Strony

środa, 15 lutego 2023

1157. Kropka daleko od wytyczonej prostej.

Oboje mieliśmy wolne, dzięki temu poranek był leniwy (poszliśmy spać dopiero po pierwszej), śniadanie wspólne (w tle przeboje Cohena) + pogoda pozwoliła nam na długi spacer. Zrobiliśmy ponad 10 tys. kroków zaglądając za kamienisty winkiel plaży. Szliśmy i szliśmy, niewiele mówiąc, przyglądając się kamieniom, muszlom  i innym morskim znaleziskom:

W drodze powrotnej wstąpiliśmy do wsiowej kawiarenki (kofeina/lody/ciastko z karmelem przy stoliku w kącie).

Fred z powodu senności nie mógł się pozbierać, w końcu zawinął się w kołdrę i obudziłam go dopiero na obiad. Potem każde z nas zostało uszczęśliwione przez jego własny kierunek: wieczorem miałam zaplanowaną seminarkę i dostałam bardzo pozytywny feedback od dr Pierzastej, tymczasem mąż wyjechał do miasta, żeby rozruszać lenia i kupił sobie najbardziej punkową letnią marynarę z dotychczas posiadanych (ciemnozieloną, w żółtą i czerwoną kratę). Z innych rzeczy miłych i ciekawie się zapowiadających, dr wyszła z propozycją spotkania przy dublińskiej kawie w celu omówienia statystyki. Kto wie ... to może się zdarzyć. Dzień zakończony sentymentalnie, starym, dobrze mi znanym filmem Branagha, Przyjaciele Petera (1992). 

(Przeglądając różne badania i ankiety zauważyłam jak często wypełniając kwestionariusze bywam cudaczną kropką daleko od prostej w analizie regresji liniowej)

wtorek, 14 lutego 2023

1156. Walentajnsdej.

Od samego rana silny wiatr i pogoda paciająca okna drobnym deszczem. Zostałam obudzona przez alarm w telefonie i męża, który wręczył mi prezenty walentynkowe: czerwoną torbę Kensington Geigera, zamszowe martensy w różowato-żółtawe maziaje, kaszmirowy szal Zwillingsherz oraz ... brakujące zapięcie do kupionej jakiś czas temu torby na laptopa (Fred załatwił to po kraciastemu). W temacie torby Kensington, w sieci piszą, że to głowa orła. No chyba ślepi są! Widzę kuropatwę, zresztą Ryszard potwierdził:

Rozbijam buty, oglądamy odcinek śpiewającego Reksia (mężowi się melodyjka wkręciła), dyskutujemy o narkotykach w naszym mieście. Po pracy (która polegała głównie na czekaniu, aż menadżerka będzie miała czas na zoom ze mną lub czytaniu tekstów na temat nowego grantu) podłubałam trochę przy magisterce i rozmówiłam się z rodzicami (mama pichciła dewolaj ze schabowego, tatko chwalił się, że niedawno upiekł placki ziemniaczane; ostatnio zawsze są zadowoleni, co bardzo podnosi mnie na duchu). Zjedliśmy z Fredem szybki obiad i pojechaliśmy zrobić zakupy, głównie po to, żebym mogła przewietrzyć głowę. Przy okazji weszliśmy do TK Maxxa, gdzie Kochany kupił bratu kurtkę, a ja mojemu Kochanemu walentynkę (bo tak mam, że wolę zapytać, zamiast robić niespodzianki; Fredowi spodobała się koszulka polo z merynosa Costelloe i czarna koszula w czachy DKNY). Świat wydaje się dzisiaj lepszy, cele bardziej osiągalne. Po dobrej kolacji oglądamy Broken Flowers (2005) Jarmuscha, który znowu pokazuje zupełnie inną Amerykę.

poniedziałek, 13 lutego 2023

1155. Walka z sennością.

Spokojny, prawie nudny poniedziałek ze zwyczajowymi zdarzeniami poniedziałkowymi. Pierwszy dzień ferii, czyli dzień pustych autobusów i tłumu dzieciaków popołudniami biegających po sklepach. Zaszliśmy z grupą dokończyć prace nad ceramicznymi cudami. Do szkliwienia użyłam trzech kolorów, a kiedy skończyłam, z resztek gliny zrobiłam brzydkiego kota (jeśli dobrze się wypali, będzie koślawy kurzołap). Poza tym próby dokończenia power pointa na TT, czytanie długiej i nudnej lektury, walka z sennością. Fred w pracy, może i tym razem wróci przed północą. Kot w końcu śpi (wcześniej marudził, że nie zwracam na niego uwagi). 

niedziela, 12 lutego 2023

1154. I po co tak się turbować?

No i tak na początku trochę słabo się dzień kontynuował, łeb nawalał. Ale Fred przy porannej herbacie podzielił się ze mną pączkiem, a po śniadaniu poszliśmy nad morze, chociaż na chwilę i wbrew temu, że wiatr był dość nieprzyjemny (Fred śpiewał jakieś parodie Pameli, ja wykonywałam przebój Reksia, nawet nieźle mi szło). Przez kilka minut zatrzymaliśmy się też przy ulicy, żeby popatrzeć jak ludzie biegną — od południa we wsi był u nas 5 km marszobieg, Seaside run. Gdy Kochany wyjechał do wieczornej pracy, zaserwowałam sobie pocieszki, 19.2 odcinek Midsomer i nutellę jedzoną łyżką. Rozmawiałam dzisiaj ze sporą grupą ludzi, tylko elektronicznie, ale było to miłe zaiste, bo dużo dostałam wsparcia i pozytywnego feedbacku. Oraz koty, np. takiego od Kaś Matki Kotom:

Albo kot od Marii, Mikołaj:


Jutro już trzeba do pracy, weekend mi tylko świsnął za uchem. Fred powiedział, że może wróci o sensownej porze, więc poczekam siorbiąc herbatę i gmyrając oczami w lekturze.

sobota, 11 lutego 2023

1153. Grá.

Sfrustrowana dzisiaj byłam przez pisanie pracy i inne takie pomniejsze. Z mózgu jajecznica ścięta na sztywno (po południu to już w ogóle) i mężu też się udzielało (Kochanemu doskwierało, że nie mógł się zalogować w parę ważnych miejsc). Próbowaliśmy to jakoś rozchodzić, pojechaliśmy na zakupy spożywcze do polskiego sklepu i Lidla (po drodze Fred oddał na złom stary telewizor i kupił mi różę w opakowaniu z napisem grá), potem Kochany zaparkował pod polem bitwy i zrobiliśmy mały spacer w kierunku miasta deptakiem wzdłuż rzeki (do paszczy wjechały paluszki i pączek, bo zapomniałam w międzyczasie o obiedzie, a śniadanie zaczęło być dalekim wspomnieniem). Na chwilę skoczyliśmy do Woodiesa, gdzie na pocieszkę kupiłam sobie sitko do herbaty (z sową) i foremki do sconesów. Potem jeszcze wysiadłam przy czurczu, żeby zrobić te dodatkowe tysiąc kroków na chatę (wyniki liczenia kroków będą dzisiaj marniutkie). Niebo szare, pewnie też ma rozkminki. A małżonek soli śmietanę zamiast pocukrować, jak miał w głowie swej zamiar. Wieczorem w temacie pracy stupor i zatwardzenie. Napisałam do dr Pierzastej, szukam rozwiązania problemów technicznych i mam nastrój nietęgi. Na to dobre jest zajęcie się czymś innym, tak więc herbata z cytryną pita w najlepszy z możliwych sposobów (medytacja przez siorbanie) i Matka Joanna od aniołów (1969) Kawalerowicza. Film podobał się nam ponad 3 lata temu i nadal tak uważamy. Wytrzymuje porównanie z Bergmanem jak najbardziej. A żeby nie było tyle smuteczków gupich, to powiem, że w tym sfrustrowanym dniu miałam szczęście być wspierana przez Kochanego męża, i Celt mnie podtrzymał na duchu swoim zaangażowaniem, dobry chłopak, i sama z siebie odezwała się koleżanka z poprzedniego psychiatryka, niejaka Ina, zaskoczona, że ja znowu w psychiatryku. Czyli jednak grá.

piątek, 10 lutego 2023

1152. Telewizornia, rodzina, rodzina.

Skończyłam dzisiaj dużo wcześniej, ale do domu i tak zawędrowałam pod szóstą. Najpierw Kochany wpadł do miasta i razem udaliśmy się na obiad w Cedrowych Wrotach. Potem Fred bardzo chciał mi coś pokazać, i pokazał skutecznie. Postanowiliśmy wymienić stary telewizor LG (mąż go dostał w spadku hen lat temu od Ka) na Samsunga 32" (+ był w bardzo korzystnej cenie, + można go łatwo łączyć z internetem). Radość z zakupu się nam rozlała na kawę w Coście (tym razem Aura pochwaliła moją jaskrawą szminkę do ust; nie dbam o to czy pochwała była szczera, ponieważ mam swoją opinię i się jej trzymam), krótki spacer na Ramparts (za bardzo wiało, ale spłoszyłam wszystkie mewy siedzące na barierkach zabezpieczających brzeg rzeki), powrót do Cedar (ponieważ wcześniej niechcący zostawiliśmy tam parasol) i przyokazyjną wycieczkę do księgarni (jest Platon, nie ma Arystotelesa, czy to nie dziwne?).

Z njusów porannych Freda: morfologia później, więc spotkanie z dochtórem przeniesione na początek marca. Wisienka na torcie: tego samego dnia wrócimy do domu we trójkę, ponieważ Wu szybko się zdecydował i już kupił bilety (przylatuje do nas na tydzień). 

Oczywiście było składanie i ustawianie telewizorni (w sensie dokręcania nóżek, łączenia przez wi-fi), oglądanie na nowym tv pierwszego odcinka serialu Droga (tak, staroci z Gołasem), rozmowy z rodzicami (moi chwalili się, że dzisiaj mieli na obiad placki węgierskie w restaurancie pod strzechą, a jutro też im się nie będzie chciało gotować, więc jadą do Greka; teściowa przygotowuję się na pielgrzymkę do Fatimy). Każdy coś tam ma swojego i próbuje to składać do kupy (bardzo dobrze!). Na zakończenie dnia czuję się przewiana, mam dreszcze (spróbuję się ogrzać prysznicem i resztkami obiadu).

czwartek, 9 lutego 2023

1151. Pocieszki.

Rześki, słoneczny chłód. Rano Kochany wysadził mnie pod Centrum i ruszył w dalszą drogę (na coroczną pielgrzymkę do szpitala Beaumont). Spotkaliśmy się ponownie o czwartej, gdy odpękaliśmy każdy swoje. Srogi Fred cały dzień o pustym żołądku, tymczasem pobranie krwi i tak trzeba będzie robić kiedy indziej (cieszę się, że na spotkanie z dochtórem za dwa tygodnie pojedziemy już razem, akurat wypada mi wolny dzień). W głośnikach pierwsza płyta Rush. Po prysznicu naszłam małżonka na rozmowie braterskiej. Wynikło z niej, że na początku marca możemy gościć szwagrowskiego, gdyż Wu ma czas (niby niemożliwe, a jednak!). Czyli kolejny powód do radości, bo w mysiej norce za rzadko przyjmujemy turystów. Krewetki zjedzone na kolację (Kochany nadrabia posiłki), nogi na krześle, w brzuszku ciepło. Obleci ten dzień, not too shabby.

środa, 8 lutego 2023

1150. Sennie i chłodno.

Na dobre ze snu wybudziła mnie pomarańczowa poświata słoneczna pełznąca po ścianie. Sny miałam bezładne (Kochany nastawił budzik na trzecią nad ranem), zajmowałam się w nich cudzymi światami wyobraźni. W kuchni przywitał mnie Ryszard, ciepły, zaspany i gotowy na dokładkę do odtatusiowego śniadania. W nocy zatoki się mi zakitalają, stąd wizje spaceru aż tak mnie nie nęcą, postawiłam na marsz "na sucho" przy oglądaniu czegoś w sieci (padło na pierwszy odcinek 19 sezonu Midsomer). Poza tym pracowałamć miałam nad projektem TT i magisterką ... dobrze to brzmi, ale niekoniecznie tak leciało — dużo czasu zmarnowałam na Drewienko i jej stare blogi (w przyrodzie nic nie ginie), na gadanie z kotem, mielenie w głowie różnych spraw. Fred wrócił około szóstej, w sam raz na obiad (na bazie sosu tomatowego z meatballsami i brązowymi pieczarkami). Z mężem przy boku jestem taka, czy jak wiem ... bardziej rozgarnięta? Ale po herbacie z cytryną to już naprawdę niewiele mam do dodania. Jeszcze 5 minut z niemieckim, i książka ...

wtorek, 7 lutego 2023

1149. Niechciej.

O świcie wybrałam się do pracy (hobbystyczna działalność na wordpressie się dzisiaj przydała jako doświadczenie), Kochany zwinął mnie z miasta krótko po południu, zygzakami, bo był jeszcze zakup prezentu dla szwagra, kawa w Coście i Tesco przemierzane z koszem na kółkach. Pogoda artretyczna (rwie mnie w ramionach). Obiad Fredowy. Słuchamy Kultu i Dead Kennedys. Niechcieja mam.
___
edit 21:00 Aria dla atlety (1979), film nieco gorszy niż myślałam, taki cokolwiek niedorobiony (np. Bolcio Wilhelmiego trochę pokaszlał, zjadł kota, i zaraz rola się skończyła).

poniedziałek, 6 lutego 2023

1148. Dzień Bridżid.

Pierwszy raz mamy w Irlandii bank holiday z okazji święta Imbolc. No i dawaj: wspólne śniadanko i spacer nad morze. Piździło, więc z mężem przebranym za agresywnego kosmitę zrobiliśmy małe kółko po osiedlu domków wakacyjnych. Potem Kochany nie zmieniając ubrania pracował w ogrodzie. Taki zmordowany wyrywaniem zimowych chwastów (tylko oswobodzony z przebrania agresywnego kosmity) Srogi Fred wybrał się ze mną do miasta, najpierw na pizzę/makaron, następnie na kawę w Czarnej: 

Mąż trochę mnie dzisiaj straszy: a to mnie poinformuje, że złodzieje byli w domu (Amber znowu wyjadła Rysiowi szamę, ale ja w sekundę zwizualizowałam sobie prawdziwych złodziei kradnących nasze płyty dvd z polskimi filmami oraz wysuszone na wiór pranie z suszarki), a to się zapyta, gdzie jest nasz samochód (zaparkowany 100 metrów dalej), czyli nerwy mam z deczka zszarpane, a małżonek po powrocie do domu śpi jakby nigdy nic. 

niedziela, 5 lutego 2023

1147. Pokraczne sukcesy.

Przez kilka godzin biedziliśmy się z Fredem ze złożeniem aktualizacji informacji do karty medycznej na temat naszego stanu finansowego. O matko! Przestawiliśmy wspólnie pralkę do pozycji w której była sobie spokojnie, dopóki Kochany nie zaczął czegoś tam sprzątać (ze stresu, że wypełnia papiery). Dzień się nam przez to rozwlekł i już nie wybrałam się na spacer, chociaż kilka dni temu miałam w głowie piękną wizję dalekiej wędrówki w oparciu o ulotne prognozy pogody. Prognozy prognozami, ale trochę zimno. Tymczasem w Polsce leży cienki śnieg, rozmawiałam z mamą, która pokazała mi okoliczności przyrody. Widziałam małą Rozalkę brykającą rezolutnie w czerwonym kubraczku zawiązanym w kokardki na plecach. Wiem też, że koty sąsiadów dochodzące są dwa, łaciatemu Filemonowi tatko smaruje poranioną łapę jakimś mazidłem od weta. 

Rozmawiałam z mamą o planach marcowych i zaraz oczywiście w głowię się mi zaczęło tłoczyć, co to możnaby zrobić, albo gdzie nie pójść. Na głównej scenie Teatru Capitol w czasie naszego pobytu nie ma rzeczy, które koniecznie chciałabym zobaczyć, ale oboje z Kochanym w tym samym momencie zaczęliśmy się ślinić na Cesarza z Mikołajem Woubishetem jak szczerbaty na suchary, więc kto wie. Chciałabym odwiedzić z mamą Muzeum Narodowe, żeby przy okazji powłóczyć się wzdłuż Odry. Wiele zależy jednak od pogody. 

Tymczasem u nas słońce. O trzeciej Fred ubrany w swój mundur zarzucił torbę na ramię, dał mi całusa i tyle go widziałam. Midsomer 18.6 było. Mózg przerzucał mi kartoteki w poszukiwaniu twarzy Davida Yellanda, takiej, jaką znam z serialu The Bretts. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się szósta, a tu nic nie stworzone, oczy się zamykają, mózg nie chce wziąć się do pracy, tylko wertowałby blogi wariatów. No i cóż, jakaś tam drobna robótka intelektualna wykonana, informacja o naliczeniu kary za zwłokę z biblioteki uniwersyteckiej przeczytana, pierwsza marchewka maczana w jogurcie czosnkowym ze smakiem zjedzona. Fred w czasie swojej przerwy na szamę mówił mi, że może wróci nie tak znowu późno. Już powiedziałam kotu. No to czekamy. 

sobota, 4 lutego 2023

1146. Rozlazła sobota.

W ciemności pokoju ptasia aplikacja podpowiada mi: paszkot. 

Zmiany ciśnienia? Deszcz bez sensu? W każdym razie Kochany z rana wyjechał pokazać auto panom od przeglądu aut. Samochód przeszedł NCT, chociaż coś w nim nawala, więc Fred po zrobieniu zakupów zajechał jeszcze do mechanika. Zjadłam epickie śniadanie i na chwilę wybyłam nad morze — wiatr był zbyt nieprzyjemny jak na moje standardy, po dojściu do plaży od razu skręciłam w drogę powrotną, dzięki czemu napotkałam Uśmiechniętą Kathleen z córką i dwoma krasnalami. 

Pod domem stał już nasz samochód, Kochany był głodny, zamiast robić drugie śniadanie pojechaliśmy do Forge, gdzie Fred zajął sie hamburgerem, a ja sernikiem z mango. Pogoda niespecjalnie zachęcała do spacerów. Po powrocie na chatę najpierw padłam ja (zawinęłam się w kocykowy kokon, na co przyszedł Ryszard i położył się w celach zabezpieczających poczwarkę), potem Kochany. Deszcz. Oboje byliśmy psychicznie rozmiękczeni do tego stopnia, że obiad zamienił się nam w kolację o ósmej wieczorem.

Teściowa ustaliła datę spotkania z notariuszem, możemy naokoło tego precyzować nasze plany pobytu. Przy okazji dostaliśmy listę dat, kiedy odbywają się msze gregoriańskie za teścia (dlaczego?). 

Drobne poprawki do kwestionariusza oraz czytankopisanki odkładam na jutro.

piątek, 3 lutego 2023

1145. Długiego weekendu początek.

Miły piątek.

Kochany zagarnął mnie z miasta i przywiózł do domu. Na szybkiego zjedliśmy swoje zupy słoikowe (Fred flaki, ja leczo z ciecierzycą) i odpicowani w dziwne rzeczy (nowy kapelutek był przeze mnie pierwszy raz obnoszony) wybyliśmy do Newry, po wypatrzoną przez Freda torbę, i żeby się zderzyć z Aś/Juliją, gdyż bilety kupione, mój urlop zaklepany, w związku z czym powstaje problem dziecka kociego samemu w domu. Julija chętnie się kotem zajmie, jeśli nie wpadnie jej nowa praca na miejscu. Czyli dobrze, ale na szpilkach będziemy czekali wieści, bo plan B się kotu nie spodoba. 

Ach, prezenty były. Fred kupił mi torbę British Belt Company, zieloną, mniejszą wersję własnej, nabytej jakiś czas temu. Torba idealnie nadaje się do transportu mniejszych laptopów. I jeszcze dżinsy Lee typu flare (czyli po prostu dzwony), bardzo fajne. W drodze do domu zajrzeliśmy do Costy na kawę/herbatę oraz skręciliśmy do myjni, bo jutro rano jest przegląd naszego autka. 

Wieczorem nagle odezwała się Anne (w ogóle jej nie widuję, ciągle jest w rozjazdach). Może będziemy mieć zaproszenie na Der Rosenkavalier Straussa. Może, bo musimy się zgrać dostępnością.

Fred słucha Aldarona Czekalskiego.

czwartek, 2 lutego 2023

1144. Groundhog day.

Ostatnio znowu mylą się mi dni. Obudziłam się z piosenką Boys Keep Swimming w głowie, okazjonalnie podejrzewając, że chyba jest poniedziałek. 

Przeszłam różne sprawdziany hartu ducha (poszłam na spacer zamiast wstąpić na kawę do Czarnej, zjadłam własne kanapki na lunch zamiast napchać się chicken goujons, które przygotowano na zajęciach gotowania). Od wczoraj wieczór coś mnie brało, pokonałam to w końcu wieczorem, po tym jak mąż mnie nakarmił obiadem i obudziłam się z królewskiej drzemki. Bawią mnie takie rzeczy: Powcerynacy Zarzuciwszy Galaretę na Ramiona ...

środa, 1 lutego 2023

1143. Oh, you pretty things.

Ranek z Bowiem i jedną z jego lepszych płyt, Station to Station (1976).

... i tą pościelówę lubił Srogi Kris, rzekł Fred o ostatnim kawałku.
Srogi to był Fred, Kris był Jebnięty, rzekłam ja, bo swoje wiem.

Zadzwoniłam do tatki zapytać się jak tam Rozalka po wczorajszej sterylizacji. Kot na dobre rozpanoszył się w pokoju babci Mani, podobno bryka w kubraczku i sobie nie szkoduje. Space Oddity (1969). Pizza na obiad (bo były resztki cheddara do zużycia). Drugi dzień nie chce się mi wychodzić na dwór, cierpią przez to statystyki kroków, cierpi moja głowa nieprzewietrzona. Ale cóż, jakoś do przodu. Nawet ruszyłam zadania z kursu TT i tekst magisterki, odrobinę, ale zawsze to miło. Pomiędzy obejrzałam Midsomer, odc. 18.5, Święci i grzesznicy z Julią Sawalhą. Wiatr znowu duje. Fred pomachał mi z Banbridge snując marzenia o kupieniu przenośnego gazebo. Pewnie wróci w środku nocy i wypuści kota na spacer. Hunky Dory (1971). Ależ na ten wspólny z Fredem wyjazd za miesiąc się cieszę jak norka.