Strony

niedziela, 14 lutego 2021

425. Kupa na szczęście.

Za oknem wiatr straszliwy, z godziny na godzinę coraz bardziej lało, Rysio zaczął niedzielę od wdepnięcia we własną kupę i rozmazania jej po podłodze, a ja z kolei znowu budziłam się kilkanaście razy w oczekiwaniu poranka. Przy śniadanku słuchamy czeskiego barda. Pogoda taka, że dwie godziny zbierałam się z wyniesieniem śmieci do kontenera, w końcu zebrał się małżonek. Szpaki traktują zmianę menu podejrzliwie. 

Z życzeniami walentynkowymi zadzwoniłam do mamy (śnieg za oknem, drozdy zjadają kilogramy jabłek) i Aś (spoko, spaceruje, zaprasza do siebie), Fred skontaktował się z Usz (zawodowe sprawy u niej nieciekawie).

Po południu zaś ... wszystko cichnie, deszcz przestaje padać, temperatura w domu się podnosi.

Oglądamy Afonię i pszczoły (2009) Kolskiego. Piękny Dolny Śląsk, ciekawa fabuła, niezła muzyka, tylko Kolska też w tym jest. Niech będzie. Tak więc mamy panią, która jest zachwycona tym, że jak robi film, to coś się na nim rusza, czyli bardziej chodzi o dysfunkcję umysłową, a nie o bycie artystką — przy takim założeniu Kolska genialnie gra autystkę, jak zwykle zresztą. Tylko wtedy trudno wytłumaczyć kwestię romansu. Długo rozmawiamy o mimice pani Grażynki. Najbardziej jednak zachwyca mnie ta cisza za oknem.

sobota, 13 lutego 2021

Postscriptum #424.

Wiatr. Wczoraj pisałam nic to nic to, dzisiaj budzę się, a tu okno w kuchni do połowy zasypane mokrym śniegiem. Mimo to po śniadaniu zebraliśmy się na zakupy, bo Fredowi po głowie cały czas nic tylko robaki chodziły. Jedziemy do Woodiesa, a tam robaków dla szpaków nie ma ... zresztą w sklepie zoologicznym przy M1 również. Kupiłam za to kontener dla Rysia i ptasi karmnik, oraz dwie inne karmy dla dzikich ptaków, w tym ziarna nigru.

Przed wyjazdem rozmawiałam z mamą, czuła się już dobrze. Martwi się o to, czy dobrą decyzję podejmuje lecząc Niunię, i w ogóle, jak to wszystko będzie.

Odnoszę wrażenie, że wieczorem wieje jeszcze bardziej. Fred włączył farelkę, żeby podgrzewała nas miło podczas oglądania Samotnego meżczyzny (2009) z Firthem. Ksiażkę Isherwooda dostałam na osiemnastkę od mojej ówczesnej przyjaciółki, Izy. To było dawno, fabułę pamiętam przez mgłę i nie jestem w stanie ocenić, jak bardzo ją w ekranizacji podkolorowano. Muzyka nastrojowa, dobrze zagrane, ale nie potrafiłam się dzisiaj wczuć.

Nocą Nohavica po polsku.

424. A jednak.

Przed kwadransem.

piątek, 12 lutego 2021

423. W lodowatym wietrze.

Fred wrócił z pracy nad ranem i w zasadzie nie miał zrywać się o poranku. Pobudka była połączona z wizytą Ka, który po dziewiątej przyjechał coś sprawdzić w naszym samochodzie (po swojej własnej nocnej zmianie) i w efekcie posiedział trzy godziny na kawie i plotkach. W południe jest też poczta, a z nią kolejny case do telefonu, tym razem barani łeb do Fredowego appla.

Bestia ze Wschodu nie przybyła w pełnej glorii, ale pierwszy raz tej zimy wiatr niesamowicie wychłodził nam dom. To potrwa, bo lodowate podmuchy mają się kontynuować przez cały weekend. Przy obiedzie puściliśmy wolno wodze wyobraźni, zatrudniając w swojej willi służących o imieniu Andrzej i Agata, którzy rozpalaliby w kominku i przynosili świeże zioła z oranżerii. Fred przewidział także dochodzącego o imieniu Jarek, wahał się jednak z przyporządkowaniem mu funkcji (może rola pozoranta do szkolenia psów pilnujących posesji, może sortowacz w naszym prywatnym skupie szklanych butelek i aluminium). Miło gawędząc doszliśmy do wniosku, że jednak nie chcemy się nigdzie dziś wybierać, i małżonek wrócił w objęcia Morfeusza z których wcześniej tak brutalnie wyrwałam go obiadem.

Tatkę złapałam akurat, gdy wychodził z Maksiutkiem na wieczorny spacer, więc nie porozmawialiśmy długo. Mama leży podziębiona. Tata martwi się jak Niunia zniesie kilka dni rozłąki z rodziną.

Czytam Satin Island Toma McCarthy'ego (Vintage, 2016).

Od siedzenie w zimnej kuchni z gołą pupą i z mokrymi włosami boli mnie gardło.

czwartek, 11 lutego 2021

422. Tłusty czwartek.

Róże od Freda przepięknie dzisiaj rozkwitły. Na zewnątrz przenikliwy wiatr nie oszczędza, wraz z wieczorem zaczął być coraz bardziej porywisty. Małżonek po południu wyruszył na nockę do Blanchardstown dzierżąc w torbie dwie grube kanapki zrobione przez żonę jej własnymi, leniwymi rączkami. Mąż dostał też ostatni, tłustośrodowy pączek.

Sporo porozmawiałam z Dżadziją (messenger oczywiście) i cieszę się jej sekretem. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio się spotkałyśmy, aż musiałam zajrzeć do archiwum — lipiec 2016, jak zwykle w suszarni, tak mi mówi pamiętniczek. U niej też piździ. Ona i dzieciarnia też do Polski nie wracają. Co jest z tymi emigrantami, których ja znam?

Wieczorem wędrowałam po tytułach kolejnych odcinków Poirota w poszukiwaniu czegoś, co mi się jeszcze nie opatrzyło i co mogłabym łyknąć sama w domu. Tak dotarłam do sezonu nr 10 i odcinka Zagadka błękitnego ekspresu (2007). W zasadzie pamiętałam rozwiązanie tejże, ale nie pierwszą połowę, być może w trakcie oglądania poprzednim razem rozmawiałyśmy z mamą, jak zwykle za głośno i na same ważne tematy. W każdym razie super odcinek, a jako podkład energetyczny nałożyłam sobie do talerza wczorajszą fasolkę i wsuwałam, aż mi uszy drżały.

Z innych rzeczy, z kategorii śmieszno-strasznych, od roku próbujemy z mężem pójść do teatru, takiego realnego, ze sceną i widownią. Bilety były zakupione w marcu zeszłego roku. Występ Teatru Kwadrat w Helixie z Nejmanem i Małaszyńskim przeniesiono właśnie z Walentynek na ... październik.

środa, 10 lutego 2021

421. Wszystko jest dobrze.

Pada groszek, potem groch, gdy po południu rozmawiam z mamą pada zwyczajny śnieg. Ale dzieje się to z przerwami, w sumie nic takiego, szczególnie w porównaniu z zaspami za oknem rodzinnego domu, w które spacerujący Maksiu wpada po same pachy. Niemniej zima, roztopiony opad zamarza na ścieżce przed domem, gdy wracamy wieczorem :) Już widać, że dzień jest dłuższy, co bardzo nas oboje cieszy.

Fred dostał opis do badań kontrolnych sprzed kilku dni, zadzwonił do niego lekarz i opis brzmi: wszystko jest dobrze, następne spotkanie za rok. Po obiedzie w dobrych nastrojach pojechaliśmy do Lidla i polskiego sklepu, bo skończył się nam chleb (z rana zjadłam ostatki z guacamole). Dostałam od małżonka bukiet koralowych róż, a w polskim sklepie zaopatrzyliśmy się w cztery pączki z różą. Pod pączki film Konwickiego był przez nas oglądany, Jak daleko stąd, jak blisko (1971), z kotem siedzącym między nami, kotem gnieżdżącym się i nastawiającym pyszczek do miziania. Film prawie całkiem mi się podobał, niezła jazda, także muzycznie. Teraz degustuję dopiero co upichconą mężowską fasolkę po bretońsku, którą sobie u niego zamówiłam.

Protest czarnych plansz w polskich mediach notuję, nie odczuwam.

wtorek, 9 lutego 2021

420. Nowy trick.

Nad ranem kulimy się obok siebie w łóżeczku, przytulamy i popychamy, trącamy dupkami i ciągniemy kołdrę w różne strony. Poniedziałek skończyłam lekturą Halucynacji, byłam tak podekscytowana tematyką, że w ciemności nadal nawijałam o książce mężowi. Fred podzielił się przed snem wspomnieniem swojej własnej jazdy, gdy głodny, przepracowany jechał warszawskim tramwajem i zdało mu się, że pasażerowie śpiewają na głosy badziewną piosenkę Maanamu.

W temacie Bestii dość spokojnie, z rana warstwa śniegu na trawniku, niemrawy opad, ale zimno. Do sąsiadki z lewego krańca przyjechała lekarka zakutana jak mumia, zastanawialiśmy się oboje z Fredem czy to przypadkiem nie jest szczepienie domowe.

Dostałam kolejny telefon od radosnej Katriny. Doszły do niej papiery z gardy, jeśli nie wydarzy się nic dziwnego po drodze, zaczynam pracę za dwa tygodnie, od poniedziałku.

Wcześnie dziś zjedliśmy obiad (piersi kurczaka we włosko wyglądającej marynacie) i Fred już po trzeciej wyjechał do Swords. Zauważyłam, że gdy go nie ma w domu Rysiu uskutecznia świeżo nabytą umiejętność — otwiera najniższą szufladę w sypialni i wyciąga z niej męskie skarpetki zrolowane w pączki.

Po początkowym przymierzaniu się do wyboru odcinka przygód sprytnego Belga, skupiłam się na lekturze Sacksa (postanowiłam go dzisiaj konsekwentnie doczytać do końca). Pomiędzy rozdziałami Halucynacji rozmawiałam pół godziny z Luś, która ryje do egzaminu, i ma swoje negatywne przemyślenia o żonie Dżi. Luś leczy tarczycę, w końcu ją zdiagnozowano i wszystko idzie ku lepszemu. Lektura skończona. Fred właśnie zadzwonił, że zmierza w kierunku domu.

poniedziałek, 8 lutego 2021

419. Zimno.

... nie wystawiam nosa za drzwi. Fred pospał solidnie, bo przenieśli mu zmianę na wczesne popołudnie (wrócił z pracy już po dziewiątej wieczorem). W ciągu dnia od czasu do czasu padał u nas śnieżek-natychmiast-znikający. 

Serialowo przeskoczyłam odcinek Poirota o morderstwie na polu golfowym, który widziałam całkiem niedawno temu i obejrzałam następny, Niemego świadka (1996) z przeuroczym foksterierem. Ta rasa nazywa się po angielsku wire fox terrier, bardzo mi się podoba, z zachowania i ogonka przypomina mi naszą Bobisię.

W ciągu dnia przeglądałam archiwum zdjęć, dużo wspomnień i wzruszeń. Rozmawiałam też z mamą, która siedzi w ciepłym domu zadowolona, że i tak jej płacą. Na Dolnym Śląsku temperatury minusowe i spora warstwa śniegu, a tatko mówi, że na stawach słychać odgłosy żurawi i martwi się, jak ptaki przetrwają (twierdzi też, że jeden z nich jest zupełnie biały).

niedziela, 7 lutego 2021

418. Szałwia, rozmaryn i tymianek.

Wiatr wyśpiewywał wyjące piosenki już wczoraj wieczorem i przez całą noc. W ciągu dnia było trochę lepiej, za to, gdy jechaliśmy do Drołdy spadł na nas drobny jak manna grad. Morze w oddali spienione. Napływ zimnego powietrza ze wschodu ma imię ładnie dźwięczące — Darcy.

Bardzo sobie dzisiaj pofolgowaliśmy kulinarnie, gdyż na obiad był pieczony udziec jagnięcy z irlandzkim nadzieniem (okruchy chleba z morelą, żurawiną i ziołami, sage, rosemary and thyme, jak w piosence Scarborough Fair), podziubałam trochę, nie nawykłam do takich frykasów. 

Fred rozmawiał długo ze Stu. Od tego myśli mi się o większym domu i miłych gościach. Przypominam sobie także, prawie rzutem na taśmę tej niedzieli, że jest siedemnasta miesięcznica naszego ślubu. Dostałam buzi z tej okazji :)

sobota, 6 lutego 2021

417. Hę?

Nawet nie zauważyłam, że wczoraj pod wieczór przyszła do mnie wiadomość następującej treści: Tá an t-iarratas grinnfhiosrúcháin déanta ar do shon comhlánaithe. Tak szybko się uwinęli? No i dobrze.

Entliczek pentliczek z myszą (1995), kolejny odcinek z szóstego sezonu, bardzo krzepiący i zabawny, zrobił mi smaka na mężowskie kotlety mielone. Z braku kotletów była na obiad lidlowska lasagne (Fred wrócił z Grafton Street przed piątą), potem wysłuchaliśmy wspomnienia o marszałku Koniewie wyśpiewanego głosem Jacka Wójcickiego, obejrzeliśmy sobie też WracaMY? (2019), dokument dla śmichu, szczególnie w obecnej sytuacji pandemiczno-strajkowej. Najbardziej podobał mi się entuzjazm grubaska (dla potrzeb filmu wywiadowanego na poboczu jakiejś warszawskiej ulicy). Z Fredem jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, więc bardziej na serio poruszyła nas zapowiedź odsłony Beast from the East 2.0, że niby pogoda w nowym tygodniu może przypominać trzydniową zimę z 2018 roku. Już to wcześniej czytałam. My się zimy nie boimy, powiem nieskromnie.

piątek, 5 lutego 2021

416. Chce się żyć.

Bardzo cichy, domowy jest ten piątek. Kot nie obudził nas o trzeciej w nocy, bo był zamknięty w kuchni, za to za oknem ptaszki ćwierkały bardzo przyjemnie. Fred złożył półkę w łazience. Obejrzałam piąty odcinek drugiego sezony 1000-lb Sisters — nowych odcinków nie wyczekuję, ale gdy mi się przypomni, chętnie się przy tym odmóżdżaczu zamorskim relaksuję. Nadal bardzo dokuczają mi zatoki i kicham, nos mam tak zimny, że nawet przy dzisiejszej ciepłej pogodzie (6°C) nie mam ochoty na wędrówki. 

Ćma z Wilhelmim (1980) na kolację (film byłby lepszy bez gulgoczącego pseudojazzu typowego dla lat 70-tych), potem rozmowa z rodzicami o kocie i psie — Maksiu właśnie ziewał i wybierał się z tatą na wieczorny spacer, a Niunia była w ciągu dnia na konsultacji onkologicznej. Możliwe, że koteczkę czeka naświetlanie oczodołu i kilkudniowy pobyt w klinice. Na messengerze piszę to Kaś Matka Kotom, która pociesza mnie, że ten rodzaj raka dobrze się leczy u ludzi, więc są widoki na świetlaną przyszłość. Super, bo w domu moich rodziców szkoda umierać, chce się żyć. Kasa pójdzie na to wszystko sześć razy większa, niż ostatnio. 

Słuchamy jednej z płyt ze składanki Piwnicy pod Baranami (2001), Ta nasza młodość. Rozmawiamy o Chełmie, Jeleniach, ulicy Ozorkowskiej w Łęczycy, gdzie mieszkali dziadkowie Freda, i o lekcji jazdy na krowie.

czwartek, 4 lutego 2021

415. W oparach.

Rysio o poranku siedzi za oknem i miauczy do siebie żałośnie, bo jeszcze nie wstajemy, po południu zaś liże podłogę pod drzwiami łazienki (ściany zostały potraktowane preparatem przecigrzybicznym, śmierdzi to to nie z tej ziemi, więc kota rozumiem, chociaż po co zaraz lizać?). Nowa półka teleskopowa została zakupiona, przy okazji przeszliśmy się po mieście. A teraz próbujemy się pozbyć z łazienki zapachu chlorowodoru. Kot już na kanapie, zostawił sprawy w naszych rękach i udał się w objęcia Morfeusza. 

Jest ciepło, będziemy dzisiaj spali przy otwartym oknie, już się cieszę. 

środa, 3 lutego 2021

414. Środa szybkośmigająca.

Pierwszy raz nad ranem pachnie wiosną, ptaki śpiewają w krzaczorach, temperatura powietrza też jest przyjemna. Z powodu opadów wszędzie grząsko, nawet nasz trawnik jest podmokły.

Po śniadaniu poszliśmy na dwa spacery. Na pierwszym wlókł się za nami Rysio, próbował nas też zaadoptować mały piesek w rysiowym kolorze. Piesek chciał nam towarzyszyć i odganiał warknięciami kota, na szczęście pojawił się większy pies — spacerowicz na gapę postanowił zagadać z kumplem, może nawet pójść z nim na kolędę po dzielni, w każdym razie zostawił nas i kota w spokoju. Przerywnikiem pomiędzy spacerami była pogawędka z Anne. Sąsiadka zagadywała z okna na piętrze, a ja czytałam jej polskie imiona w rodzaju Dzirżyterga i Grzmisławy (czego się nie robi dla sąsiadów uwięzionych na kwarantannie) oraz robiłam zdjęcia Ryszardowi:

Spacer drugi:



W czasie obiadu, głodni jak wilki, wylizaliśmy talerze do czysta, i Fred wziął się za usuwanie łuszczącej się farby oraz generalne sprzątanie łazienki — zrobił dzisiaj bardzo dużo dobrej roboty, której oboje nie cierpimy. Prasując obejrzałam Boże Narodzenie Herculesa Poirot (1994), z przyjemnością, choć w tym przypadku pamiętałam doskonale kto zabił. Szybko śmignęła nam ta środa. Będąc na plaży odebrałam kolejny telefon od Katriny, mielą już moje papiery, mam czekać na maila od gardy. Wszystko zależy od tempa i wyników pracy innych ludzi, więc przestałam się kłopotać myślami na ten temat. 

Do łazienki potrzebny jest nowy narożnik teleskopowy, stary złożył się dzisiaj po raz ostatni.

wtorek, 2 lutego 2021

413. All's well that ends well.

Ale leje, ale leeeeje, ale leje. Błogosławieni, którzy pozostali w domach, albowiem oni nie ulegną przemoczeniu. Ale leje, ale leeeeje, ale leje, o poranku zaintonował głosem diakona Fred. 

Spotkanie miałam umówione na 10:30, prawie wychodziłam przez próg domu, gdy dostałam telefon od Katriny, że w biurze nikogo nie ma i sprawa zostanie załatwiona online w późniejszym terminie (rzeczywiście papierologia pojawiła się na mojej poczcie po południu). Ech, i po co zrywaliśmy się tak wcześnie? Pożaliłam się mamie. Fred już się nie rozbierał z eleganckiego outfitu, bo i tak czekał go wyjazd do szpitali w Beaumont i Raheny na coroczny przegląd funkcji życiowych. Po wyjeździe Kochanego przyszła poczta, a z nią dwie lniane maseczki od Laurel Lodge, na które czekałam od miesiąca. W czasie robienia obiadu relaksowałam się Kradzieżą w Hotelu Grand Metropolitan (1993), odcinkiem kończącym piąty sezon. Cały dzień rozgrzebany miałam bólem głowy promieniującym od karku do oczu (albo w drugą stronę), a po południu wypełnianiem i skanowaniem papierów (zawsze odnoszę wrażenie, że trwa to wieki, pewnie mózg zalicza mi do tego czas, gdy się zbieram w sobie) — przy tym drugim mamrotałam i rzucałam wędliną. Potem z Fredem oglądamy Figuranta (1976) z Allenem, z przerwami, bo dwa razy wywala nas z sieci. Słuchamy składanki the bestów grupy Chicago (2002), a ja wcinam jeszcze dwie kanapeczki z polskim pasztetem pomidorowym, bo nagle potrzebuję czegoś nie na słodko. Teraz czuję się lepiej. Pewnie za dużo gapię się w ekran laptopa i odpoczynek od niego dobrze mi robi.

poniedziałek, 1 lutego 2021

412. Znowu luty.

Rysiu poszedł na całość, obudził nas po trzeciej rano, ale byliśmy twardzi i nieustępliwi. Śniło mi się później, że ożywiłam prawie już martwą kukułkę (gołębia) i z rodzicami dzieliłam się pudrem z cygara. Przy pierwszej zielonej herbacie w głowie grało mi oczywiście beethovenowe allegretto. 

Z małych przyjemności: pocztą doszedł case na mój nowy telefon, który zdążyłam już raz upuścić. Czerwoną okładkę z kotem zamówiłam ponad tydzień temu na niemieckim ebayu. Ładny, więc teraz kupiłam Fredowi w tym samym sklepie opakowanie do jego appla, czarne, z sylwetką czerwonego barana.

Poza tym spokojny dzień niewyjściowy, jeśli nie liczyć wyjazdu po jedzonko. Jest szaro i mokro, spacer odpada. Kochany zrobił nam na wieczór sałatkę grecką i rozsiedliśmy się do Detektywa z Olivierem i Cainem (1972). Przerwałam sobie seans po "morderstwie", dziwnie znużona. Kiedyś ten film podobał mi się bardziej. Ale gdy już leżę w łóżku z przyjemnością słucham zakończenia dobiegającego z kuchni. Imbolc. Kocham Cię.