Strony

sobota, 12 grudnia 2020

361. Liczenie do stu.

Fred zauważył z rana, że wczoraj dokonaliśmy wymiany: rękawiczki i koszula za salami. Rano przyszedł też fredowy prezent, niestety w złym rozmiarze, tzn. metka jest z rozmiarem takim jaki zamawiałam, ale chyba coś im się pomyliło przy przyszywaniu. Od samego pomysłu, żeby pisać list z prośbą o wyjaśnienie sytuacji chciało mi się wskoczyć pod kołdrę (od wczoraj łatwo się denerwuję i w ogóle mi się to nie podoba). Liścik napisałam bardzo miły, po policzeniu do stu. Odpisali szybko, ale mierzenie mogą zrobić dopiero w poniedziałek. Wełniana kamizelka ładnie pachnie. 

Fred wyprowadził mnie na spacer, żeby mu żona nie zwariowała. Przed wyjazdem rozmawiałam z mamą, bo chciałam jej pokazać jak wygląda na mnie nowa pomadka, jeden z dwóch kolorów Laury Mercier. Tak w ogóle to dokupiłam dzisiaj trzeci kolor, Rose Vif, ale najpierw był spacer małżeński certyfikowany w parku Oldbridge.




Znowu słońce zgasło za szybko. Późnym wieczorem, gdy mąż pochłaniał kolejne odcinki Sparkolacji, rozpoczęłam oglądanie Persuasion z 1971 roku.

360. Dwa borsuki.

Piątek.
Poranek rozpoczęłam nietypowo, dokańczaniem serialu Pride and Prejudice (1980) przypadkowo znalezionym wczoraj na dailymotion. Z powodu tej niespodziewanej przyjemności położyłam się spać o drugiej nad ranem — nie można go porównać wystawnością z wersją z 1995, z drugiej strony widać ogromny postęp w stosunku do paskudnej Emmy z 1972 i dziadersem w roli pana Knightleya. Aktor grający Darcy'ego ma głos niezwykle podobny do Colina Firtha.

Fredowi śniły się dwa ogromne, łagodne borsuki, które spały pod naszym łóżkiem i były bardzo rozczarowane, że małżonek je stamtąd wyprasza. 

Po wielu dniach przerwy wybraliśmy się nad morze, spokojne i wycofane, z błyszczącą plażą pachnącą zimową padliną i ostrygojadami biegającymi w poszukiwaniu lunchu. Po powrocie do domu i obiedzie sprawy przybrały obrót kryzysowy — nie dość, że wysiadały mi zatoki, przez 45 minut nie wiedziałam w co się przebrać. Finalnie pojechałam do przyjaciół ubrana w cokolwiek, prezenty im pasowały, a film Wiatr buszujący w jęczmieniu (2006) był tylko trochę uproszczony. Wróciłam zmęczona i teraz zakutana w szlafrok jak rycerz jedi marzę, żeby przyłożyć głowę do poduszki.

czwartek, 10 grudnia 2020

359. Dziś musi być czwartek.

Środa skończyła się tak, że siedząc obok siebie w łóżku klikaliśmy na swoich laptopach. Sprawa teściowej rozjaśniła się dopiero dzisiaj — mama Freda miała wypadek w drodze do lekarza, a dziś jeszcze dodatkowe komplikacje, ale rozmawiała przez telefon coraz bardziej ożywiona, nie jest więc źle.

Małżonek umył okna, na każdym widniała od jakiegoś czasu mewia kupa, w związku z czym rozmawialiśmy nawet jak to możliwe i Fred stojąc w korytarzu odziany w swoją uszankę tłumaczył mi kwestię poziomej prędkości początkowej.

Słuchaliśmy Kultu, Tatę Kazika (1993) i Tatę 2 (1996) z tekstami w rodzaju zamyślony marabut w lepkich błotach brodzący ptak, pod wieczór obejrzeliśmy też nowy dokument Sekielskich, Rok we mgle — niby opowiada to, co wiemy, ale pokazuje też jak szybko zapomina się szczegóły, gdy absurd goni absurd. Kot większość dnia zalegał w comie na tapczanie, obrażony na pogodę. Jestem zaskoczona, że to znowu czwartek (wiadomo, co w temacie czwartku pisał Douglas Adams), nie mogę się połapać w tych mijających dniach.

środa, 9 grudnia 2020

358. Deprecha?

Wstaliśmy późno, w szarość mokrą i i im bliżej wieczora coraz bardziej targaną wiatrem. Po telefonie od Ka zrobił się nam plan na piątkowy wieczór, a wczesnym popołudniem wyjechaliśmy na zakupy. W TK Maxxie kupiłam sobie zestaw bambusowych skarpetek DKNY (bo jedna para była w białe grochy), dwie pomadki Laury Mercier (kolory Rouge Ultime i Nu Délicat — gdy sprawdziłam ich ceny w polskich drogeriach, pożałowałam, że nie kupiłam trzeciej), lnianą koszulkę Cynthii Rowley z nadrukiem tropikalnego miasta. Jeśli na Ka będzie pasowała koszula, którą znalazł mu Fred, to zostały jeszcze prezenty dla chłopaków, a wiemy, czego mamy szukać (gry na ps4). Za drobnymi upominkami dla sąsiadów dopiero zaczynamy się rozglądać.

Po powrocie ze sklepu długo rozmawiałam z mamą i akurat w trakcie tej rozmowy Fred dostał wiadomość, że teściowa wylądowała na SORze. Coś tam mają jej szyć, nie wiemy co i dlaczego, na tę chwilę pozostajemy w niepewności co do faktów.

Zupełnie już wieczorem małżonek przekazał mi kolejną zaskakującą i smutną nowinę — Teatr Nasz w Michałowicach prowadzony przez Kutów przechodzi do historii, obiekt został kilka dni temu wystawiony na sprzedaż. W 2018, krótko po nowym roku, byliśmy u nich na Geriatrix Show, to był zresztą mój ostatni teatr na żywo (shame on me). Po 29 latach działalności wykończył ich nierząd podczas pandemii.

I tak się mi wszystkiego odechciało, a Fred robi sobie po dziesiątej wieczorem kawę z zamiarem siedzenia przed komputerem i przelewania gorzkich myśli na ekran. Małżonek stwierdził, że prawie udało mu się uniknąć jesiennej deprechy, do dzisiaj.

wtorek, 8 grudnia 2020

357. Zimowy obiad i ciężkie historie.

Małżonkowe długie operacje kulinarne zaowocowały obiadem zimowym: polędwiczki wieprzowe w sosie pomidorowo-marchewkowym z dodatkiem papryki konserwowej i kiszoną kapustą z kminkiem.

Zlikwidowano linię autobusową 189, którą kiedyś, gdy byłam wartościowym członkiem społeczeństwa, tak często jeździłam. Nie wiem kiedy, ale stało się to pewnie w ostatnich dniach. Nowa linia nareszcie łączy naszą wioseczkę z dwoma dużymi miastami w sensownych godzinach dla pracujących (wczesne wyjazdy i bardzo późne powroty). 

Wieczorem dokumenty — Dzieci z Leningradzkiego (2004) Polak i Celińskiego oraz dwa filmy Marcela Łozińskiego, Wizyta (1974) i kontynuacja Żeby nie bolało (1998). W ostatnich przypadkach nie mogę z siebie strząsnąć wrażenia, jak bardzo męskie rysy ma główna bohaterka, w związku z czym wg mnie reporterki zadają pytania ciut bezsensowne.

Byłam dzisiaj kluchą wylegującą się pod kocykiem oraz kluchą marudzącą mężowi.

poniedziałek, 7 grudnia 2020

356. Ani jednej chmury.

Dzień zaczęliśmy od słuchania płyt Marii Peszek. Nawet, gdy ma muzyczną zniżkę, trzeba przyznać, że takich tekstów w mainstreamie próżno szukać. Nie czułam się z rana najlepiej, zamiast więc przed południem w parze poszukiwać w TK Maxxie prezentów dla przyjaciół, Fred pojechał sam po spożywcze niezbędniki, a ja trochę ogarnęłam domowy brud. Nie lubię tego, obiecuję sobie, że gdy będę miała stabilną pracę zatrudnimy kogoś do sprzątania raz na jakiś czas. Gdy już byłam sama w domu i wyjrzałam przez okno pomyślałam, że marnuję dzień — na niebie ani jednej chmurki, słońce wstało tak nisko, że liczyło kominy na dachach sąsiadów, w takich chwilach miejsce żony jest przy mężu. Poczułam po prostu, że coś mnie omija, że w taki dzień musowo trzeba iść przed siebie.

Fred wrócił z zakupów z prezentami: dwiema parami świetnych rękawiczek Rossignola dla siebie i dla mnie, różowym berecikiem Fraas dla mnie (z żywej wełny z dodatkiem kaszmiru, śliczny), skórzanymi rękawiczkami Labonía dla Jot. Tak przy okazji policzyłam swoje rękawiczki — mam 12 par, w tym tylko dwie przywiozłam z Polski (myślałam, że trzy, ale nie mogę zlokalizować bezpalcowych kiwi, które zostawiłam kiedyś na noc w pijalni czekolady Mont Blanc w Karpaczu).

Obiad był prędziusi, ryż z sosem słodko-kwaśnym Uncle Ben's, na deser tescowy tort blackforest (trochę się małżonkowi przefasonował w podróży, ale smakowi to nie zaszkodziło). Wieczorem wybieramy sobie dokument do obejrzenia słuchając płyty Ralpha Kamińskiego Młodość i zwlekamy z decyzją, bo chcemy wysłuchać muzyki do końca. Potem przenosimy się do poznańskiej kamienicy w której mieszkał Tadeusz Malinowski — oglądamy dokument Eksmisja (2012) autorstwa jego wnuczka Filipa, o zderzeniu starego świata z nowym.

niedziela, 6 grudnia 2020

355. Coraz bliżej.

Przez większość dnia boli mnie gardło, pewnie od zbyt głośnego gadania wczoraj. Tak z perspektywy, tematy były podminowujące — toksyczne rodzeństwo, wychowanie w przemocowym i alkoholowym środowisku. Dzisiaj nie ryzykowaliśmy wychodzenia na spacery, chociaż przyroda nęciła — było słonecznie i bezwietrznie, za to od rana gruby szron zalegał na trawnikach. Mikołajkowo porozmawiałam z rodzicami, wieczorem zadzwoniłam jeszcze raz, bo zapomniałam tacie wspomnieć o powiadomieniu jakie dostałam wczoraj z lecznicy weterynaryjnej (nadal mają tam mój numer telefonu, choć sprawa była z pewnością prostowana). Ogólnie zaś spokój, wczorajszy rosół i kurzyna na obiad, rozmowy z Fredem jeszcze nawiązujące do dyskusji z Ka&Jot, telefony małżonka do teściów i bratowej, która obchodzi dziś urodziny.

Soundtrack: Paul Weller Modern Classics: The Greatest Hits (1998), Fred słucha też czarnych bluesmanów, których wczoraj widział w dokumencie o Richardsie. Pod wieczór próbowaliśmy obejrzeć Pachnidło (2006) Tykwera i prawie się nam udało — ostatnie pół godziny przewinęłam, żeby sprawdzić wybrnięcie z kwestii orgii. Nadal mnie zadziwia jak czasem słabe są filmy, które kiedyś miały dużą widownię.

sobota, 5 grudnia 2020

354. Nadal zmarznięta.

Jeszcze przed południem zadzwonił do Freda Ka z zapytaniem, czy do niego wpadamy, dość wcześnie mieliśmy więc plany na wieczór. Dzień był jasny, ale nadal nieprzyjemnie mroźny, poza zapowiedzianym wyjazdem nie wychylaliśmy nosa z domu. Wybraliśmy się do przyjaciół bez sprecyzowanych planów filmowych, z łapanki obejrzeliśmy dokument Keith Richards: Under the Influence (2015) — na kolana mnie nie powalił, uzmysłowił natomiast ogrom inspiracji muzycznych Rolling Stonesów, tu i ówdzie podobnych do inspiracji Rory'ego Gallaghera. Wróciliśmy do domu nucąc kawałki The Pogues z gwiazdozbiorem Oriona nad nami. Ryszard czekał pod domem Anny, mam nadzieję, że nie spędził tych kilku godzin tylko na zewnątrz odmrażając sobie kocią dupinkę. Nie zdążyła wybić północ, a podgrzewanie rosołu dla męża prawie na finiszu. Sama się powstrzymam, bo przeżyłam dzisiaj szczyt obżarstwa (na obiad gnocchi z Lidla z sukcesem akompaniowały łososiowi w ilościach ponadprzyzwoitych).

piątek, 4 grudnia 2020

353. Ziiimnooo.

Pojechaliśmy na zakupy, w tym do polskiego sklepu, a po nich przeszliśmy się zobaczyć, która restauracje są otwarte, skoro już mogą (nie wydaliśmy centa na parking, dobra dusza, która już się stamtąd zwijała, oddała nam swój bilet, starczyło na półtorej godziny lambadziarstwa po mieście). Nie zawiodło nas Il Forno, posiedzieliśmy półtorej godziny nad brushettą, fusilli z kurczakiem i brokułem i Fredową kawą. Jeszcze, gdy wracaliśmy przez Drołdę do parkingu, temperatura w uliczkach średniowiecznego miasta była znośna, ale dokładnie gdy pakowaliśmy się do samochodu powiał mroźny wiatr. Coś paskudnego. Dobrze się stało, że pod czerwone dżinsy przywiezione z Północnej w październiku (miały dzisiaj swoją inaugurację) założyłam barchanowe rajtki. W restauracji było przemiło, cieplutko, w tle grały już świąteczne kawałki (jak Fairytale of New York The Pogues i War Is Over Lennona).



___
Wiatr skandalicznie wyje nam nad głowami. Znalazłam w sieci coś, co chciałabym miłemu kupić w prezencie z okazji zwycięstwa słońca. Pokazałam mu, wybrał sobie kolor, zakupy zrobię, gdy trochę juro się mi przeleje w następnym tygodniu. Tymczasem małżonek poświęca wieczór na zapoznawanie się z nowym iphonem, jest z tym trochę zamieszania. Uważam dzień za zamknięty — jestem tak napchana restauracyjnym obiadem, że już chyba nie wcisnę resztek, które wzięłam na wynos. Masaż stóp, coś poczytam lub obejrzę jakieś vlogi i lulu. Zimno mnie zużyło.

czwartek, 3 grudnia 2020

352. Wesoły nam dzień nastał.

Najlepszy z mężów nakarmił mnie rano krewetkami i pesto gnocchi, po tym jak już zeżarłam całą sałatkę warzywną, jaka się znajdowała w domu. Fred drugi dzień wykonywał mnóstwo telefonów związanych ze sprawą Wu do rodziny i znajomych, a ja rozmawiam z rodzinką tak po prostu — bo są. Pretekstem było zdjęcie opublikowane przez mamę na facebooku: dom przyprószony śniegiem. Rozmawiałam z wszystkimi o wszystkim. Poza tym pierwszy raz od dłuższego czasu mieliśmy wieczorną nasiadówkę filmową — akurat szykowaliśmy się do przyjaciół, gdy zgasło światło w całej wsi i ubierałam się przy blasku świec nie do końca zdając sobie sprawę, gdzie jestem pognieciona. Gdy wróciliśmy około północy, okazało się oczywiście, że włączone są wszystkie lampy i wentylator w łazience, a na tle rolety widać kocie uszy. Tym razem nie zostawiliśmy Ryszardowi uchylonego okna, jeszcze przed wyjazdem objawił się nam przymrozek nie na żarty. Z przyjaciółmi obejrzeliśmy dokument Athlete A (2020) o sprawie molestowania amerykańskich gimnastyczek przez Larry'ego Nassara. Sam film nie był specjalnie wycyzelowany, ale przypadek jest wstrząsający, pokazuje świat dziadersów w pełnej krasie, mieliśmy o czym gadać. 

Był film z przyjaciółmi, jest pierwszy mocarny szron, u siebie przywitał nas Wielki Wóz nad dachem, czuję radość.

środa, 2 grudnia 2020

351. Środa spędzona na ...

— okładaniu dwóch książek Witkowskiego w papier, który przyniósł się razem z ostatnim bukietem róż od Freda,
— spacerze z Miłym i robieniu zdjęć,
— robieniu guacamole z pomidorami i czosnkiem na śniadanie, krojeniu sałatki warzywnej z jabłkiem na kolację i przygotowaniu obiadu (pierś kaczki, kartofle, gotowany brokuł),
— szukaniu kursu psychologicznego w sam raz dla mnie,
— czytaniu Z nienawiści do kobiet Kopińskiej do końca,
— słuchaniu Siekiery, nuceniu All the Young Dudes Bowiego i It's a Hard Knock Life z musicalu Annie.





wtorek, 1 grudnia 2020

350. Pierwszy grudnia.

Po naleśnikowo-powidłowym śniadaniu, z butami zawiązanymi metodą Krisa, poszłam z Fredem za rączkę na spacer. Było chłodno, ale spokojnie, na horyzoncie trzy statki, których ruchy zupełnie się mi pomieszały.

Gdy po południu siedziałam sobie w kuchni, małżonek wyszedł z sypialni z seledynową koszulką w rękach i oświadczył mi, że to miał być prezent dla mnie kiedyś tam z jakiejś okazji, ale prezent zapomniał się zapakować — koszulka z tyłu ma markowane guziczki, jest lniana i śliczna (Tahari), będzie czekała na nowy sezon letni.

Kot Rysio tymczasem bezczelnieje z dnia na dzień. Małżonek dłuższy czas obserwował przez okno samochód Anny, zaniepokojony, że bagażnik otwarty na oścież, a nie ma nikogo krzątającego się naokoło. W końcu Fred założył kaszkiet, opatulił się szalem i postanowił zapytać, czy sąsiadka nie zapomniała zamknąć samochodu. Spotkał ją jak wychodziła z ogródka. Nie zapomniała — do bagażnika wpakował się nasz kot, a Anna jest bardzo miła i nie chciała go przepędzać.

Zagadała do mnie dziś Martaszka, mówiąc mi to, co już wiem o Nerindze i Viki. Prędko się nie zobaczymy nad kawą i ciastkiem. Mąż nakarmił mnie stekiem, teraz reszta wieczoru będzie spędzona nad książką. Fred bębni w klawisze laptopa, kot Rysio śpi w moich nogach, cieszę się, że jest grudzień.

poniedziałek, 30 listopada 2020

349. Koniec listopada, o jakże mi nie przykro.

I bardzo dobrze. Mój Kochany wrócił jeszcze przed północą, pospaliśmy godnie, a po śniadaniu pojechaliśmy na spore zakupy. Obydwie sąsiadki (Anna i Katlin) osobno zachwyciły się gołębim płaszczem Freda. Sąsiedzkie pogadanki były o tym i owym, Anna wypytywała, czy wylatujemy do Polski i chyba cieszyła się, że dom nie będzie stał pusty w ten czas, Katlin wyszła do nas ze sconesami, które czekały na nasz powrót. W Północnej od zeszłego czwartku wzięli się za poważny, dwutygodniowy lockdown, tymczasem republika z lockdownu wychodzi w środę, na jak długo, nie wiadomo. W każdym razie można będzie podróżować w granicach hrabstwa, a w piątek otwierają się restauracje. Już dzwonił Ka z pytaniem co tam jak tam. Jeśli nic się nie zmieni, nasz filmowy klub dyskusyjny wystartuje niebawem, a tymczasem zrobiliśmy sobie dzisiaj jego wersję domową — Ciemno, prawie noc (2019) Borysa Lankosza (tego od świetnego Rewersu) na podstawie książki Joanny Bator. Wystawiam oceny na filmwebie, więc chcąc nie chcąc widzę jaką ma słabą średnią. A  mnie się podobał, choć miał za dużo zakończeń. Film oglądaliśmy w towarzystwie Rysia, który pchając się pomiędzy nas bardzo dzielnie walczył o swoją kanapę.

niedziela, 29 listopada 2020

348. Krajobraz z mgłą.

W ciszy szłam sobie i szłam.

Około południa umościłam się wygodnie we fredowym fotelu, z nogami na tapczanie, pod zielonym kocem. Z paroma przerwami, przed czwartą było już po książce, tym łatwiej, że wczoraj doczytałam Pod Mocnym Aniołem do rozdział trzynastego włącznie. Bardzo sprawnie napisał to deliryk, trochę się krygując, że już delirykiem nie jest. Tym chętniej wciągnęłam jego biografię pióra Kubisiowej na listę " do kupienia", tym bardziej też doceniam kunszt scenariusza smarzowskiego, który to Smarzol wytrawnym scenarzystą będąc, nie dał się zwieść.

Rozmowa z Lusią trwała nieomal dwie godziny — co dziesięć minut już prawie szłam pod prysznic, ale tematyka naszego życia romansowego okazywała się zbyt wciągająca.

Zauważyłam na facebooku, że Strajk Kobiet odbył się dzisiaj także w moim rodzinnym mieście, z tej okazji nowa lektura zaraz odpali: Z nienawiści do kobiet, zbiór reportaży Justyny Kopińskiej (Świat Książki, 2018). Pachnąca, czyściutka i mądra czekam na Freda.

sobota, 28 listopada 2020

347. Słowo pisane.

Na jeden raz połknęłam dzisiaj książkę Simony Serce i pazur. Opowieści o uczuciach zwierząt (Marginesy, 2019) z emocjami mieszanymi. Z jednej strony nie lubię zdań typu "był taki badacz", bo ja chcę znać nazwisko badacza. Niucham wtedy copywriting, niuch, niuch. Z drugiej strony podobają mi się przemyślenia o wyrażaniu radości, zabawie, gniewie, mam też na uwadze, że tekst jest zbiorem radiowych gawęd, które brzmiały o tyle lepiej czytane przez samą autorkę. Dodatkowo, książkę kupiłam w zeszłym roku w Tykocinie, w sklepie przy synagodze, i podoba się mi ta myśl.

Rodzice się mają dobrze, mama wynalazła kolejny francuski kredens, a tatko służył Maciusiowi za drapaka. Dzień minął mi błyskawicznie, bez wychodzenia, tylko z machaniem Fredowi na pożegnanie (znowu Belfast, jutro również). Fred miał w nocy paskudny sen, a ja to nie wiem, ale na pewno kręciłam się w ciemności po kuchni.

Szarówka, noc wydawała się zapadać już po drugiej po południu. Na łydkach nadal mam opaleniznę z lipcowej wspinaczki na Slieve Binnian. Z półki wzięłam właśnie Pod mocnym aniołem Pilcha (Świat Książki, 2012) — nawrócenie na czytanie pozwala mi się poczuć mniej bezużyteczną.