważne zabrudzenie.

(przy okazji zadumy, czy dzisiaj naprawdę może być dwutysięczny dzień prowadzenia bloga, odkryłam, że nie może być, bo pomyliłam się w liczeniu w sierpniu'22; korekta numeracji trochę mi zajmie)

piątek, 6 czerwca 2025

1998. Piątek?

Po pracy podjechałam z Kochanym do TK Maxxa, po czym szybko skręciliśmy na drogę do El Paso. Pomysł, żeby pójść do schroniska dla psów połączyliśmy z wizytą w ulubionej kawiarni. Najpierw obiad (suszi), potem kawa, następnie wychodząc z Tesco natknęliśmy się na Jot. Dobrze się stało, bo znajoma podpowiedziała nam jeszcze jedno miejsce. W pierwszym punkcie okazało się, że przyjmują tylko zapowiedzianych gości, drugi, polecony przez Jot, był od pół godziny zamknięty — ale! tutaj nie ma tego złego, chwilę rozmawiałam "przez płot" z czego wynikają plany na jutro.

Oczywiście, plany mogą zostać pokrzyżowane przez okoliczności. Do domu przyplątała się choroba. Kochany od wczoraj źle się czuje, u mnie śpioch popołudniowy trzeci raz pod rząd też raczej niepokoi; po powrocie oboje zalegliśmy pod kocem. Wstałam kilka godzin później, gdy zaczęła się burza z deszczem i gradem. Snujemy się, oglądamy wspólnie mietczynskiego Masochistę (film z Kilmerem w roli trupa; oglądam to po raz drugi, Mózg zmęczony nie wiadomo czym namawiał mnie do powtórki). Nom. Czyli jutro albo ozdrowiejemy, albo nie, na dwoje babka. Mózg mi też podpowiada (skoro już razem zdecydowaliśmy o przedłużeniu wypożyczenia książki), żeby zakupić kryminałek w audiobooku, obłożyć łeb poduszkami i słuchać, aż się wyjaśni, kto zabił.

czwartek, 5 czerwca 2025

1997. Koniec, afirmacje, dobroci.

Mieliśmy zupełnie zwyczajne pożegnanie, żadnych ozdobnych głupot, chwila na rozdanie papierów, ostatnie żółwiki, kilka uścisków, ale było wzruszająco; pierwszy raz chcę zapamiętać wszystkich kursantów i wiem, że często będę myślała o Li. Niech się rozwijają, niech nie wpadają w kłopoty. Dostałam prezent od Afganki (słodycze, dziwna figurka, biżuteria z tombaku) oraz od trawelerki (słodycze).

Pogoda grzebała się, a ja mimo to miałam świetny dzień. Mieszkam we wspaniałym kraju i jestem wartościową osobą, która ma dużo szczęścia w życiu, o!

Fred zabrał mnie z parkingu (padliśmy sobie w ramiona) prosto do domu. Na początek wysłuchaliśmy dwóch płyt przywiezionych z Polski (Kochany postanowił się jednak rozpakować ;)):  Grzybnię (2024) jazzowej grupy Błoto, następnie album z muzyką organową, kupiony w kościele w Świdnicy 

Przekąsiliśmy coś "na teraz" (śledzie w sosie kurkowym), mąż zabrał się za lepienie kotletów mielonych, a ja w kimono. Pobudka i prawie godzinna rozmowa z mamą. Kochany zaserwował obiad. Wieczorem wbił do nas mały, brudny sąsiad (i słusznie, dostał saszetkę z okazji, że tak dawno go nie było). Jeszcze później zadzwonił Ka, było rozmawiane także o tym, że szukamy zwierzaka.

środa, 4 czerwca 2025

1996. Dzień o nazwie środa.

Ashes to Ashes Faith No More gra mi od rana.

Trafiłam najwyraźniej na dobry rok, Szef oświadczył, że uczestnicy pierwszy raz przynieśli prezenty, Czarli wręczył nam słodycze, Aszling kwiaty, a mnie jeszcze adekwatny kubek:


Będę używała w pracy, żeby ludzie mieli jasność z kim mają do czynienia. Bo już czegoś zapomniałam, jakiś czas po wyjściu z biura przypomniałam sobie, że nie wysłałam dość ważnych papierów. Kilka godzin do jutra rana niczego nie zmieni, ale jednak niepokojąca jest ta dziura we łbie.

Obiad mężowski (zapach wątróbki jagnięcej rozpełzł się po całym domku z piernika). Freda rozmowa z Perlistym, bo obojgu było jeszcze smutno (gadali i gadali, mąż namawiał przyjaciela i namawiał, aż ucięłam sobie drzemkę). Lektura idąca mi powoli, choć przecież całkiem dobra i nawet pouczająca (jednak trzeba będzie przedłużyć). Kwestia zwierzęcia w domu: lokalne schronisko nie ma stałego miejsca kontaktu, a chcielibyśmy pójść i zobaczyć psa/kota na żywo przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji — rozglądamy się.

wtorek, 3 czerwca 2025

1995. Nastawiłam budzik ...

... na godzinę później! Niechcący (nie wiem, Mózgu, co ty tam sobie kombinowałaś), oczywiście nie spóźniałam się, bo zazwyczaj wstaję z dwugodzinnym zapasem, ale arghrghrgh! Idąc do przystanku znalazłam w kieszeni goretexu bilet do Kościoła Pokoju z zeszłego tygodnia oraz gałkę oczną podarowaną nam na pożegnanie przez Marksistkę. Czuły podarunek, taki jakie lubię :D

I tak, od wczoraj mamy plany na niedzielę (bezpłatne wejściówki na wydarzenie zostały przeze mnie ściągnięte — idziemy na Szczygła oraz na poszukiwanie książek tanich, a dobrych); poza tym myślimy o odwiedzeniu schroniska całkiem niebawem (Mózgu z ekscytacji robi przytupywanie jak mała świnka).

Przed wylotem do rodziców zaczęłam nosić ceramiczne kolczyki, stare, kupione jeszcze u Artystycznej Duszy, gdy ta mieszkała w Polsce. Złote kolczyki od świekry odłożyłam do pudełka kilka miesięcy temu z powodów mi obecnie nieznanych (wspomnienie jest chwilowo niedostępne) i bałam się, że dziurka w lewym uchu może mi zarosnąć; felerne to ucho (lekko się poruszyłam, gdy ciotka Irka mi je przekłuwała), zawsze na początku się grzebie (właśnie przestało). A rozchodzi się o to, że mnie małe ceramiczne kolczyki na powrót oczarowały. Poszukuję. Kupowane będzie.

Ze spraw innych: Kochany zrzucił się z rodzeństwem na opaskę seniora dla świekry, przy okazji wymienił informacje ze szwagierką. W pracy zrelaksowałam się wpisywaniem cyferek do tabelek w excelu. Obiad był pyszny, Fredowo-polskosklepowy. Wieczorem obejrzeliśmy Jej wysokość Afrodytę Allena (trzydzieści lat zabrało mi trafienie z nastrojem w ten seans).

poniedziałek, 2 czerwca 2025

1994. Lá saoire bainc.

Gdzieś w środku nocy, na granicy snu, doszłam do wniosku, że te wybory są dla Trzaska przegrane (nie ślęczałam, czytałam książkę, potem długo kręciłam się pod kołdrą). Szkoda, był potencjał czegoś eleganckiego, jest kolejny miś na miarę naszych możliwości. Złość wymieszana ze smutkiem, co ciekawe smutek był związany bardziej z rodzicami niż ze mną; bardzo chcieli mieć pozytywny wpływ, oni, którym komuna strawiła najlepsze lata życia. No i teraz będą mieli reprezentanta alfonsa, wszyscy będziemy mieli. Ech. Trzeba się od tego jakoś oddzielić; chyba nie będzie aż tak trudno.

Kochany do pracy, przytuliliśmy się przed jego wyjazdem. Po śniadaniu wyszłam na krótki spacer nad morze:


Bardzo daleki odpływ, trochę ludzi, ale ogólnie nie tak dużo, jak w typowe bank holiday; na wieczór zapowiedziano sztorm, może dlatego.

Czytałam White Teeth Zadie Smith, wypożyczyłam ją już kawałek czasu temu, przedłużyłam wypożyczenie i znowu zbliża mi się termin oddania, więc spinam poślady. Jak na ironię, mnóstwo w niej imigrantów i to jeszcze w latach 70. Przetrawiam pewne rozmowy i widzę, jak znowu zaczyna się u mnie proces separacji bazujący na wkurwie. Cóż, witamy i żegnamy. Obejrzałam Gosię ze Szkocji oraz mietczynskiego pierwszy deserowy czerwiec ;D

Kochany wrócił o typowej porze, postawiłam mu obiad jak się patrzy. Sprawami finansowymi zajmę się jutro, a tymczasem kusi mnie znowu genealogia. Kiedy byłam w Polsce, konto na MyHeritage zwinęło się mi do podstawowego, gdyż jak zwykle, chcieli za następny rok za dużo pieniążków. Poczekają :) 
___
edit 20:30 Ach, z filmu wieczornego nic nie wyszło, już za późno, Kochany jutro wcześnie wstaje; Ciemno, prawie noc nie mogłam nigdzie znaleźć (a bogowie widzieli, że zapłacić kartą chciałam). Zadzwoniłam do mamy z zapytaniem, czy już się zdeklarowała w sprawie pracy. Złożyła wypowiedzenie, ale wygląda na to, że jeszcze trochę zostanie :). Poza tym, razem z mężem empatyzujemy z Tuskiem Donaldem :D

niedziela, 1 czerwca 2025

1993. Bążur 2.

Za oknem deszcz. Czy powinnam się dziwić? W końcu jestem w domu :D Wróciliśmy trochę po północy, podwiezieni przez miłego, starszego taksówkarza, który już jutro wybiera się na Ibizę i, aczkolwiek miły, policzył nam za trasę €35. Kochany przed chwilą wsiadł do samochodu i wyjechał do pracy. Procedura niedzielna będzie więc podobna do tej sprzed dwóch tygodni, trzaskać będziem późniejszym popołudniem. Bążur i atrebjęto.
___
edit 11:00 pierwsze pranie się dopiera. Zadzwoniłam do tatki, odebrała mama, oni już po głosowaniu; życzyłam jej wszystkiego dobrego z okazji Dnia Dziecka, trochę opowiedziałam o locie i pogodzie, ale krótko. Jeszcze wczoraj Anne nam zakomunikowała, że nie musiała podlewać świerku, bo codziennie padało. Widać to po ogrodzie, zupełnie się zazielenił, lucyfer wystrzelił do góry, na trawniku mnóstwo stokrotek wychyla łebki; chodniki mokre, ciepło.
___
edit 16:15 we wsi wiatr prawie sztormowy, słońce grzeje, ale podmuchy urywają łeb. Nasz ogród stał się przedszkolem dla młodych szpaków, z dala od wiatru pasą się jak krówki, a potem wspinają się na Rysiową górkę i wygrzewają skrzydła. Kochany słusznie przypomniał mi, że trzeba wziąć paszport, bo mogłabym zapomnieć. Jestem już w mieście, siedzę w kawiarni dojadając croissanta (trochę bryndza, liczyłam na coś innego, ale w Czarnej kryzys, pojedyncza obsada, kawa w papierowym kubku i zapowiedź wcześniejszego zamknięcia).
___
edit 22:10 mieliśmy podróż do urny z przeszkodami. Kochany zabrał mnie spod Tesco w środku miasta i ziuuuuu do stolicy, ale łatwo nie było: Okonel znajduje się obok stadionu Croke Park, gdzie odbywają się rozgrywki sportów gaelickich. Akurat dzisiaj Dublin grał z Armagh, na ulicach tłumy wyjeżdżające po zakończonym meczu. Trzeba było zaparkować trochę dalej niż ostatnio i przejść się kawałek. Na miejscu głosowanie raz-dwa i wracamy, wcale nie raz-dwa. Korek rozluźniał się powoli, posuwaliśmy się w nim słuchając co lepszych kawałków, najpierw alternatywy z lat 90., potem wcześniejszych. Wyniki exit poll złapały nas gdzieś przed Drołdą, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby zrobić zakupy. Jeszcze po jaja z jajomatu, turlu, turlu i dom. Na kolację zjedliśmy robale, w milczeniu, bo głodni jak wilcy; na drugie jogurt z granolą. Pewnie jeszcze trochę posiedzę zastanawiając się nad losami świata; wyniki exit poll niepokojące, late poll jeszcze bardziej.
___
edit 22:20 ależ oczywiście, wczoraj był jeszcze maj. Majowe fotki dobrane bezładnie takie:

1992. Przedłużona wędrówka / koniec wakacji.

Pobudka w sobotni poranek raczej późna (było dobrze po ósmej), oczywiście herbata, bo ja bez herbaty nie umiem, potem siedzę w ogródku z mamą, rozmawiamy o pierdołach, pokazuję jej jedno ćwiczenie z callaneticsu (chyba zajumiłam jej podręcznik z lat 90., muszę sprawdzić w domu).

Wylot mieliśmy zaplanowany dopiero na siódmą trzydzieści wieczorem; postanowiliśmy spakować się, wyjechać wcześniej na miasto i spędzić z rodzicami trochę więcej czasu. Najpierw zjedliśmy we czworo obiad w Českej besedzie; bardzo dobre miejsce, które chyba poddaliśmy rodzicom pod rozwagę, jako jeden z potencjalnych punktów leniwych wycieczek kulinarnych. Potem przeszliśmy się do Kota (rodzice podjechali), gdzie wypiliśmy trunki (gdy już siedzieliśmy, do lokalu wparowała Lusia ze swoją grupą, tylko się uścisnęłyśmy, były obietnice, że się zdzwonimy). Następnie tatko zaparkował w zdroju i zrobiliśmy małe kółko spacerowe.

Mimo wszystko byliśmy na lotnisku ze sporym zapasem, Fred jeszcze czekał, żeby nadać duży bagaż, znowu zasiedliśmy do stołu, mamie smakował krłasanty ;) (te lotniskowe naprawdę są dobre, ciekawe, gdzie zamawiają).

Upierdliwością podróży było przegrzanie: najpierw granatowa strzała rodziców (ta sama, która wiozła nas w podróż poślubną na wschód) miała zepsute chłodzenie. W samolocie za to klimatyzacja niby chodziła. Niby. Niech ich szlag. Lot — szlag ponowny. Na wstępie, w kolejce do gate'u sprawdzano rozmiary każdej walizki, Ryanair zaczął więc przechodzić samego siebie (nie, żeby mnie to dotyczyło, bo zawsze mamy pakunki w normie, moja walizka Wittchena na 10 kg ma dokładnie tyle cm, ile ma mieć, bez ściemy, ale jednak procedura podnosi ciśnienie). Potem wpadliśmy w burzowy wir powietrza nad Dolnym Śląskiem. Najprawdopodobniej, ponieważ walka pilota z nieistniejącym wiatrem w trakcie lądowania nasunęła Fredowi myśl, że ktoś tu się dopiero uczy, bo nie umi. Stres był, co tu kryć. W międzyczasie sytuacji stresowych dokończyłam czytanie e-booka Tak szybko się nie umiera Jacka Paśnika (W.A.B., 2024).

Plus trzyminutowego spóźnienia na autobus do Drołdy jest w zasadzie jeden: wracamy do sali przylotów i wrzucamy na ruszt ham & cheese popite sokiem jabłkowym (wiem, że w domu lodówka świeci pustkami). Odnoszę wrażenie, że wraz z przycięciem grzywki, zmieniła mi się osobowość na (jeszcze) mniej poważną; bagietki sprzedawała nam Hinduska, ucinam sobie pogawędkę; mimo zmęczenia chce mi się śmiać; po jedenastej wieczorem niebo nad Irlandią nadal jaśnieje.