Śpię jak suseł, o dziwo mąż wstaje pierwszy. Kiedy się budzę kawa jest pita, a kot już napasiony po uszy.
Po śniadaniu i moim szukaniu mózgu w papierach poszliśmy z Kochanym na dłuższy spacer. Było tak, że zaczęliśmy wypatrywać okienka pogodowego, ale za pierwszym razem źle wycelowaliśmy. Już po przekroczeniu mostka dopadł nas deszcz, szybko wróciliśmy plażą do kawiarni; Fred wykorzystał ten kwadrans na napój, ja na ciastko.
Gdy chmura przetoczyła się nad nami i deszcz zaczął wpadać do morza, przypuściliśmy drugi atak i tym razem doszliśmy do falochronu.
Deszcz poświęcił nas ponownie, gdy byliśmy już w drodze powrotnej do domu. Odrobinkę. Super się szło. Potem Kochany pojechał na zakupy spożywczo-różane (bukiet białych róż, sztuk dwanaście), a kiedy wrócił zjedliśmy obiad.
Poza tym nic takiego się nie wydarzało. Fred rozmawiał z Perlistym. Kumpel opowieści gęsto okrasza kurwami, ale wyniki pływackie ma dobre (zachwyca się okularkami, które mu Kochany polecił), czyta Juwala Harari, tematy o szurach i chazarskich Żydach go wkurwiają, więc zaproszenia kolegów na piwo odrzuca, bo mu przestaje smakować, gdy słucha niektórych Polaków (i na zdrowie mu to wychodzi). Czy zobaczymy się z nim w Polsce? Może. Swoją drogą, też bym mogła przeczytać coś Harariego.




















