Za oknem wiatr straszliwy, z godziny na godzinę coraz bardziej lało, Rysio zaczął niedzielę od wdepnięcia we własną kupę i rozmazania jej po podłodze, a ja z kolei znowu budziłam się kilkanaście razy w oczekiwaniu poranka. Przy śniadanku słuchamy czeskiego barda. Pogoda taka, że dwie godziny zbierałam się z wyniesieniem śmieci do kontenera, w końcu zebrał się małżonek. Szpaki traktują zmianę menu podejrzliwie.
Z życzeniami walentynkowymi zadzwoniłam do mamy (śnieg za oknem, drozdy zjadają kilogramy jabłek) i Aś (spoko, spaceruje, zaprasza do siebie), Fred skontaktował się z Usz (zawodowe sprawy u niej nieciekawie).
Po południu zaś ... wszystko cichnie, deszcz przestaje padać, temperatura w domu się podnosi.
Oglądamy Afonię i pszczoły (2009) Kolskiego. Piękny Dolny Śląsk, ciekawa fabuła, niezła muzyka, tylko Kolska też w tym jest. Niech będzie. Tak więc mamy panią, która jest zachwycona tym, że jak robi film, to coś się na nim rusza, czyli bardziej chodzi o dysfunkcję umysłową, a nie o bycie artystką — przy takim założeniu Kolska genialnie gra autystkę, jak zwykle zresztą. Tylko wtedy trudno wytłumaczyć kwestię romansu. Długo rozmawiamy o mimice pani Grażynki. Najbardziej jednak zachwyca mnie ta cisza za oknem.




