Strony

piątek, 1 grudnia 2023

1446. Już niedługo.

Z rana szron i błoga, mroźna cisza; w Centrum na początku nawet lodowato. Praca jakoś przeleciała (dwoiłam się i troiłam, na szczęście jest Katrin-asystentka), Kochany jechał przez miasto dopiero po pierwszej, więc czekając na niego kupiłam filtry do kawy w M&S i zjadłam obiad w CG (jagnięcina w czymś, co się nazywa fasolia). O drugiej już byliśmy w domu, żeby prowadzić osiadłe życie borsuków. Przed drzwiami zastaliśmy pudło (kurier widać był szybszy), a w nim kupiony przez Freda prezent dla Szwagrowskiego - martensy. Kochany jeszcze przed zdjęciem pracowniczej uprzęży wyszedł na ogródek podsypać ziarna maliźnie fruwającej. Pierwsza przyleciała pliszka. Tutejsze pliszki są jaśniejsze od polskich, ich główki kojarzą się mi z trupimi czaszkami, może faktycznie przez tę jasność, albo przez fakt, że kiedyś znalazłam taką jedną główkę porzuconą przez Rysia. 

Pod wieczór dodzwoniłam się w końcu do rodziców i rozmawialiśmy z pół godziny, o Fredowych kumplach, śniegu, co to ma być, ale na razie go nie ma, o polityce, tęsknocie za Ryszardem, lekarstwach na suchość gardła i żeby się przygotowywali do nalotu dziecków, bo święta za pasem. Gosia ze Szkocji już zaczęła otwierać zestawy upominkowe, a u żubrów online nic nie widać poza opadem atmosferycznym, białym.

***

Miesiąc listopad minął wczoraj, ale dla mnie dzisiaj po południu, a nawet wieczorem, gdy wyszłam spod prysznica rozgrzana i czyściutka. Teraz ostro z górki.

(kolaż zrobiony dzisiaj, bo mi się wczoraj nie chciało)

czwartek, 30 listopada 2023

1445. Ostatni dzień listopada.

Budzę się przed dzwonkiem i na poły w duchu, na poły werbalnie marudzę, że wolałabym zostać w domu. Jest to jednak prawda połowiczna. Fred słusznie zauważa, że nie chcielibyśmy być na miejscu paru osób, które znamy, a które nie muszą dzisiaj iść do pracy. Kochany wychodzi jak zwykle, robię sobie kanapki i żuję, pomiędzy wrzucam oczywiście dwie witaminy. Za oknem wieje i od tego wiatru ma być odczucie minusowej temperatury. Na razie o siódmej rozpadał się ... grad. 
___
edit 15:50 czekam na dworcu i staram się nie myśleć o papierkach do odhaczenia po obiedzie. Kochany napisał mi z pracy, że w nocy zmarł Shane McGowan. Też czytałam. Człowiek-opowieść, umierał przez ostatnie 30 lat, i technicznie rzecz biorąc częściowo nie było go od dawna, tym bardziej więc dziwne wydarzenie. Poza tym szimno jak dyjabli. Rano, po wyjściu z autobusu, dogoniłam Sprzedawcę Butów. 

środa, 29 listopada 2023

1444. Miesiąc.

Ponownie wstałam jako zombie, obudziłam się minutę przed budzikiem, ale dopiero po pół godzinie naprawdę poczułam, że chodzę i wykonuję czynności (ocuciła mnie chyba rozmowa z Fredem i przytulenie przed jego wyjazdem do roboty 6:30). 

Chłodny, jasny dzionek, na popołudnie zapowiadali deszcz, więc w ostatniej chwili wskoczyłam w kurtkę przeciwdeszczową. Niepotrzebnie, bo nic takiego się nie wydarzyło. Dzień po raz kolejny minął jak z bicza strzelił (Kalem świetnie udaje akcent starego Irlandczyka; Timo, Lorenco i Adam out). Zaczęłam czytać kupione w miniony weekend Sanditon Austen. Po powrocie z pracy od razu wstawiłam pranie, włączyłam Charliego Hadena Quartet West, Haunted Heart (1991) i leniwie przeglądałam internety (dzisiaj obiad z pudełka, więc nie musiałam się napinać). Gdyby nie zdjęcia u znajomych, nie pamiętałabym, że tu i ówdzie były już odhaczane Andrzejki. Dysk zewnętrzny przypomina mi epickie Andrzejki sprzed lat 8. Dysk wewnętrzny pamięta, że miesiąc temu zmarł Rysio. Marillion soundtrackiem wieczornym (po wysłuchaniu drugiej płyty poszłam pod prysznic i Kochany czekał na mnie z odpaleniem pierwszej; Derek Dick zwany Fishem nadal brzmi super).

Z technikaliów: wykupiłam program antywirusowy na kolejny rok. Poza tym powoli, wiosło za wiosłem do brzegu, jeszcze chwila i będzie sobota rano.

wtorek, 28 listopada 2023

1443. Z przyjemnością.

I po co do pracy? Na dworze ciemno i zimno, proponowałam Kochanemu, żebyśmy może zwiali dzisiaj do Szwecji (to byłoby coś nowego). Tuż przed obudzeniem śniłam, że dziadek Bronek kierował samochodem (gdzieś w naszej wsi uciekaliśmy przed policją), poza tym w innym odcinku (gdy wracałam z uczelni, bo chyba uciekłam z egzaminu) na środku drogi spotkałam eM. 

Przy lodówce zniknął jeden serek. Ach, czyli nasz mały współlokator rzeczywiście biega regularnie między Kuchniosalonem a sypialnią (wieczorem na pewno słyszałam go pod szafką nocną). 

Dzień w pracy upłynął mi bardzo szybko, połaziłam tu i tam, i już. Przyjechałam do domu pierwsza, więc zaraz zaczęłam robić prosty obiad z deserem (jogurty); Kochany pojawił się jak zwykle po szóstej, jakąś godzinę po mnie, głodny i zmęczony, więc mu z przyjemnością zaserwowałam, co tam dzisiaj było w menu. Po obiedzie zanurzyłam się w skrobaniu listu dziękczynnego do dr Pierzastej.

Jeszcze wczoraj bardzo dobrze się mi czytało Drugie imię Fossego (ArtRage, 2023), na tyle dobrze, że dzisiaj skończyłam, choć nie jest to łatwa, typowo prowadzona fabuła. Jedną kartkę przeczytałam przy kawie w Czarnej, kilka innych w drodze z pracy, dokończyłam w łóżku, w świetle nocnej lampy, z Ryszardem obok. Miałam robić coś innego (nagryzmolić szkic egzaminu, którym zamierzam zakończyć ten tydzień), ale lektura była ważniejsza. Tak trzymać. 

poniedziałek, 27 listopada 2023

1442. Odpoczywam.

Mysz wczesnym porankiem chrabęściła papierami w sypialni (powiedziałam jej, żeby wróciła do kuchni, nawet jej drzwi otworzyłam, a potem zostawiłam kawałek sera przy lodówce - Kochany nic nie komentuje, widomy znak, że jesteśmy stuknięci oboje). 

Budzik wrzasnął o piątej, żeby obudzić Kochanego do pracy. Po tym fakcie zapadłam się jeszcze w sen i wstałam dopiero po ósmej. Zachciało się mi ugotować kartofli, tylko po to, żeby je potem usmażyć z rozmarynem. W ogóle to cały dzień mielę ustami i trudno mi było cierpliwie doczekać do wspólnego z Fredem obiadu. 

Obejrzałam 23.3 odcinek Midsomer Murders

Zagadałam do Martaszki, bo się mi przypomniało, że w zeszły czwartek, gdy wyszłam na lunch do B&B, Izolda zapytała, czy mam z nią kontakt (między wierszami sobie powiedziałyśmy, że z jej głową było nie ten teges od dawna). Martaszka jest w Polsce i pisała normalnie, jak gdyby nigdy nic (nie zapytam przecież, czy już nie ma świra, ale tak pisała, jakby trochę nie miała, z kolei jej feed na fb mówił mi co innego). Rozmawiałam też z Fredem, gdy miał przerwę w pracy.

Kochany przyjechał nareszcie po szóstej i mogliśmy omówić wydarzenia dnia. Zadzwoniłam do mamy, żeby się chwilę pośmiać z nowego rządu, zapytać o zapowiadaną w mediach śnieżycę. Mame się przyznała, że ostatnio po obiedzie raczą się z tatkiem Jägermeisterem, ale dzisiaj nie piła, bo była w pracy. Taka sytuacja rodzinna, alkoholowa. Zmęczona jestem nicnierobieniem. Lektura i spać.

niedziela, 26 listopada 2023

1441. Odpoczywamy 2.

Mam zaburzenia równowagi, na szczęście niewielkie - co się pochylę, wracam do pionu po elipsie zamiast normalnie. Nic to. Dzisiaj dla odmiany szaro i mokro, chyba nawet trochę cieplej, nie mam jednak okazji przekonać się w ciągu dnia, bo Kochany pojechał po podstawowe zakupy sam, a ja po południu zapadłam w długą, przyjemną drzemkę.

Zastałam Freda w Kuchniosalonie, gdy już zaczął robić obiad (pieczona kaczka, kartofflen, rzodkiewka w śmietanie) i dostałam od męża bukiet kwiatów - żółte róże i drobne, biało-różowe goździki. Poza tym serfowałam w necie, odpowiadałam na komentarze, zerkałam na genealogię, dwa razy rozmawiałam z Amber, która wlazła przez okno i nieśmiało sprawdzała otoczenie. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka&Jot (o czym zapomniałam): nad serem i winogronami rozmawialiśmy o ślubach i in (widać, że Jot coś tam sobie w głowie układa). Kochany wcześnie jutro wstaje, ja też nie miałam ochoty na dłuższy pobyt (mimo wszystko nadal męczyła mnie senność), więc nie zostaliśmy długo (wróciliśmy do domu z zapasem czosnku ;)).

sobota, 25 listopada 2023

1440. Odpoczywamy 1.

Wczoraj Fred pierwszy raz po letniej przerwie nasypał ziarna do karmników i wystawił kulki dla szpaków. W sam raz, ponieważ poranek przyprószył ogród szronem. Przy śniadaniu zdarzyła się wspaniała rzecz: zadzwonił elektryk i zapowiedział się z wyprzedzeniem (świat się kończy - zazwyczaj specjaliździ dzwonią stojąc już przed domem, albo na 10 minut przed wizytą). Elektryk przyjechał w samo południe, postukał, popukał, wlazł na strych i z góry przetknął nowy przewód. Poza tym przyjechał, bo jest podwykonawcą (jego firma, jego piniądz). Elektryk naprawił, Kochany zrobił jeszcze dwie dziury w ścianie, żeby zawiesić na niej odkurzacz (tak jak miało być na początku) i ponieważ na zewnątrz jeszcze tliło się chłodne, słoneczne popołudnie, wyszliśmy na spacer nad morze:


Po spacerze od razu pojechaliśmy do Drołdy, najpierw na kawę do zatłoczonej Costy, potem na spacer po TK Maxxie (w celu obczajenia potencjalnych prezentów dla sąsiadów). Stało się więc tak, że z zaskoczenia kupiłam Sanditon Jane Austen ze wstępem-esejem Janet Todd (Fentum Press, 2019).

Muzycznie dzisiaj znowu Jethro Tull, Minstrel in the Gallery (1975/2002) oraz Van der Graaf Generator z Pawn Hearts (1971). Małżonek zrobił obiad, którym opchałam się do rozpęku. Późniejszym wieczorem obejrzeliśmy rodzinno-egzystencjalny dramat psychodeliczny z życia wampirów, Tylko kochankowie przeżyją Jarmuscha (2013). Recenzja: ptasie mleczko.

piątek, 24 listopada 2023

1439. Kontakt.

Z rana wydrukowałam materiały i na chwilę poleciałam do pani z housingu; chyba się mi trafiła ta sama, co wczoraj Fredowi (po zrobieniu kilku min postanowiła być jednak miła i zadzwoniła przy mnie do pana elektryka, żeby nas wziął pod uwagę jakby co). Reszta dnia pracowniczego taka sobie. Mamy jednego zdiagnozowanego adehadowca i pewnie drugiego niezdiagnozowanego, a ta odmiana ludzka męczy otoczenie na równi z sobą samym. Zostałam też na dodatkowe godziny i nadrobiłam pracę dla Safron (ucieszyła się, gdy wieczorem zobaczyła emilki ode mnie, najs). Elektryka się nie doczekaliśmy, za to Kochany przyjechał do miasta, gdy skończyłam po trzeciej, i obwieścił, że czuje się jak Pat & Mat w jednej osobie - wprawdzie teraz mamy w ścianie dziurę, ale nie działa już tylko jeden kontakt. Pokrzepieni takim obrotem sprawy poszliśmy najpierw do Cedar Gate na obiad, a potem na kaffkę do Czarnej. Gdy wracaliśmy do domu, najpierw spacerem, a potem konno, świecił nad nami księżyc.

Podczas wczorajszej posuchy internetowej na nowo zagłębiłam się w Drugie imię Fossego (ArtRage, 2023). Bardzo przyjemne zagłębienie.

Anne zagadała przez messengera, czy Rysio już wrócił (opowiedziała mi, że Anita, mama dwóch piesków, rozpłakała się na wieść o jego śmierci). Rozmawiałyśmy o świętach, wymieniłyśmy się grafikami wyjazdów, sąsiadka zapytała, czy mogłabym wpadać do Junony, gdyby zaszła taka potrzeba podczas jej ponad miesięcznej nieobecności. Oczywiście, że bym mogła (w południe idąc pod górę z Czarnej minęłam Majkela - no good, Junona faktycznie może potrzebować pewniejszego opiekuna). 

czwartek, 23 listopada 2023

1438. Jasność.

Kochany robiąc dziurę w ścianie (w zbożnym celu), pozbawił nas prądu na czas jakiś (co za tym idzie internetu domowego). Cóż, ciemność nie do końca, bo akurat górne światło jest, a nawet ostało się nam takie rozpasanie jak podgrzewacz prysznicowy. Nie za bardzo wiadomo, kiedy pojawi się naprawiacz - zapewne po tym czasie część zaopatrzenia lodówki pójdzie na śmietnik. Nie tracę jednak ducha, robię sobie herbatę z cytryną, książki będą czytane ;)

środa, 22 listopada 2023

1437. Zalegam.

Porankami, akurat gdy czekam na autobus, nad osiedlem przelatują stada mew i gawronów robiących pierwszy rekonesans śniadaniowy. 

Dzień umiarkowanie nudny, pod koniec jeden meltdown nadobnej Emmy, ale to było do przewidzenia i nadal nie rozumiem dlaczego bardziej doświadczeni ode mnie ludzie popełniają podstawowe błędy. Cuszzz, jak napisałam, umiarkowanie nudno. Rano kaffka i krótki czat z panią Stempelek, lunch w Moorlandzie, czytanie książki na dworcu (wróciłam do Fossego). Świekra dobijała się do mnie whatsapowo dwa razy i dopiero wieczorem dowiedziałam się powodu. Życzenia! A ja zapomniałam. No i super, to się mi przypomniało, życzenia przyjęłam. W związku z tym zadzwoniłam do moich rodziców, żeby im przypomnieć, że też mogliby życzyć ;D Mama mnie poinformowała, że dentysta znalazł jej w siódemce wiertło, które drzewiej jakiś fajtłapa zostawił i się nie przyznał (i jeszcze: ma teraz w zębie włókno szklane wg najnowszej technologii i podług rozumu). Poza tym objawiłam rodzicom plany teatralno-muzyczne. Poza tym w Polsce pogoda była piękna, jakby styczniowa, tak mówi mama. Po południu ból języka wrócił na miejsce startowe (czymś podrażniam? ale czym? zagadka). Nie wiem nic; na razie zalegam na dwóch krzesłach i piję kolejną herbatę. 

wtorek, 21 listopada 2023

1436. Rozgrzebanie.

Język tak nie boli, ale nadal drażni i w nocy kaszlę więcej niż mam ochotę to znosić. Oboje musieliśmy zwlec się do pracy, Kochany wcześniej (wczoraj Kieran menadżer zadzwonił do Freda z zapytaniem, czy by się nie przejechał - zlecenie nie jest bardzo daleko, więc mąż się zgodził). Zabrałam ze sobą lekturę, rozgrzebane Bielmo Gutowskiego, bo postanowiłam je dokończyć przed rozgrzebanym Fossem. Poza tym wczoraj na duolingo dodałam nowy język - rosyjski (na razie przypominam sobie alfabet, przyda się mi w genealogii). I cóż, kaszlę, przełykam gulę nie do przełknięcia, chichram się, mądrzę też od czasu do czasu, bo miałam podopiecznego one-to-one do przyciśnięcia. Oficjalnie złożyłam podanie o urlop, gdyż Bridżet się objawiła. Ciężki ma ten rok, bliscy jej umierali i pewnie to odchorowuje. Jak już nie można płakać, to można się śmiać, akurat trafiłam na taką atmosferę w kanciapie kadrowo-księgowej i się pośmiałam z Bridżet i Alis. Przy okazji odkryłam, że potrzebuję o jeden dzień urlopu mniej, bo Centrum jest wcześniej zamykane przed świętami. Fair enough.

Po powrocie do domu oczywiście robienie obiadu z oglądaniem w trakcie Louth Looking Good'23 (to ostatnie z powodu Katlin na którą natknęłam się otwierając drzwi z myślą, że Kochany już wrócił). Świekrze wysłałam trochę moich (w sensie: moimi ręcami zrobionych) zdjęć ze ślubu oraz opracowanie wyników mgr. To chyba wszystko na dzisiaj. Gardło gniecie. Ach, i jeszcze skończyłam czytać Bielmo (Agora, 2022).

poniedziałek, 20 listopada 2023

1434-1435. Wawa/Lub/Dub/home.

U Kaś w niedzielę do południa chodzę w podomce i zwierzątkowych papuciach. Jem tak śniadanie, piję herbaty, dostaję prezenty bez wyraźnego powodu (stopki w koty oraz papucie na nogach noszone z radością). 

W nocy język bardzo mnie bolał, w dzień łatwiej to ignoruję, ale po śniadaniu położyłam się do łóżka "na chwilę", czyli do momentu, gdy na bazę wpadła Kręcona Aśka. We czwórkę wybraliśmy się z buta do warszawskiej dzielnicy azjatyckiej, na ulicę Bakalarską, gdzie zjedliśmy dobry lunch w restauracji Hanoi (zamówiłam makaron udon z wołowiną), po czym jeszcze trochę spacerowaliśmy, chociaż pogoda nie zachęcała (w jedną i w drugą stronę szliśmy w chłodzie i sypiącym śniegu). 

Ciekawy zakątek stolicy, trzeba tu będzie wrócić przy lepszej pogodzie. Po powrocie do ciepłego pomieszczenia przysiadamy przy herbacie na godzinę, żeby ostatecznie gdzieś tak wpół do szóstej wyjechać w kierunku Lublina, byle zdążyć na styk.

Resztą niedzieli to mozolne przemieszczanie się do domu. Najpierw w padającym śniegu musieliśmy dojechać do Świdnika, po prawie dwóch godzinach Kochany zatankował autko i na lotnisku oddał klucze. Gdy już rozpłaszczyliśmy się w samolocie, który niby był punktualny, przez dłuższy czas nic się nie działo i wylot nastąpił z opóźnieniem. Lot był zajęciem niesamowicie nudnym, siedziałam między dwoma facetami (wytatuowany brojler zerkający na książkę motywacyjną i żylasty chłoporobotnik z własnym pomidorem w sreberku; Fred miał miejsce w rzędzie za mną), którzy, jak to faceci, zawłaszczali moją przestrzeń. Z nudów próbowałam drzemać, trochę też odkrywałam nowe możliwości telefonu.

Fred idący ulicą Bakalarską

Na niebieskim parkingu w Dublinie byliśmy z Kochanym dopiero po pierwszej w nocy. W Irlandii niebo klarowne, żadnych opadów, poza metropolią drogi puste. Gdy po drugiej weszliśmy do domu, znalazłam zatkniętą w szparze listowej kopię kartki z przewodnika Louth Looking Good - nasz dom ponownie został wybrany jako ilustracja ogrodowych osiągnięć naszej ulicy. Dobrze jest być u siebie. Po trzeciej spać.

Poniedziałek był czasem na odpoczynek, przy czym wstałam wcześniej (gdzieś po ósmej) i zajęłam się relaksem na pół gwizdka, jak to ja (po podróży lubię porządkować zdjęcia, wspominać, cieszyć się tym, co było). Fred wstał o jedenastej, wypił kawę, mieliśmy czas wspólnie przemielić różne wydarzenia ostatnich dni, relację ze świekrą, i takie tam. A to wracałam do łóżka, a to wstawałam, w końcu pomogłam Kochanemu zrobić listę zakupów i wytoczyliśmy się z domu. Kiedy byliśmy na mieście zadzwonił Perlisty; Fred kontynuował tę rozmowę później, przy robieniu obiadu - może zobaczymy się z Fredowym kumplem w okolicach świąt, bo też zjeżdża ze świata do kraju. A może będziemy go gościć w następnym roku u nas? Kto wie. Rozmowa z moją mamą (już niedługo się widzimy). Rozmowa z Anną (martwiła się, że choruję). Rozmowa z Usz (czyżby kolejni goście w nowym roku?). Ogólnie pozytywy przeważają nad negatywami, na dworze zimno, ale nas tam nie ma. Pewnie pójdziemy spać wcześniej niż zwykle.

sobota, 18 listopada 2023

1433. Dzień ślubu.

Wczoraj odkryłam, że na iPhonie mogę publikować tutaj posty, ale nie mogę komentować, bo telefon mnie wylogowuje. Ot taki glitch pomiędzy jabłkiem i gugielem, znany, zgłaszany przez wielu, nadal odgórnie nierozwiązany.

Sporo się w nocy budziłam, głównie przez ból gardła i małość kordłową. Nad ranem z kolei obudziło mnie niecierpliwe tuptanie świekry przygotowującej śniadanie - wg polskiego czasu spaliśmy do „po ósmej”, na stole wędliny, puławianki, herbata wiśniowa już zaparzona. Kochany jeszcze przewracał się w łóżku, ja byłam dobrą synową. Po śniadaniu kawa w ćmielowskich filiżankach i szarlotka. 

Myśląc z wyprzedzeniem o tej krótkiej podróży miałam nadzieję, że przed wyjazdem do Warszawy odbędziemy spacer w kierunku pałacu, ale nic z tego nie wyszło. Grzebaliśmy się ze śniadaniem do południa, świekra chciała jeszcze przygotować obiad przed podróżą i zmyślnie wysłała nas po kwiaty (nie wiem, czy włączyła Radio Maryja żebyśmy się energiczniej ruszali, ale podziałało). Kochany kupił bukiet piwoniowych róż u Edyty za rogiem, trochę szliśmy naokoło osiedla, żeby spacer wydłużyć i byliśmy z powrotem w sam raz na obiad (który był bardzo dobry, jak zwykle u świekry). Okolica ta sama co zwykle, różnica taka, że komitet blokowy po odhaczeniu dzieci jako wrogów miru domowego (pod blokiem nie wolno się bawić) wziął się za zwierzęta - teraz jeszcze nie wolno dokarmiać ptaków, bo srajo i brudzo oraz kolegujo się ze szczurami. 

Do stolicy ruszyliśmy po drugiej po południu; podróż odbyła się bez większych przeszkód w coraz bardziej szarzejącym krajobrazie (śnieg, śniegu, śniegowi).

Przed głównym wydarzeniem przysiedliśmy we troje w Ciasteczkooo na ulicy Alternatywy, gdzie Fred dokończył dyktowanie mi dedykacji dla nowożeńców. Gdy dotarliśmy do urzędu, z ważnych gości brakował tylko Stu - na szczęście impreza opóźniła się na tyle, że szwagier zdążył w ostatniej chwili. Poza tym Usz ze Szwagrowskim wybrali najprostszą wersję ceremonii dzięki czemu szybko było po. No i było jeszcze zaskoczenie świadkowie - jednym ze świadków był wczesny recenzent Fredowego scenariusza. Spotkanie przeniosło się do Balkany Od Kuchni, znanej nam już z dobrej strony bałkańskiej restauracji na ulicy Strzeleckiego, która nasyciła nas po uszy. 

Już po siódmej wzięłam się za deser. Opuściliśmy zgromadzenie jakiś czas po Wu i świekrze, czyli świętowanie z jedzeniem zabrało nam około trzech godzin. Na końcu dnia wylądowaliśmy w ekskluzywnym mieszkanku Kaś i byliśmy rozpieszczani jak para królewska (dostałam własną podomkę i bamboszki z rogami), wygłaskałam aksamitne futerka Kacperka i Leosia, pogadałam o polityce i kotach (bo przecież wiadomo).


Język nadal bardzo boli, no good.

* zdjęcia wklejone po powrocie z wyprawy.

piątek, 17 listopada 2023

1432. Wyjazd jak powrót.

Od rana na ściśniętych pośladach, pastuję buty, bo nie wypastowałam, pakuję plecak, bo nie spakowałam do końca. Męczy mnie, że jeszcze muszę trzy godziny w pracy odpękać. 

Po odpękaniu jazdy obowiązkowej i wysłaniu rozliczenia godzinowego zmieniam spodnie w toalecie i ruszam ulicą na spotkanie Kochanemu. Zachodzimy do Il Forno - niewiele się nam podoba, zamawiamy cannelloni, nawet jadalne, ale bez finezji (sos pomidorowy dominuje smak). Po obiedzie idziemy do Czarnej (Pani Stempelek 2 jest chojna, druga baristka czyta Grahama Nortona, A Keeper). 

W drodze do samochodu jeszcze kupuję tabletki na gardło i lecim. W stolicy byliśmy w sam raz, tak, że nie trzeba się było z niczym spieszyć. Kupiliśmy kartkę okolicznościową dla młodej pary, reszta to same przyjemności. Lot częściowo z turbulencjami, na końcu zaś zaskoczenie: Lublin przywitał nas śniegiem. Wypożyczonym autkiem (mała mazda na automacie) sprawnie doturlaliśmy się do NA około jedenastej wieczorem. Świekra (już w papilotach, opatulona szlafrokiem) nakarmiła nas śledziami, wygrzałam się pod gorącym prysznicem i kuruję gardło balsamem jerozolimskim (jeszcze od świekra). Plan: myć zęby i spać.

* zdjęcie wklejone po powrocie z wyprawy.

czwartek, 16 listopada 2023

1431. Czwartek.

Delektuję się poranną samodzielnością. W sypialni rozproszone światło nocnej lampki. Na palnikach jajecznica i kartofle z rozmarynem. Jeszcze trochę mało kontaktuję, Kochany już w drodze do Naas. Dzień się budzi.
___
edit 18:35 Pomimo zapowiadanej deszczowej pogody dzień pracowniczy zaczął się mi dość przyjemnie: zaspana baristka z niebieskimi włosami, najwyraźniej Pani Stempelek 2, dała mi kawę za darmo, choć nie powinnam jej dostać, bo brakowało mi stempelka. Don't worry about this. Nie zamierzam ;). W pracy przybył nam Aleks, który twierdzi, że mówi czterema językami (w co wątpię, bo nie zareagował właściwie na como estas?). Z pomocą Katriny udało się mi doliczyć należnego mi płatnego urlopu, więc nie ma przeszkód, żebym urwała się z Centrum na kilka dni przed Bożym Narodzeniem (hura!). W autobusie siedziałam obok chłopaka z Termon, którego w duchu nazywam Rorym. Świetne miał dzisiaj spodnie - dżinsy w gwiazdy - i czytał Topographia Hibernica. Autobus był oczywiście spóźniony, zmarzłam, do domu doturlałam się, gdy było już zupełnie ciemno. Zaczęłam robić obiad, a gdy zadzwoniłam do Freda z pytaniem, czy jest już blisko domu, mąż zaskoczył mnie informacją, że prochy są do odebrania. Tak więc Rysio nasz kochany zaraz wraca. 
___
edit 21:40 Kochany przywiózł prochy. Nie dokończyłam obiadu, zadzwoniłam do rodziców, pokazałam im skrzynkę i odbicie Rysiowej łapki. Jestem kompletnie rozbita. Ubranie na jutro nie za bardzo przygotowane, teraz z mokrymi włosami biorę się za plan jutrzejszych zajęć. Odprawieni, przynajmniej to.