Strony

piątek, 27 listopada 2020

Postscriptum #346.


Tak moja mama zaczyna dzień — od raportu na temat tego jak (bhp, odpowiednie ubranie) jej pies towarzyszy jej w drodze do pracy.

346. Rhut, rhut, rhut.

Wróciłam po spacerze tuż po dwunastej, spocona jak ruda mysz. Przewidująco ubrana w zimową kurtkę nie przewidziałam, że mój organizm przyzwyczaił się do temperatury 4℃ bez wiatru. Ponownie pożałowałam, że nie wzięłam normalnego aparatu — ze zdjęć kalkulatorem wynika, że przysiadły u nas bernikle jasnobrzuche, zimowi goście z kanadyjskiej arktyki. 

Jako się rzekło, na wybrzeżu stadko gęsi, trochę ludzi, przy zejściu na plażę trzyłapek Cookey przygotowujący się do spaceru ze swoją mamą, w szkole dzieci ryczące tak głośno "Jingle bells", że słyszałam je ze stu metrów przez ściany. Pod domem wpadłam prosto w objęcia męża milusio gawędzącego z Katlin. Fred w czerni i żółci, jak wielki, pluszowy szerszeń z kaszkietem na głowie, czekał na pożegnalny pocałunek przed wyjazdem na Belfast. Pierwotnie miała to być nocka, ale nad ranem szef zadzwonił informując o zmianie planów i małżonek był na nogach dość wcześnie. Anne niepotrzebnie więc wahała się zapukać do naszych drzwi przed wyjazdem. Gdy do niej tekstowałam, była już na lotnisku wyglądającym jak w Langolierach Kinga, gotowa rozpocząć kilkugodziny lot do domu rodzinnego i zaprawiająca się do boju pintą Guinnessa. 

Podbudowana słońcem przelałam symboliczną kwotę na konto ratujemyzwierzaki.pl, żeby pomóc Przystani Ocalenie w zdobyciu zwierzakobusa.

Zakończę dzisiaj ogladanie serii Panny Marple z Joan Hickson — przedostatni odcinek towarzyszył mi przy rozkoszach prasowania i mycia kuchenki, ostatni będzie teraz, gdy czekam na Freda. Długa noc.

czwartek, 26 listopada 2020

345. Dużo myślenia, mało działania.

Dwa spacery z wczoraj kompensują, mam nadzieję, nieruchawość i objadanie się słodyczami dzisiaj. Małżonek wyjechał po siódmej do Dublina, chociaż miał jechać do Dundrum (to w przeciwną stronę jest), i nawet dość szybko wrócił, bo już po drugiej po południu chodził naokoło domu z łopatką i wykopywał chwasty w towarzystwie swojego wiernego, futrzastego giermka. Dobra żona natomiast krzątając się po domu o poranku obejrzała do końca dokument BBC z Lucy Worsley o Bożym Narodzeniu w czasach Tudorów i zanotowała sobie w pamięci, że pani Worsley napisała kilka książek historycznych. Była też wieczorna gawęda z rodzicami do których zadzwoniłam, żeby poinformować tatę o śmierci drugiej teściowej jego brata. Przy okazji taka wymiana zdań z mamą nastąpiła:

— Małżonek czyta książki w okularach progresywnych. Musiałabyś go zobaczyć, jak się rozsiada. Inteligent. Ja za to do czytania ostatnio okulary ściagam, wolę bez.
— Jak ja.
— No tak, tylko, że kiedyś mnie to dziwiło. Teraz już wiem.
— Starzejesz się.
— Starzeję się od urodzenia, ale do tej pory mi to nie przeszkadzało. Mówię ci, wyszłam za mąż rzutem na taśmę.

W toku dnia dwa odcinki Marple, 4.50 from Paddington (1987) i A Carribean Mystery (1989), drugi obejrzany połowicznie z mężem, oddelegowanym na krzesełku obok w charakterze masażysty. Zupełnie już pod wieczór, zainspirowani imieniem kota u pewnego internetowego znajomego, oboje przypomnieliśmy sobie jednocześnie tytuł spektaklu dla dzieci, który nas wzruszał, gdy byliśmy bardzo młodzi. O pięknej Pulcheryi i szpetnej bestyi. Jestem z tych, co natychmiast dłubią i drążą, żeby wiedzieć, więc zaraz dowiaduję się, że reżyser przedstawienia z 1983 roku, Zbigniew Poprawski, zmarł miesiąc temu. Myślę o naszych dziecięcych buźkach, które w dwóch krańcach Polski wpatrywały się zafascynowane w ekran telewizora nic jeszcze o sobie nawzajem nie wiedząc.

środa, 25 listopada 2020

Postscriptum #344.

 Słońce zachodzi nad Oldbridge.



Widzieliście to?!! Krzyczę do niego: człowieku, uważaj! Ale za późno. Może nie śpiewał tak ładnie jak my, wrony, ale dobry był z niego little paddy.  Jeszcze nie dalej jak godzinę temu o pogodzie rozmawialiśmy. Poor little chap. I po rudziku. Chamie jeden! Ptakożerco! A żeby ci w gardle stanął! Morderca! Morderca!!!


— No i proszę, przez to wronie gadanie straciłem apetyt ...


Cisza w ogrodzie. 



— To znowu wy? Bez oskarżycielskich spojrzeń. La la la la.


Księżyc wschodzi nad Drołdą.

344. Listopad plecień.

Pierwszy raz użyłam krokomierza w drodze nad morze i zostałam poinformowana, że machnęłam 6 tys. kroków. Bardzo miło, na plaży pustki, słonecznie, wróciłam chłodna, ale spacer bez porywów wiatru zazwyczaj odbieram jako komfortowy. Wróciłam na herbatkę z lukrecją, do męża, który skończył pić kawę i nastawił dla nas lasagne do spożycia przed wyjazdem po chleb. Odnowienie licencji programu antywirusowego okazało się proste, wystarczyło wpisać kod gdzie trzeba, zajęło mi to akurat tyle czasu, co parzenie herbaty. Przed wyjazdem z domu Maleńczuk gra Młynarskiego (2017) — płyta wydana już w czasach dobrjnej zmiany, z historycznymi tekstami, a mój borze, jak to brzmi aktualnie.

Zajechaliśmy do Lidla, potem do parku w Oldbridge, gdzie byliśmy świadkami generalskiego polowania ... razem z jedną wroną wrzeszczącą za myśliwym, który uciekał z rudzikiem w pysku. Szkoda ptaszka, kot i tak porzucił go na ścieżce i zajął się innymi sprawami. Może się obawiał wroniej klątwy. Zrobiliśmy kółeczko po walled garden, ja z kubkiem kawy w jednej dłoni i trzymając się chłopakomęża drugą kończyną górną. Wychodząc rzuciłam oskarżycielskie spojrzenie kotu, który zbył mnie po kociemu.

Po powrocie rozgrzaliśmy się herbatami słuchając folku. Dwa spacery nastawiły mnie optymistycznie — dobrze, że mąż ze mną chodzi, jakoś zleci ten listopad.

wtorek, 24 listopada 2020

343. Jeszcze trochę.

Od północy, od momentu, gdy próbowałam zasnąć, prześladował mnie ból zatok. I taką zastał mnie nad ranem mąż po powrocie z Północnej — z głową opatuloną w poduszkę, sapiącą z irytacji. W próbach zaśnięcia nie pomagały masy powietrza do późnego poranka przewalające się nam nad głowami. Nie było bardzo źle, pospałam pomiędzy pobudkami, but still thumb down.

Odnowiłam licencję programu antywirusowego do której system i telefony od nieznajomych ponagłały mnie już od miesiąca (no żebycie się nie zesrali; instalacją zajmę się jutro). Po raz kolejny płacąc kartą kredytową miałam doświadczenie takie, że sugerowano mi przewalutowanie jako bardziej opłacalne, a gdy z niego zrezygnowałam okazało się, że bank chciał mnie po prostu rąbnąć na kilkadziesiąt centów. Ziarnko do ziarnka, jak mniemam. Licencja jest na rok.

Najweselsza myśl z dzisiaj (poza tym, że Fred mnie kocha) jest taka, że za miesiąc o tej porze dojdzie do zimowego przesilenia i dnia zacznie przybywać. Doba od ósmej do czwartej doskwiera mi, więc cieszę się na tę myśl. Bimbamy jak rozespane koty, chleba w domu brak, ale załatwimy to jutro, gdyż dzisiaj rzeczywistość za progiem jest zbyt okrutna.

poniedziałek, 23 listopada 2020

342. Szynki w plasterkach już nie ma.

Tak więc Fred musi na dziesiątą wieczór jechać do Antrim. No i ja się pytam po co, kot się pyta po co. Wiadomo oczywiście po co — żeby były pieniążki na zapas kocich chrupek. Gdyby wczoraj nie było tak słonecznie, napisałabym dzień jak co dzień. Pobudka o 7:20, doing  t h i n g s, i nagle w czasie obiadu o czwartej po południu okazuje się, że za oknem noc. Wieczorem mężczyzna poza domem, w domu bałagan, czyli zrobiła się pora na seans panny Marple, dziś Nemesis (1987). Obejrzałam go podjadając z Rysiem plasterki szynki prosto z opakowania. Ponieważ niczego nie skrywam przed mężem, poinformowałam go o tym szczególe, gdy przed chwilą zadzwonił z Północnej.

niedziela, 22 listopada 2020

341. Imieniny.

Dostałam wirtualny bukiecik od mamy, rozmawiałam też z tatą i babcią Manią. Przed wyjazdem z domu telefonicznie złapała mnie jeszcze teściowa, która przy okazji poinformowała Freda, kto z jego znajomych umarł ostatnio na covid. Gdy wracamy około trzeciej z Oldbridge, małżonek dzwoni do swojej cioci, mojej imienniczki, żeby i jej złożyć życzenia.

Ogród Oldbridge.






Ogród w zimowej poświacie (dzień zaczął się szronem). Posiedzieliśmy trochę na ławce patrząc na skrzące się w słońcu pajęczyny. Różano-kapuściany bukiet czekał w bagażniku aż skończymy (Fred wychodząc z Tesco kupił go dla mnie rzutem na taśmę).

Do obiadu słuchamy Through the Looking Glass Siouxie & The Banshees" (1987) i Treasure Cocteau Twins (1984). Potem Fred idzie na drzemkę zmęczony chłodem dnia, dołączam do niego po gorącym prysznicu. Jeszcze odbieram telefon z życzeniami od teścia. Wracamy do funkcjonowania o ósmej, kochany włącza pierwszą płytę Comy.
___
edit 22:50 Odkryliśmy Cardiacs.

sobota, 21 listopada 2020

340. Uprzejmości, zdjęcia, galasy.

W Polsce nad ranem był przymrozek, który zamienił się w piękny, jasny dzień. Mama jest w dobrym nastroju, ale gdy schodzimy na politykę, pochmurnieje. W kraju-raju codziennie umiera na covid-19 kilkaset osób, a policja chodzi po domach zastraszać młodzież biorącą udział w protestach przeciw nierządowi. Fred chce aplikować o irlandzkie obywatelstwo, dobrze, że o tym myśli. 

Po śniadaniu idziemy na spacer. Pozdrawiamy i jesteśmy pozdrawiani. Chłopak, który zna naszego kota, zaczepia nas klasycznym lovely morning, isn't it? stojąc przed drzwiami swojego domu i paląc papierosa. Dobry chłopak, Ryszard dał mu się kiedyś pogłaskać.









Przed piątą, po powrocie do domu z zakupów (w Tesco jest już mince pie, czyli pachnie świętam), ściągam pranie, które powiesiłam w ogródku po spacerze. Jest zmrok, cicho, bezwietrznie, tylko w krzaczorach u sąsiadki coś kosowatego nadaje. Tak mi dobrze tutaj. Gdy otworzyłam internety okazało się, że online trwa właśnie warsztat w ramach weekendu z kaligrafią hebrajską organizowany przez Centrum Kultury Jidysz. W związku z tym podpatruję zajęcia prowadzone przez Nibme, dzisiaj o otrzymywaniu atramentu z galasów i z Pieśnią nad Pieśniami czytaną po hebrajsku. Wspaniale, że są ludzie, którzy zajmują się takimi pięknymi rzeczami. Poszłam za ciosem i zanurzyłam się w zaległy webinar SWPS-u o wykorzystaniu psychodelików w psychoterapii (z Fidler i Jamrozem). Słabo, za dużo eeeemmmm yyyy aaammm, wątłe umocowanie w badaniach, szkoda.
___
edit 23:10 Na odsłuchu płyta Night Time Killing Joke (reedycja z 2007 albumu wydanego oryginalnie w 1985 roku).

piątek, 20 listopada 2020

339. Żadnej głębi ;)

Jesteśmy szczęśliwi. Za oknem plucha. Fred odpoczywa po kilku dniach pracy, która sama za nim łazi — podczas obiadu odrzucił zlecenia na weekend, bo chce pobyć w domu. Gdy tak siedzimy sobie bardzo kontenci po posiłku w kuchni rozświetlonej lampami (słońce zdążyło już zajść), przypomniało mi się rychło w czas, że dzisiaj jest online premiera Teatru Polskiego w Wawie — Baba-dziwo wg Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Za zł 15 spektakl online, ale grany na żywo, zapowiedziany przez A. Seweryna i Janusza Majcherka. Tekst z 1938 roku i nadal na czasie.

czwartek, 19 listopada 2020

338. Słońce coraz niżej.

Kot wypowiedział wojnę pliszkom — po późnej pobudce znalazłam w kuchni pióra po kolejnej potyczce (pobudka była późna, bo dużą kolację zjadłam wczoraj dopiero o jedenastej wieczorem, po tym jak Fred zaśpiewał w kuchni:

Moje życie jest tak proste jak piosenka ta / Rano wstaję doję krowy, potem idę spać / A gdy wstanę włożę buty, jakiś obiad zjem / Drugi raz wydoję krowy, i znów kładę się)

Po śniadaniu (nikły wiatr) wybrałam się nad morze. Pierwszy raz w tym sezonie ubrałam puchową kurtkę i wykorzystałam klapki od bezpalcowych rękawiczek. Dobrze jest iść przed siebie, nasłuchiwać swojego ciała, gdy myśli przeskakują z tematu na temat nie zatrzymując się na niczym szczególnym. Słońce przechadza się coraz niżej, w bezchmurną pogodę oślepia zaglądając w oczy, a Dublina nie widać na horyzoncie w ogóle, pomyślałby kto, że nigdy go tam nie było. Rozruszałam bolące biodro, porozmawiałam chwilę przez kamerkę z tatą, który akurat w ciepłej czapce na głowie kończył przyklejać kafelki na schodach tarasowych, w drodze powrotnej zaczepiłam zatopionego w swoich myślach, ukrytego za grubymi szkłami Majkela i pomachałam do Uśmiechniętej Kathleen, która przez drogę przedstawiła mnie swojej córce. Wróciłam odświeżona i gotowa na rosół. Małżonek przyjechał z niewidocznego Dublina przed trzecią po południu wzbudzając tym we mnie i kocie entuzjazm. Wir łóżkowego czytelnictwa, przerwany jedynie mężowskim stekiem z kartofelkami, pozwolił mi rozprawić się z pozostałymi pięcioma opowiadaniami Dubliners (Penguin Books, 2000) — ostatni rozdział skończyłam po jedenastej wieczorem, akurat gdy Fred śpiewał pod prysznicem O przyjaźni Bukartyka. Jestem zachwycona.

środa, 18 listopada 2020

337. The regular.

Przed południem Fred potwierdził mi telefonicznie, że głodne kocie, które tuptało naokoło mojego łóżka po siódmej rano, naprawdę nie dostało od niego śniadanka (Rysio lubi trochę wyolbrzymiać te sprawy). 

Nie wydarzyło się nic szczególnego. W trakcie różnych domowych czynności obejrzałam dwa kolejne odcinki Panny Marple z roku 1987 (A Sleeping Murder, który bez lektora oglądało się o niebo lepiej niż w sierpniu, i At the Bertram's Hotel, o wiele znośniejszy od hałaśliwej wersji nagranej 20 lat później), a wieczorem przeczytałam dwie opowiastki z Dublińczyków (Counterparts i Clay). Zbiór opowiadań jest z rodzaju takich, które rozgrzewają moje serce, pełen ważkich drobnostek. Po Clay wzięłam się za tekst o symbolice zawartej w tej historii.

Nadal czekam na męża, który dopiero wraca autobusem z lotniska. Podpiekę łososia, żeby chociaż wieczorem mógł zjeść coś na ciepło.

wtorek, 17 listopada 2020

336. Rozrywki różne.

Obudziłam się, gdy zaczęła mi przeszkadzać cisza w kuchni. 7:40, Fred dziesięć minut wcześniej wyjechał złapać autobus w Drołdzie. Do porannej kawy obejrzałam Murder at the Vicarage (1986), przeznaczając resztę dnia na bardziej intelektualne rozrywki i walcząc z pragnieniem zastartowania kolejnego odcinka tego umilacza. Spacer? Nie. Nieufnie zerkałam w kierunku brzydkich chmur nad lądem, które, jak się później okazało, słusznie oceniłam negatywnie. Z Joyce'a przeczytałam Two Gallants, The Boarding House i A Little Cloud — nie spieszę się, dodatkowo wnikliwe przypisy okazują się równie interesującą lekturą.

W ciągu dnia odebrałam telefon od Ka, który w czasie swojego wolnego usiłował dodzwonić się do Freda. Przy okazji rozmawiamy przez chwilę o tym, co to za heca z nagłówkami w anglojęzycznych mediach o polsko-węgierskim wecie. Ka pyta mnie, co się dzieje w Polsce. I co ja mam mu powiedzieć? Rozmawiałam też z mamą, tu nie ma zaskoczenia, znowu o kredensach. Kolejny, który ją interesował, ktoś sprzątnął jej sprzed nosa. Mama w przeciwieństwie do Ka doskonale wie, co się dzieje i jest mocno przywiązana do myśli któregoś dnia to wszystko pierdolnie. Pamiętam kilka takich sytuacji, gdy przepowiednie mojej mamy się sprawdzały.

Zarejestrowałam się na stronie Deutsch für dich i od razu trafiłam na lekcję na temat niedyskryminujących zwrotów w języku niemieckim. Minuta i rozumiem ideę Gendersternchen.

Małżonek wrócił do domu około dziewiątej wieczór, podgrzałam mu pierogi ruskie, Fred spożywa, nucimy i komentujemy piosenki Bukartyka z płyty O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Myślę o tobie, kiedy to robię ...

poniedziałek, 16 listopada 2020

335. Literatura jest wszędzie.

Przez sen słyszałam nad ranem jakieś kocie pyskówki, Rysiu w tym czasie był zamknięty w domu i wzburzony zajściami biegał od okna do okna. Z Fredem rozmawiam o tym dopiero po ósmej, w trakcie jego przerwy w pracy.

Lektura: Trzy historie z Dublińczyków — od Araby do After the Race. Przelotnie poświęcam kilka myśli wiktoriańskiej pornografii i sprawdzam jak parę ulic w Dublinie wygląda obecnie. W sieci jest nawet strona dotycząca mapowania lokalizacji opowiadań z Dublińczyków Joyce'a. To jest ciekawe :)

Dwuodcinkowy A Pocket Full of Rice (1985) z przyjemnością porównuję z ekranizacją z Julią McKenzie obejrzaną w lipcu. Fred w tym czasie był już w domu i dosypiał noc. Przez kilka następnych dni Miły będzie budził się rano i obierał azymut na Dublin, dwa razy na lotnisko, potem na Grafton Street. W After the Race to ta ulica na rogu której a short fat man was putting two handsome ladies on a car in charge of another fat man. W Bibliotece Narodowej przeglądam fantastyczne zdjęcia miasta z tamtej epoki autorstwa J.J. Clarke'a.

niedziela, 15 listopada 2020

334. Senna niedziela.

Śniłam urodziny mamy — jakby dopiero miały być te, które już były. Przechodziła na emeryturę, co w realu nie miało miejsca, i była bardzo szczęśliwa, a ja z nią. Coś tam liczyłam, ile będę miała lat za ileś lat, ale na jawie widzę, że wychodziły mi liczby bez sensu. Sen był po tym jak przed ósmą Fred obudził mnie swoim przyjazdem z Północnej, otworzył okno i ogłosił powrót mokrego kota. Procedura suszenia kota ukołysała mnie do tego snu :).

Dzień był uneventful, pogodowo na tyle niezachęcający, że myśl o spacerze nawet nie przeszła mi przez głowę.  Po obiedzie małżonek stargany nocną szychtą zosiadł błogo przed laptopem, a ja z przyjemnością obejrzałam A Murder is Announced (1985), doskonałą adaptację Miss Marple z Johnem Castle. Jutro znowu zmiana zmiany i początek pracy o pogańskiej godzinie — Fred musi wstać po drugiej nad ranem, żeby dotrzeć na czas do Dublina ...