Strony

niedziela, 30 maja 2021

530. No power Sunday.

Półtorej godziny jogi yin o poranku przez zoom, na jajecznicy bez chlebka (Fred musiał pojechać rano do Lidla, żeby go kupić). Więc pierwszy większy posiłek to Fredowy żurek z chlebem, po południu, bo czas, kap kap kap, przecieka mi, gdy się tulam, rozmawiam o festiwalach piosenki żołnierskiej w czasach PRL-u i innych takich. Nadal nie mam dzisiaj połera. Leniwie gapię się jak Bernadette wszywa koronki do swojego nowego projektu.

Fred zadzwonił do brata, złożyliśmy mu życzenia. Długo Wu nie słyszałam, a w zasadzie nigdy nie słyszałam go w tak dobrym nastroju, gdy wiadomo przez słuchawkę, kiedy rozmówca się uśmiecha. 45 minut to niezły wynik. Na tapecie urodziny, choroba, yerba, szczepienia (Wu będzie miał za tydzień drugie dziabnięcie Pfizerem). Podbudował mnie ten kontakt. 

Wyjechaliśmy potem po chusteczki, a wracając z Drołdy Fred skręcił jeszcze na niebieską plażę. Pogoda była dzisiaj naprawdę letnia, tylko ja, jak ten dzik, przez większość dnia zalegałam w domu. Spacer był. I góry na Północy ledwo widoczne, jak namalowane akwarelą. Anna zapukała wieczorem, bo wyłączyła swoją Nokię i potrzebowała pomocy z ponownym włączeniem, więc jej powiedziałam o wszystkim, że Fred mnie rozpieszcza (znowu pół dnia gotował, tym razem fasolkę po bretońsku), i że no power.

Zatoki mam zaglucone, i nie mam nastroju. Wiem, co będzie, rozmowy nocne z Kochanym i klikanie, kaptur od szlafroka naciągnięty na głowę, jak u tego gościa z Gwiezdnych Wojen.

sobota, 29 maja 2021

529. Spadek energii.

Chciałam rozpocząć dzień od obejrzenia Friends: The Reunion, o którym przypomniał mi wczoraj Dean, ale przewinęłam kilka minut na początku, potem parę scen z półtoragodzinnego odcinka. Najmilej postarzał się LeBlanc. Odcinek specjalny może jeszcze obejrzę, ale nie dzisiaj, mam życie.





Po śniadaniu spacer naokoło Głowy. Mija sezon na gorse, za to whitethorns, głogi i tutaj kwitną jak szalone (zadzwoniłam do tatki, żeby zapytać, co to za jedne). Miałam ochotę na zupę rybną w porcie, ale gdy do niego doszliśmy okazało się że otwarto budkę z rybami, więc zjedliśmy konkretny lunch z widokiem na morze i czubek Slieve Donard wystający z chmur i morskiej mgły.

Po powrocie napiliśmy się kawy siedząc przy stoliku przed domem i zbierając njusy z okolicy, od Anne (zna dobrego cat sittera) i Katlin (była kilka dni w szpitalu, przewróciła się w domu). Potem Fred zabrał się za robienie bazy do swojego żurku, a mi odcięło zasilanie. Poszłam spać, obudziłam się, gdy zapukali do nas Ka&Jot z dzieciakami wracający z rybki w porcie. Posiedzieliśmy przed domem aż do późnego wieczoru. Sąsiedzi z ciekawością nas zagadywali, Anna nawet przyszła na chwilę przysiąść na krześle. Chłopcy wydeptali Fredowy trawnik.

Przy wszystkim asystował kot domowy, wybitnie zainteresowany motoryzacją i fotografowany z zapałem przez Jot:

I tak minął mi dzień. Żurek jest pyszny. Chociaż nie wiało, przez większość dnia odczuwałam chłód, teraz już lepiej, prysznic, zupa i nogi w misce z gorącą wodą robią swoje. 

piątek, 28 maja 2021

Postscriptum #528.

Ladida ladida. Gdy pracowałam listonosz wrzucił nam do domu list od Świadków Jehowy. Nic nie mam przeciwko, traktuję na równi z KrK pod względem merytoryki, ale ta ich socjotechnika wyblakła (list napisano odręcznie, choć osoba nie miała pojęcia do kogo ta mowa).

Skarpetki Levi'sa małżonek mi kupił, ale o czarnej herbacie Barry's zapomniał, więc wyjechaliśmy po nią jeszcze raz po obiedzie słuchając kawałków z płyty Aqualung Jethro Tull. Potem kawa z Costy i spacer od Ramparts aż do Starego Mostu. Kwiecie kwitnie i pachnie odurzająco, w murze ptasie gniazdo, ludzie się pozdrawiają, jedna para (on z brodą, ona z różowymi włosami) siedzi z nogami przewieszonymi przez murek, patrzy na rzekę i słucha A Million Miles Away — nie mogłam nie zwrócić im uwagi, więc we czwórkę zagulgotaliśmy porozumiewawczym śmiechem. Some good music!




Przynajmniej półtorej godziny, niebo zachmurzone, ale przyjemnie, wolnym tempem idziemy, jak królowie życia. Wróciliśmy do domu po siódmej, w sam raz, żebym mogła zjeść trzy pajdy chleba z truskawkami i zasiąść do Gabinetu (z Pauliną Holtz i Rafałem Koseckim), sztuki online warszawskiego Teatru MŁYN. Zgrabna jednoaktówka o rozczarowaniach macierzyńsko-małżeńskich.

Ostemplowanych papierów od mojej byłej dyrekcyi oczywiście nie dostałam (czekam już miesiąc). Więc zamiast się skupić na robocie, konkretach, odpisuję na komentarze, serfuję w sieci. Bardzo mnie takie przeciąganie demotywuje. Dodane do mojej własnej prokrastynacji robi mi w głowie coś jak popołudniowy korek w wielkim mieście. Więc zajmuję się rzeczami, zamiast zajmować się Rzeczami. Rano w niedzielę jest joga. Zabukowane. Płaci się.

527-528. W piątek o czwartku.

Platforma blogowa miała wieczorem jakąś usterkę, nie mogłam wkleić zdjęć, więc zachowałam sobie wspomnienia do opublikowania na ten poranek.

Wczoraj dobrze spożytkowaliśmy pierwszą, pogodniejszą część dnia. Fred zrobił sałatkę i ruszyliśmy przed siebie z nowofalową Siekierą w tle, po drodze kupując w porcie krewetki. U Aś mąż, ubrany w fartuszek w folkowe wzorki, przygotował lunch, po jedzeniu poszliśmy we trójkę na spacer. Kilka razy tego dnia łączyłam się z rodzicami, bo tatko miał okrągłe urodziny. W czasie spaceru Fred kupił dwa steki wołowe, i już u siebie w domu zjedliśmy je na kolację. Wróciliśmy na chatę z Puchatkowym balonem, który teraz buja się w kuchni. W drodze na wieś padał deszcz.






Wstałam z poczuciem spóźnienia i niepokoju. Sączę herbatkę. Muszę wysłać do tłumaczenia suplement dyplomu, a ogólnie ogarnia mnie poczucie bezsensu działania. Ciekawe, czy dzisiaj w końcu dostanę papierologię z pracy w Polsce. Od dziewiątej mam kilka godzin online. Za parę dni kończy się maj, wtf?
___
edit piątek 14:18 Zapomniałam dodać, że wczoraj po powrocie od Aś Fred wyciągnął z szafy karmelowe cielaczki Polo Laurena dla mnie, na razie bez sznurówek, ale ważne, że pasują. Uśmiecha mnie nazwa cielaki, której używa Fred. W moim regionie nazywało się je po prostu welurami. Takie buty były modne na początku lat 90-tych, gdy chodziłam do LO. W naszym mieście można było po nich odróżnić uczniów szkół średnich od uczniów zawodówek. Zazwyczaj można było, bo ja np. ich nie miałam. Moje pierwsze welury :)

środa, 26 maja 2021

526. U ślepej kury.

Rozpoczęłam dzień umyciem grzywki i telefonem do mamy. Ona już w pracy, to się jej poskarżyłam, że również muszę się zaraz zbierać, takie ze mnie stare dziecko. 

Pracowniczo dzień produktywny i spokojny. W Centrum pojawił się Vincent, na żywo też spoko z niego gość. 

Po szychcie Fred czekał na mnie pod Pietrem w swoich zajebistych, oliwkowych trampkach. Zawinęłam jeszcze na chwilę do polskiego sklepu, bo zachciało mi się ciasta karmelowego. W drodze do domu małżonek wyjawił mi plany na jutro: spotkamy się z Aś i zawieziemy jej nasze wsiowe krewetki. Pomyślałam sobie, że do tego pasowałaby Fredowa sałatka grecka — jako, że czytamy sobie w myślach, faktycznie ingrediencje do sałatki jechały już z nami w bagażniku. Po powrocie na chwilę zagadałam w ogródku z Anną. To dało małżonkowi czas na zaskoczenie mnie po raz drugi: dzisiaj mija kolejna rocznica naszego spotkania w realu i Fred wyszedł do mnie z prezentem. Dostałam bluzę Missoni w zielono-czarne kwadraty, mleczko do twarzy L'Oreala Age Perfect i krem do twarzy Givenchy L'Intemporel Blossom Compact. Trafił mi się chłop, jak ślepej kurze ziarno.

Na obiad morszczuk z portowego sklepu w towarzystwie kartofli i ogórka w majonezie, na deser kawa i karmelowe ciasto. Po chwili odsapki spacer nad morze. Podobnie jak wczoraj w wietrze trochę chłodno, za winklem przyjemnie, a że ta sama pora (po siódmej), spotykamy tych samych ludzi. I wieczór.

wtorek, 25 maja 2021

525. Sześć stopni oddalenia.

Wtorek trochę słoneczny, trochę zachmurzony. Z Fredem czekającym na mnie pod anglikańskim świętym Pietrem i kanapką na wynos zrobioną przez młodzież (guacamole i pasta jajeczna).

Po mężowskim obiedzie i kawie posnuliśmy się nad morze. Na samym początku, przy naszej ulicy znaleźliśmy pęk kluczy. Dobrze się złożyło, że z numerem telefonu, więc zaraz zza zakrętu przyszła do nas starsza pani pchająca przed sobą wózkek ze szkrabem. Okazało się, że to mama Alana, naszego sąsiada z tyłu. A ona jest z kolei ciotką Rachel, córki Thomasa. Koneksje wszędzie.

poniedziałek, 24 maja 2021

524. 144/21.

Morze było dzisiaj spokojne. Wyszłam na spacer po dziewiątej rano. Dwa statki wypłynęły z portu na Boyne, na plaży trwała lekcja jogi, mijali mnie staruszkowie dreptający w wodzie na bosaka i Cyklop ze swoim psem.

W tym czasie podjechał już pod dom gość z ESB wymieniający liczniki na urządzenia nowej generacji. Pan zaszedł najpierw do Judżina, i przyszedł do nas akurat, gdy wróciłam ze spaceru. Fred musiał w tym czasie wyjechać, żeby zgłosić w housingu ten nieszczęsny odpływ. Gdy był już na miejscu okazało się, że urząd jest zamknięty, więc i tak zgłoszenie awarii trzeba było zrobić zdalnie. Napisałam maila, potem na wszelki wypadek zadzwoniłam. Gdy już sprawa została zgłoszona na dwa sposoby, wzięłam się za zmywanie naczyń (w łazience), ale przy końcówce podkusiło mnie, żeby sprawdzić jeszcze raz jak bardzo zapycha się odpływ. Działał. Kiedy się naprawił, nie wiadomo. Powróciliśmy do cywilizacji.

Fred wykorzystał poobiednie popołudnie na odkurzenie wiertarki i zamontował kilka wieszaków na kapelusze, trzy pojedyncze i drewnianą listwę made in India z pięcioma haczykami. Kapelusze i szale pięknie sobie teraz wiszą. A jeszcze Kochany mi mówił, że w polskim sklepie (bo ogóreczki małosolne) pytano go, gdzie żona. Panie niby tak niezobowiązująco dzień dobry, a wszystko widzą i analizują.

Z teściową pogadanka na wieczorny deser (nie wspomniała o szczepionkach!). Coś mi romantyzm po kościach chodzi, więc jestem już po prysznicu i grzeję odnóża pod kołderką. Będę sobie klikała, piła zieloną herbatkę i nasłuchiwała jakie kawałki muzyczne Mężowski puszcza w kuchni.

niedziela, 23 maja 2021

523. I scream, you scream, we all scream for ice cream!

Powracając jeszcze do wczorajszego Dublina, tłumy w centrum miasta były nieprzebrane, żadnego dystansu w komunikacji miejskiej, kilka gigantycznych kolejek przed pubami, które sprzedawały piwo na wynos, w Stefanie to już kompletne ocieractwo.

A dzisiaj sąsiedzi skończyli imprezować o szóstej. Tym razem nie słyszałam śpiewanych przebojów, ale odnosiłam wrażenie, że gości było więcej, niż w poprzednią sobotę.

Niedziela pod znakiem niedrożnego odpływu kuchennego. Zaszłam do Anny z pytaniem o hydraulika i okazało się, że sąsiadka od piątku czeka na gościa, który uruchomiłby jej ogrzewanie, więc Fred mógł jej w tym pomóc. Z naszym niedrożnym odpływem bez zmian przynajmniej do jutra. Niby zmywania nie lubię, ale piętrzący się stos brudnych naczyń nastrój mi rozstraja.

Tymczasem u rodziców w Polsce goście, kontakt po latach był udany. Rozmawiałam z mamą ponad godzinę, snułyśmy plany dotyczące naszego przylotu, nie wiem czy realne, ale zawsze miło jest posnuć. 

W poszukiwaniu filmu na wieczór obejrzeliśmy z Fredem ostatnie pięć minut Harleya Davidsona i Marlboro Mana (1991). Był taki film i nie muszę już sprawdzać, jak był słaby. Za to posiedzieliśmy dzisiaj przy Down by Law (1986) Jarmuscha. Kapitalny, nie umiem uzasadnić, ale kapitalny.

sobota, 22 maja 2021

522. Sobota w Dublinie.










Pobudka, śniadanie, kawa, ubranie się, szybkie sprawdzenie co u rodziców (wczoraj mieli drugie szczepienie, jest git), ekspresowa rejestracja do szczepienia (bo nareszcie mogę) i idziemy do samochodu. Pierwsza płyta Rush w odtwarzaczu, po drodze Fred skręca do Costy po kawę dla siebie i lecimy autostradą na Dublin. W Dublinie: parking przy stacji Connolly niedaleko której wzięliśmy tramwaj linii czerwonej w kierunku Muzeum mieszczącym się w Koszarach Collinsa na Benburb St. W muzeum spędziliśmy sporo czasu zwiedzając wystawy militarno-historyczne i sztuki użytkowej (darmowy wstęp). Po obejrzeniu co było do obejrzenia ponownie skorzystaliśmy z tramwaju (tym razem wysiadka przy Jervisie). Na piechotę: Millenium Bridge, Temple Bar i skomplikowanymi zawijasami do Tolteki na Suffolk St, gdzie kupiliśmy burritosy na wynos, następnie Grafton St do Stefana brzęczącego ludźmi. Doszliśmy aż do południowej bramy parku w poszukiwaniu wolnej ławeczki. Obiad. Ze Stefana do mostu Sean O'Casey i wzdłuż wybrzeża przy pomniku Wielkiego Głodu, potem Amiens St do parkingu. Dużo chodzenia. Dobrze.

Wróciliśmy na wieś w okolicach godziny siódmej, żeby odkryć, że zatkał się odpływ wody od zlewu kuchennego. Tyle dobrego, że jest po irlandzku otwarty i dostępny. A sąsiedzi mają kolejną imprezę, ciekawe z jakiej okazji. Nucę coś z ABBy.

piątek, 21 maja 2021

521. Początek kolejnego weekendu.

Miło było posłuchać młodego głosu cioci Ce. Paradoks taki, że Fredowa ciocia jest zupełnie inna niż moja teściowa, niby podobny tembr głosu, a jednak dwa bieguny, osobowościowo i światopoglądowo. Ale to wieczorem. Fred pojechał w ciągu dnia do mechanika zrobić serwis samochodu, ja siedziałam parę godzin przed komputerem i skończyłam wcześniej, bo Luiza nie miała dla nas zajęcia. Potem spokojność, Kochany wrócił na obiad, poczem oddaliśmy się życiu rodzinnemu, w środku, gdyż na zewnątrz jesień. Kończymy piątek długą rozmową z Usz, która w weekend wylata ze swoim Cha na Kretę.

czwartek, 20 maja 2021

Postscriptum #520.

Prąd wyłączono dwukrotnie, raz na krótko, przed dziewiątą (uporano się w dwadzieścia minut), drugi raz po pierwszej. W tym czasie bujając się we Fredowym fotelu lub myrdając stopami w sypialni dokończyłam Pawia królowej, przeczytałam Między nami dobrze jest (Lampa i Iskra Boża, 2015), też Masłowskiej, oraz wróciłam do (ledwie) zaczętej w marcu Teethmarks On My Tongue Eileen, która tak mnie wkręciła, że się popłakałam przy stronie 122. W trakcie dnia dwa razy rozmawiałam z Fredem dzwoniącym do mnie ze swoich przerw w Dublinie, i wiele razy z kotem, któremu tłumaczyłam dlaczego nie może wyjść. Złośliwy wiatr ustąpił dopiero po czwartej, co Rysiu wykorzystał na krótki spacer, a ja na kontakt z Anną, żeby upewnić się, że światła nie ma na całej ulicy. Fred wrócił z pracy przed dziewiątą wieczór, pięć minut po tym jak odzyskałam prąd. 

Dobrze, że 1) nie musiałam dzisiaj nigdzie wędrować i 2) odpoczęłam od gapienia się w ekran. Książka Eileen zaskoczyła mnie łatwością z jaką weszłam w jej świat.

518-520. Ustałość i rezurekcja.

We wtorek wróciłam z pracy skonana. Teraz sądzę, że do wiwatu dały mi m.in. szkła kontaktowe, których szybko się pozbyłam. Fred przyjechał po mnie samochodem i kupiliśmy ciasto toffi w polskim sklepie. Po mężowskim obiedzie i deserze zaległam w łóżku na dwie godziny. Za oknem tego dnia padało, padało i padało. Wieczorem po zmartwychwstaniu zrobiłam trochę papierologii (a jednak!) i zaczęłam czytać Pawia królowej Masłowskiej (Noir sur Blanc, 2017).

W środę o jakże lepiej. Słońce, w pracy młodzież sztuk dwie (sądzę, że Emma jest anorektyczką), poznałam Dejwa, gościa od kateringu, i skończyłam zajęcia przed czasem, żeby wyjść na jaśniejące miasto. Były urodziny mamy, więc zaraz się z nią połączyłam i złożyłam życzenia (potem zapukaliśmy do niej jeszcze raz, z Fredem). Miałam kilka chwil czekania na męża, zaszłam do Bootsa i nareszcie kupiłam sobie szczotkę do włosów, Kent z nylonowymi kuleczkami i naturalnym włosiem. Teraz pewnie będę w zachwycie szczotkowała włosy 15 razy dziennie. Zamierzałam czytać więcej Masłowskiej, ale zmęczenie znowu dało o sobie znać, przed dziewiątą trzydzieści byłam już głęboko zakopana pod kołderką. Fred miał bardziej aktywne popołudnie, kupił Annie trzy żurawki i wykorzystał spokojny wieczór na wkopanie ich w rogu przy naszej działce.

Kochany kupił Ryśkowi zawieszkę z wygrawerowanym imieniem i numerem telefonu, od wczoraj kot nie jest bezimienny dla postronnych znalazców, ale dzisiaj nie ma to takiego znaczenia, bo nie będzie wędrowania. Obudziły mnie uderzenia wiatru w nasz domek i przeciąg spowodowany otworzeniem się drzwi wejściowych. Nad wybrzeżem przechodzi tropikalny sztorm, a Fred już w drodze do pracy. Siedzę nad zieloną herbatą, przy lampie, kot wymaszerował właśnie do sypialni zwinąć się w marciński rogal, za oknem poranna szarówka.

poniedziałek, 17 maja 2021

517. Kapelusz i przygody Ryszarda.

Wełniany, Bettina, kolor khaki. Albowiem otwarto dzisiaj TK Maxxy!

Z rana zadzwonił Ka z informacją, że jego Jot ma urodziny. Po śniadaniu ruszyliśmy po prezent radośni, że dzisiaj jest pierwszy dzień otwarcia naszego ulubionego sklepu. Trochę czekaliśmy w ogonku, ale prezent się znalazł (szykowna, skórzana torba na ramię). Dla mnie, oprócz wspomnianego kapelusza (mój pierwszy fedora, matko, trzeba wieszaki na kapelusze uczynić), do koszyka wpadł jeszcze Polo Lauren, sweterek z cieniutkiej wełny w podobnym do fedory kolorze i czarny podkoszulek American Vintage, cudowna, niewidzialna rzecz pod-koszulę. Fred znalazł sobie super-chruper portki codzienne Hilfigera, z kantem oczywiście, oraz bonusowo z mankietami. W Tesco dokupiliśmy dla Jot ciemnoróżową orchideę, a dla nas film na dvd (bo i w Tesco otworzono działy non-essential) z już obejrzanym nie tak dawno temu Pewnego razu w Hollywood. Pomiędzy tymi dwoma sklepami poleźliśmy jeszcze do Costy po kawę (skoro jest nowy kapelusz na głowie), którą dostałam za darmo, bo ja to przecież Ja, a obsługiwała mnie Shauna (Eric, dobry chłopak, zrobił dla nas flat white).

Wróciliśmy w porze obiadowej, akurat na czas, żebym mogła online wypełnić deklarację kowidową przed powrotem do pracy na miejscu. Po obiedzie (i Fredowym szybkim wkopaniu drugiego krzaczka, któremu towarzyszyła krótka pogadanka z Katlin) wyruszyliśmy do przyjaciół z prezentami i dwiema flaszkami musującego napoju (w deszczu, który postanowił się wypadać na całego). Wieczór był bardzo miło przez nas spędzony, gadany, nad dwiema ogromnymi pizzami. I wszystko pięknie gdyby nie niespodziewany telefon od Paula, brata Caroline. Czy mamy kota? Mamy. Czy ma rudy łeb? Ma. Serce mi stanęło, bo od razu pomyślałam o wypadku. Nie. Kot Ryszard zawędrował na ulicę, która prowadzi do morza (zwyczajowa nasza trasa do plaży), wlazł do ogródka byłej znajomej Freda i zapytał, czy mogliby go podwieźć do domu. Ludzie języka kociego nie kumaci po raz trzeci w ostatnich miesiącach (jeśli mnie pamięć nie robi w konia) umieścili zdjęcie naszego grubego kota-żebraka na lokalnej grupie Spotted na facebooku z zapytaniem, czy kto nie szuka tego biednego, głodnego czworonoga. Nieoceniona Anne trzymająca zawsze rękę na pulsie zapewniła, że kotek ani biedny, ani głodny i ma wracać na Odonel, dzięki czemu Paul zadzwonił do męża, po czym przywiózł go pod nasz dom. Skróciliśmy pobyt u przyjaciół, żeby co tchu pędzić na wieś i spotkać Bamburyłę, jak obierał już kolejny kierunek marszu. Dał się namówić na powrót, nażarł się i teraz śpi. Z dziećmi byłoby chyba łatwiej.

Na jutro nastawiam zegarek. Czuję się tak, jakbym po raz drugi miała zaliczać pierwszy dzień w tej samej pracy.

niedziela, 16 maja 2021

516. O!

Sąsiedzi skończyli imprezę około piątej rano.

Wstałam o dziewiątej i jeszcze przed śniadaniem obejrzałam filmik Gosi, która znowu zaczęła być Gosią ze Szkocji.

Po jedenastej niespodzianka. Sąsiad z tyłu przyszedł z flaszką i jadełkiem (curry z ryżem) na dwoje oraz wytłumaczeniem, że skończył czterdziestkę i jego żona też, i jakoś tak wyszło. Wyspałam się (chociaż pewnie na taką nie wyglądałam lukając zza drzwi w negliżu) i ... co mogłam powiedziec? Happy birthday. Wino oddaliśmy tłumacząc, że nie pijemy. Szkoda, że nie zapytałam go o imię.

Po curry poszliśmy na spacer z kotem, potem na spacer nad morze. Czuć (chłodne) lato i olej po smażeniu ryby, zauważyliśmy też jeden parawan, ale nie chciało się nam podsłuchiwać, czy to nasi. Intensywne przebieranie nogami spowodowało, że do domu wracałam rozdziana do krótkiego rękawka. 

Przy Fredowym spaghetti mówiłam niewiele, zerkałam przez okno rozmarzona, gdyż mąż mi w głowie zasiał był przed obiadem ziarenko pomysłu a co, gdybyśmy mogli połączyć nasz domek z działką Judżina. Judżina nie widzialam od miesięcy, choć wiem, że żyje — wczesnym porankiem, zanim wstałam, znowu wyrzucił przed dom kawałki zzieleniałego chleba.

Fred zdążył przed deszczem z zasadzeniem jednego krzaczka, ja pousuwałam trochę kamyczków z miejsca, gdzie będą sadzone rojniki. Miałam rękawiczki, ale i tak od wyrywania zieleniny trochę mnie swędzą dłonie. Drapiąc się zrobiłam sobie online test na spektrum autyzmu ze strony Clinical Partners. Wyniki:

O! Zrobiłam drugi test na stronie Psychology Tools. Tym razem 29 na 50, czyli some autistic traits. Trzeciego robić mi się nie chce, idę odgrzać sobie makaron.

sobota, 15 maja 2021

515. Fred mnie kocha. Wiem, bo mi powiedział.

Trzy doniczki rojników w różnych kolorach, w tym rojnik pajęczynowaty (w jednej z doniczek są trzy odmiany o nazwach Berry Bomb, Berry Blues i Cotton Candy) i jeden cienkolistny rozchodnik ... czyli Fred czuje się dobrze (wyskoczyliśmy do sklepu i proszę bardzo, znowu coś), a krajobraz często przysłania mżawka. Małżonek zaliczył dzisiaj dłuższą rozmowę z Andrju, kumplem ze szkoły (choruje na covida), i z bratem (u Stu wszystko dobrze, roboty huk). Kto je rosół o jedenastej wieczorem? My.

A sąsiedzi mają pod nową wiatą imprezę. Słychać dobrze.