Z samego rana zestresowałam się sprawami finansowymi. Musimy zapłacić ubezpieczenie samochodowe, a to znaczy, że opróżnię swoje konto do dna, na tyle, abym jeszcze tylko mogła w czwartki płacić czynsz. Nie lubię nie mieć własnych pieniędzy na głupoty takie jak np. dokończenie studiów, bo właśnie mam kaprys, i leciuchno mnie to zdołowało. Żeby zyskać pewną perspektywę, obejrzałam sobie vloga Lisy Lansing, która właśnie cieszy się z podłączania toalety. Nie, że inni mają gorzej, tylko, że inni też funkcjonują w alternatywie i dobrze jest. Tak więc, ponieważ przed południem było słonecznie, mąż wyciągnął stolik, żebyśmy napili się herbatki. Pomimo tego, że narzuciłam sobie na plecy kocyk, cały w Rysiowym futerku, zimny wiatr owiał mnie dokumentnie. Konieczna była drzemka antyprzeziębieniowa. Zachciało mi się fish and chips z portu, niestety po dojechaniu do sklepiku okazało się, że rybę musimy upiec sobie sami, bo kanciapa fiszenczipsowa nieczynna. Fred upiekł rybkę i frytki, zrobił surówkę, ja posiorbywałam gorącą herbatę, a mąż patrzał i patrzał na to swoje nieprzydatne do niczego burrito siedzące obok. Czuję się dzisiaj marniutko, przeziębiona, biedna i odcięta od części rodziny. Za to kot miał fajnie, ponad dwie godziny spaceru, bo wyszedł na herbatce, oddalił się w czasie koszenia trawy i wrócił, gdy z piekarnika zaczęło waniać lunchem. Fred pracuje w Drołdzie, siedzę sama i strasznie mi siebie żal. Pocieszam się najpiękniejszym widokiem świata, kocim pyszczkiem z którego wydobywają się spokojne, zrelaksowane pochrapywania.
poniedziałek, 31 sierpnia 2020
niedziela, 30 sierpnia 2020
257. Pracowita niedziela.
Na początek dnia zmiana warty przy tabletowaniu naszego futrzaka. Fred owinął go kocem w burrito, metoda działa. Efekt poczynań taki, że pomimo ponownego pójścia spać po drugiej w nocy, przed ósmą byliśmy oboje na nogach. Ryś jest tym razem w lepszym nastroju, figluje i wygląda na zupełnie zdrowego — może wczoraj od lekarstwa bolał go brzuszek. Zrobiłam prasowanie, a mąż w tym czasie pojechał na krótkie zakupy, bo nie mieliśmy już ozdobnej kory, którą wypadałoby uzupełnić braki w ogródku. Fred wrócił z bukietem róż, pęczkiem rzodkiewek i śmiesznym, bąblastym, różowym krzaczkiem. Pernettya mucronata. Wsadziliśmy go do do ziemi razem z echinaceą, żuraweczką alabama sunrise (czytam na blogu, że już takie dwie zasadziliśmy, tymczasem one są teraz zupełnie żółte i niepodobne do tej trzeciej. jestem zdezorientowana), i ciemnoróżową gerberą, która do tej pory świetnie radziła sobie w doniczce. Rysio towarzyszył nam po obiedzie ponad trzy godziny w tych wykopkach, obsikując krzaczki i zagadując sąsiadów. Więc ... jesteśmy skonani i z poważnym postanowieniem szybkiego snu. Wieczorem skończyłam wieloletnią, bolesną lekturę Sagi Puszczy Białowieskiej Simony (Marginesy, 2016). Mogę stwierdzić, że skurwienie ludzkie nie dotarło jeszcze do swoich granic.
sobota, 29 sierpnia 2020
Postscriptum #256.
Po napisaniu poprzedniej notki wskoczyłam jeszcze do łóżka, żeby dokończyć czytanie Roku królika Bator (Znak, 2015), który okazał się dziwaczną, ale całkiem przyjemną lekturą (trudno było się nam zebrać do zainicjowania sobotniego poranka, poszliśmy przecież spać dzisiaj, dwie godziny po północy). Po obiedzie wyszliśmy na ogródek i wysadziliśmy z prowizorycznych doniczek kilka kwiatów kupionych jeszcze przed sztormem, dwa tygodnie temu. Fioletowo kwitnący krzaczek Hebe o nazwie Anna poszedł w ziemię przy działce Judżina, naokoło panoszyć się będzie sześć malutkich wrzosów, każdy z innej parafii. W pracach towarzyszył nam Rysiu, bo martwiła nas jego smutna minka. Dzisiaj był pierwszy spacer od wtorku, kot letargicznie obszedł swoje włości i sam wrócił do domu, akurat gdy skończyliśmy sadzenie. Niewiele zostało nam czasu na przygotowanie się do wyjazdu — wieczór filmowy z Ka&Jot spędziliśmy dzisiaj z Weselem (2004) Smarzowskiego (estetyka takich imprez złapana spot on, do tego obraz prowincjonalnego kurestwa i mentalności lokalnego badylarstwa ). Zależało nam, żeby szybko wrócić do zamkniętego w domu Rysia, więc zmieściliśmy się przed północą. Nad domem wschodził Wielki Wóz. Jeszcze tylko pizza na mały głód i pralka nastawiona na popółnocne pranie ...
254-256. Neverending cat story and maybe some other things.
Dawanie kotu tabletek to mordęga. Pierwsza technika spalona — mieszanie tabletki z jedzeniem i tak skończyło się wpychaniem kawałków do pyszczka i burczeniem (jego, ja starałam się nie kląć). Dzień jak zapalenie płuc po antybiotykach. Nudy. Spać.
środa, 26 sierpnia 2020
Postscriptum #253.
Wyczerpujący emocjonalnie dzień kończy się dwoma miłymi akcentami:
- Około dziewiątej wpadła do mnie Anne przywitać rekonwalescenta, wypić herbatkę, zjeść ciastko i pogadać o wszystkim (dałam jej dwa polskie filmy z angielskimi napisami), posiedziałyśmy do po dziesiątej. Bardzo sympatyczna wizyta.
- Ryszard pierwszy raz od wieków zrobił siku do kuwety.
253. Parapet-Zdrój.
Po napiętym wyczekiwaniu pojechaliśmy po godzinie drugiej odebrać Rysia z kliniki. Dostał antybiotyk na kolejne sześć dni, wraz z ostrożną diagnozą, że to bakteryjne zapalenie płuc. Nadal jest słaby, ale przynajmniej wypoczywa, jest w stanie spać. Po dłuższej inspekcji domu i pilnowaniu nas w kuchni, gdy Fred wyjeżdża do pracy, Rysio wygrzewa się na parapecie, a potem na laptopie małżonka (w przeciwieństwie do niezwykle deszczowego wtorku, ta środa jest przyjemnie jesienniesłoneczna).
Wisienka całej sytuacji: dowiadujemy się w klinice, że kot jest zaczipowany pod imieniem Charlie i pochodzi z Drołdy. Jego drugim właścicielem (podanym przez pierwszego) był niejaki Tony, z którym nie można się skontaktować. Mam nadzieję, że uda się czip przypisać do nas, dziś jednak nic więcej nie wiemy.
wtorek, 25 sierpnia 2020
252. Problemy rysiowe.
Teściowie czują się lepiej, nawet kilka razy poszli na spacer nad Wisłę (tyle tylko, że teść głuchnie i nie może rozmawiać przez telefon). To pozytywna rzecz, którą chcę zapisać, bo poza tym jestem pełna niepokoju. Ryszard cały wczorajszy dzień spędził śpiąc, wyszedł po kolacji i tej nocy nie mogłam się go już przez wzmagający się wiatr dowołać. Zupełnie niespodzianie dla mnie w środku nocy nadszedł kolejny w tak krótkim czasie sztorm imienny, Francis (przegapiłam ostrzeżenia opublikowwne przez Met Éireann, o czym sąsiadka uświadomiła mnie dopiero po południu). Fred wrócił po północy, opowiedział mi że kilka metrów od naszego osiedla widział wędrującego borsuka i że martwi się o Rysia. Kota ominęło podwójne śniadanie, co jest już wystarczającym powodem do niepokoju w przypadku tego obżartego pączka i gdy nie pojawił się przed dwunastą zamierzaliśmy go szukać. Miły wstał więc o wiele wcześniej niż trzeba, bo i tak nie mógł spać ze zmartwienia, i poszukiwania rozpoczął od ogródka na tyłach. Okazało się, że Rysio siedzi w swojej budce, przyszedł powoli do domu i zjadł lunch, co uśpiło moją czujność. Poprosiłam tylko Freda, żeby zabukował weta na najbliższy możliwy termin. Kiedy mąż po obiedzie wyjechał do pracy i miałam czas przyjrzeć się kotu dłużej, stwierdziłam, że nie jest dobrze. Ryszard leżał, ale nie spał, ciężko oddychał, pomrukiwał boleściwie, stwierdziłam, że może dostaję pierdolca ze zbyt dużej ilości wolnego czasu, ale muszę się tym z kimś podzielić. W efekcie po piątej znalazłam się przed budynkiem kliniki weterynaryjnej, z Anne, która pożyczyła mi transporter i litościwie podwiozła. Nie wydawało mi się. Ryszard zostaje na noc w klinice, a miły, starszy wet liczy, że to coś jak zapalenie płuc, bo na to ma lekarstwa. Jeśli kot jakoś zniesie noc, jutro może zrobią mu prześwietlenie. Bardzo się martwię, odechciało mi się wszystkiego.
poniedziałek, 24 sierpnia 2020
251. Nothing in particular.
Wczoraj do późnej nocy Fred piekł kotlety mielone, które wystarczą nam na trzy obiady. Ja za to chrapałam w ciemności, przy otwartym oknie. Przez sen usłyszałam:
— Na stronie Karawany napisali trzy godziny temu, że Darek nie żyje.
Widzieliśmy go w Policji Mrożka, 1 września 2017, w Cieplicach, wtedy, gdy zostało zrobione to zdjęcie:
Tamtego dnia (to był piątek) Fred kupił mi w Jeleniej Górze górskie buty. Wspaniały weekend, którym trzy lata temu kończyłam wcale nie zapowiadające się dobrze wakacje.
Wracając do dzisiaj: po śniadaniu rozmawiałam z tatą i babcią. Fred zaczął kolejny czterodniowy ciąg pracowniczy, więc późnym popołudniem zostałam w domu sama z kotem i zajęłam się oglądaniem Kobiety w ukryciu (2013) Fiennesa. Niewiele fabuły jak na dwugodzinny film. Z jakichś powodów wbiłam sobie do głowy, że Ralph gra tu Darwina. Dickensa, gra Dickensa. Autystyczny film, oczekiwałam czegoś lepszego. Ech, na pocieszkę obejrzałam na chybił trafił odcinek Poirota z Suchetem, odc. 6.3, Morderstwo na polu golfowym (1996) — po tym przynajmniej wiem, czego się spodziewać. Jeszcze nie pora na sen.
Darek naprawdę spoko wtedy grał.
niedziela, 23 sierpnia 2020
250. Niedziela z opóźnionym zapłonem.
Rano nie chciało mi się zleźć z wyrka, Rysio zadziałał jak niezawodny budzik. Jechałam z Anne na pierwsze zajęcia półśpiąca, ale było warto. Godzina i czterdzieści pięć minut jogi yin i nidry. Znalazłam swoje miejsce :)
Reszta niedzieli to zakupy obiadowe na kilka najbliższych dni, odsłuchanie kupionych wczoraj płyt, rozmowa telefoniczna z mamą (jest w słabej formie, jesień ją dopada) i zaskakująca wiadomość o śmierci Marii Janion.
sobota, 22 sierpnia 2020
249. Niespodziewanie Belfast.
Belfast wygląda tak, jak brzmi. Belfastowo. Jakby miasto było nie do końca obudzone, nie do końca postanowiło, że dzisiaj nie będzie zamachu. Mężowi niespodziewanie wypadła kolejna robota, a ponieważ musiałam sobie kupić matę i kocyk na już, wygramoliłam się z łóżka po piątej, żeby mu towarzyszyć.
Tak więc Belfast.
Fred poszedł na dziewiątą do pracy, ja wyruszyłam na poszukiwania kocyka. Przy okazji do zapamiętania trzy zachwyty outfitowe: 1. starszy pan z białą bródką, z laseczką, w garniturze a la wszystko z innej parafii, w kapeluszu i zimowych rękawiczkach, 2. pan 55+, rowerzysta, łysiejący, na górze w sportowym wdzianku i skąpych szortach, na dole w sportowych butach, pomiędzy tymi krańcami jego jestestwa kabaretki z dużymi oczkami, w kieszeniach dłonie z różowymi tipsami na trzy cm, 3. rodzinka 2 + 2, chłopiec nosi opaskę na włosy od młodszej siostry, opaska jest w kolorach tęczy.
Po sąsiedzku z TK Maxxa zaszłam do hmv w Donegal Arcade. Szukam fajnych płyt, a gdy w końcu znajduję Gallaghera na półce irish locals, kupuję ... cztery, bo zniżki były. Rory Gallagher (1971), Tattoo (1973), Fresh Evidence (1990) i pośmiertna składanka radiowa BBC Sessions (1999). Za wszystko zapłaciłam mniej więcej tyle, co za jeden album, czyli może i jestem bezdzietną lambadziarą z kotem, ale za to jaką oszczędną! Mogłam wydać £33, a wydałam tylko niecałe £12. Do tego należy dodać jeszcze kawę z ciastkiem w Caffè Nero na Royal Avenue i późny lunch w Bob & Berts na 57 Fountain St. I moknę. Kilka razy bez znaczenia, raz porządnie. Czekając w samochodzie aż Fred skończy pracę, doczytuję Rok królika Bator do 154 strony. Nie mam siły dokończyć rozdziału. Nie mam siły rozwinąć kocyka. Wszystko inne jutro, dziś jeszcze prysznic.
piątek, 21 sierpnia 2020
248. Codzienność dezorganizująca.
Nie dzieje się nic godnego uwagi. Po zakończeniu serii z McKenzie (dopiero wieczorem uświadomiłam sobie, że w ostatnim odcinku grała Glynis Barber, nie poznałam jej) przerzucam się na starsze marple, więc oto obejrzałam Uśpione morderstwo (1987) z Joan Hickson. Kreowana przez nią postać jest zupełnie inna, młodzi aktorzy grają jak drewna, ale panna Marple jest intrygująca. Miałam też ogromną ochotę na seans Zwierciadła ... (1992), o którym ostatnio wspomniał Hebius, ale film zaciął mi się na reklamie. Była to irlandzka reklama społeczna w której odkryta rura gazowa krzyczała wesoło hej, Dave, nie spodziewałeś się mnie zobaczyć?. Po jeszcze dwukrotnym jej obejrzeniu, z rozpędu obejrzałam następną — kanarek przypominał, żeby raz do roku robić przegląd boilera i komina. Albowiem Tommy McAnairney straciwszy wielu swoich krewnych (kanarków, oczywista) w czasie pracy w kopalni, postanowił śpiewać tradycyjne ballady na temat zatrucia tlenkiem węgla.
Kocham ten kraj.
Jednakowoż po bezwiednym doborze repertuaru muszę stwierdzić, że mam dzisiaj w głowie kisiel wiśniowy.
Fred zaczął zmianę jako prawie dzienną, liczę, że wróci przed północą i pogłaszcze mnie po głowie przed snem.
czwartek, 20 sierpnia 2020
247. Sztorm, Marple i Świnie.
No i grzebie się, grzebie. Sztorm Ellen rano przegonił brzydkie chmury, ale wiatr nie zelżał, a po południu przyszły kolejne opady. Nie jest tak źle jak wczoraj, gdy woda spływała po drzwiach pod otworem na listy, ale wszystko przed nami. Ryszard przyszedł do kuchni i po kolacji zasiadł w świetle lampy, na laptopie Freda. To nie czas na spacery, mówi mi. Będę miała więc towarzysza. Noc ma być niespokojna.
Fred wrócił dziś po czwartej rano (zastał kota śpiącego w łóżku po jego stronie), a gdy wstał tylko dwie godziny spędziliśmy w swoim towarzystwie, bo dość szybko po południu musiał wyjechać, tym razem do Athlone. Wcześniej nastawił mi Świnie (1985), genialna płyta MWNH, ciągle nucę Czerwony deszcz. Nucę i kończę serię Marple. Szaleństwo Greenshawa (2013) jest bardzo ładnie sfotografowane, bez dużej ilości filtrów, poza tym gra w nim Fiona Shaw, niezwykle virginiowoolfowa. Zresztą ... nadal pamiętam ją z telewizyjnych Perswazji, pierwsze wrażenie zapadło mi w pamięć. Bardzo podoba mi się ta kobieta :)
___
edit 22:40 Fred dzwonił w przerwie w pracy, jutro niespodziewanie ma kolejne zlecenie, tym razem w Północnej. Poza tym, Noc i ciemność (2013), well, mieszane mam uczucia. Z jednej strony fajny zabieg, jak już się człowiek zorientuje, z drugiej, w praktyce czekałam prawie godzinę na trupa. Można było psychopatię pokazać dynamiczniej. I to tyle w temacie serialu, 23 odcinki tej panny Marple się obejrzały. Kot do mnie gada, mówi, że chce wyjść i mam coś zrobić z pogodą. Spędzę więc resztę dnia słuchając Świń, czytając o zaburzeniach dysocjacyjnych i wyłączając sztorm
środa, 19 sierpnia 2020
246. Jaki znowu sztorm?
Jeśli kot dostaje rano śniadanie jak trzeba, a potem nie budzi Cię na drugie i przesypiasz dziesiątą, wiedz, że coś się dzieje. Rysio dostał jedzenie, gdy na świecie była jeszcze szarówka, i tak przespał nie tylko dziesiątą, ale cały dzień, aż do podwieczorka. Jego ogon to najlepszy barometr — internety poinformowały mnie dopiero około południa, że od Atlantyku idzie Ellen i na zachodzie kilka hrabstw ma w związku z tym alarm pomarańczowy na tę noc i czwartek. Dziwny czas na sztorm, ale kto, jak nie my, i gdzie, jeśli nie u nas?
Bo wieje, czy też nie, Fred pojechał na siódmą wieczorem w kierunku Dublina, a ja rozkminiłam kolejne dwa odcinki z serii Marple: Błękitne geranium (2010) i Karaibską tajemnicą (2013). Geranium już widziałam, za to drugi seans przerwała mi godzinna telekonferencja z Luś, pogadanka była o tym i owym, przewinął się temat zbliżającego się roku szkolnego i chorób psychicznych w narodzie. Stan serii Marple wygląda tak, że tajemnicą wbiłam się do ostatniego sezonu i zostały mi tylko dwa odcinki do obejrzenia. Poza tym spokój, jeśli pominąć to, że deszcz zaczyna padać bardziej poziomo. Gdzieś tam w ciągu dnia odkryłam, że i owszem, mam konto paypal o którym zapomniałam, więc zapłaciłam za niedzielną jogę, i bardzo mi z tego powodu wesoło.
wtorek, 18 sierpnia 2020
245. Rozpędzanie ciężkich chmur.
Byliśmy w Drołdzie tu i tam, głównie na zakupach spożywczo-jakichśtam (z rzeczy innych niż jedzenie najfajniejszy zakup to pięć zeszytów w linie i pióro Parkera na naboje) i lunchu w Lemonade (dla mnie, Fred z żołądkiem zawiązanym na supeł zadowolił się kawą):
Pogoda z pochmurnego poranka rozwinęła się w popołudnie urody przecudnej, siedzieliśmy sobie na zewnątrz, a potem pojechaliśmy jeszcze do Oldbridge, na spacer pachnący jesienią:
(przydały się spodnie, których nogawki właśnie podszyłam)
(bardzo podoba mi się tutejszy walled garden, ze spadami owoców
leżącymi w trawie)
Po powrocie do domu niebo ponownie zasnuwa się chmurami. Na deser wieczorem Nóż w wodzie (1962) Polańskiego. Zdjęcia fantastyczne, za to obraz elity w PRL-u wyjęty z dupy (nie pierwszy raz zresztą, w jakimś sensie odlot autoprezentacyjny). Oglądanie filmu na vod.pl, poprzecinanego reklamami, okazał się leciuchnym masochizmem, którego prędko nie powtórzę.
poniedziałek, 17 sierpnia 2020
244. Lepiej.
Poprawa była widoczna. Wczoraj w ciągu dnia słuchaliśmy co najwyżej The Cure, a po już północy Television Marquee Moon (1977) i jeszcze nocnych głosów zwierząt, które dobrze słychać w bezwietrznej pogodzie. Zapomniałam dodać, że kolejna książeczka dla dzieci została w Tesco zakupiona — The Thing Puttocka & Egnéusa.
W tym lepszym dniu zaś deszcz od rana, i drożdżowy placek ze śliwkami w piekarniku, i The Best of Jefferson Airplane (1996) w głośnikach. Fred wieczorem pracuje w Tallaght, ale przed wyjazdem wiesza obraz (prezent ślubny), zaczyna robić obiad i naprawia łóżko, pod którym wczoraj podstawił kilka książek (bezużyteczne lektury o cudownych lekach na raka i medycynie alternatywnej). Odkażacz w wodzie do mycia podłogi pachnie ostro jak pasta do butów, więc wietrzę domek i w związku z tym słyszę dyskusje wróbli w ogródku sąsiada. Zapakowałam Fredowi kanapki i kawałek placka. Właśnie pomachał mi na pożegnanie.
___
23:58 Znałam te odcinki Marple, Zwierciadło pęka w odłamków stos i Tajemnica rezydencji Chmineys (2010) — piąty sezon oglądałam przy okazji którejś z niedawnych wizyt w Polsce, obejrzałam jednak z przyjemnością i teraz już tylko ... szycie.











