Strony

sobota, 2 marca 2024

1537. Bach na żywo.

O poranku wysłuchałam Czterech pór roku Vivaldiego z wczorajszego koncertu na 87 urodziny Dwójki (dzięki Hebiusowi, który napisał o tym na swoim blogu; przez chwilę zastanawiałam się, czy Lilianna Stawarz to nie jest jakaś daleka rodzina). Kochany jeszcze spał, zrobiłam mu kawę na przebudzenie i mogliśmy zacząć dzień.

Sobotę została wypełniona składaniem szafki (a raczej sześcioszufladowej komody o romantycznej nazwie Sorrento). W papierach stało, że złożenie tej rozsypanki zabiera jakąś godzinę. Zaczęliśmy około jedenastej. Razem z przesuwaniem materaca, odkurzaniem podłogi, wyrzucaniem śmieci, przebieraniem pościeli zeszło nam do czwartej. Korzystając z okazji, z pudła, które zazwyczaj leży pod łóżkiem, wyciągnęłam moje kultowe trampki w żółto-czarną kratę (tzn. nowe, bo stare, identyczne, zostawiłam w Polsce). W międzyczasie umyłam jeszcze włosy, gdy Fred przed wbiciem ostatniego gwoździa pojechał do rzeźnika po steki (w końcu jest sobota, rzeźnik rodzinny nie mógł czekać w nieskończoność). Na koniec przybiliśmy piątkę jak Pat a Mat. Praca upłynęła nam przy wiosennych trelach.

Po obiedzie zaczęliśmy się zbierać na koncert (trampki miały więc dobry start). Pojawiliśmy się w mieście kilkadziesiąt minut przed czasem i zaparkowaliśmy niedaleko kościoła świętego Pietera (pod M&S, co to go będą zamykać). Kolejny już raz mieliśmy okazję posłuchać na żywo Irish Baroque Orchestra. Gdy weszliśmy do wnętrza akurat trwał wstęp z Peterem Whelanem (dyrektor artystyczny, ale też multiinstrumentalista; uroczo się jąka). 

Pasja według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha, z dziesięciominutową przerwą (w której pozwoliłam sobie mówić skeczem Basińskiej bo Bach był Niemcem, zresztą, Händel, którego słuchaliśmy w zeszłym roku po angielsku też był Niemcem, kiedyś wszyscy byli Niemcami. I Niemcy wszystko mieli najlepsze, filozofów, biurka ... a później wyszło jakoś tak niezręcznie. Jakby oni wiedzieli, to by sobie w życiu nie pozwolili ... bo kto powiedział, że trzeba słuchać Pasji na poważnie). 

Wykon, wiadomo. Koncert był obstawiony mikrofonami (ciekawe czy w nagraniu wyretuszują mój kaszel na początku drugiej części), za ewangelistę robił Nick Pritchard (tenor), poza tym śpiewali m.in.: Aisling Kenny (sopran), Charlotte O'Hare (sopran), Laura Lamph (mezosopran), Hugh Cutting (kontratenor, malutki, ale zadziorny), Matthew Brook (bas-baryton), Hugo Hymas (tenor) oraz Edward Woodhouse (tenor).

O jedenastej ponownie w domu. Jestem taka zmęczona, że dzisiaj niczego już nie wkładam do nowych szuflad. Szumy uszne. Dobranoc, dniu.

piątek, 1 marca 2024

1536. Dewi Sant.

Śniła mi się ławka w starym domu, taka ławka pod płotem pomiędzy podwórkami (ławki już nie ma, podobnie jak płotu). W tym śnie najpierw Rysio nie żył, a potem żył. Ale jednak uświadomiłam sobie, że nie żyje, bo siedział na tej ławce z Grahamkiem, jakimiś dwoma czarnymi szczeniaczkami i dziadkiem Bronkiem.

Noc mocno deszczowa, poranek i cała reszta dnia taka sama; ciemno (mapa wiatrów pokazuje zawirowanie nad Wyspami). 

Piekłam naleśniczki, cerowałam, klikałam, mąż rozłożył się z ceremonialnym pastowaniem butów. Obejrzałam kilka ciekawych vlogów, m.in. rant Karoliny o AI i Nicole Rudolph historię życia Coco Chanel. Wspólnie z Kochanym obejrzeliśmy też starego Miecia o Zenku. Fred pojechał do portu po rybę na obiad. Miał też zamiar w drodze powrotnej kupić steka na jutro, ale pod rzeźnikiem już się nie zatrzymał, zniechęcony sztormową pogodą, która zmoczyła go na wybrzeżu (ponieważ małżonek wyszedł z samochodu i kręcił filmik ze wzburzonym morzem). Za to oprócz plamiaka Kochany przywiózł chowder, a do niego dwie pajdki chleba sodowego troskliwie zapakowane w serwetki bożonarodzeniowe.

Stu ma urodziny, więc była z nim rozmowa dłuższa (o depresji oraz sprawach różnych). Poruszamy się stosownie do pogody, w tempie nieco zwolnionym. Szafka nadal czeka na złożenie, idzie jej już drugi tydzień.

czwartek, 29 lutego 2024

1535. Wunsz!

Dzień w pracy spędziłam głównie z Katrin-asystentką, co było bardzo miłe (nawet, gdy na chwilę musiałyśmy wyjść na miasto, a właśnie padało). Kochany zabrał mnie po południu o ustalonej godzinie. Przed powrotem na wieś zaszliśmy do pań z okienka i do polskiego sklepu (pierwsza część była trudna, ponieważ małżonek wolałby panią z okienka po prostu udusić, więc trochę go rozweselałam popiskując wunsz! wunsz!). 

Po obiadku relaks przy najnowszym odcinku Ask a Mortician, potem wspólne oglądanie streszczenia Łzy księcia ciemności; rozmowa z rodzicami wygodnie rozłożonymi na tapczanie przed telewizorem i inne czasu spędzania.

***

Już trochę jaśniej. W zeszłym roku o tej porze w zdjęciowych podsumowaniach miesiąca był Rysio, a teraz go nie ma i to jest bardzo niemiłe :(

środa, 28 lutego 2024

1535. Wszystko dobrze.

Budzik był nastawiony na szóstą, ale jeszcze dwadzieścia minut turlaliśmy się po łóżku mrucząc straszliwie, jak budzące się z zimowego snu niedźwiedzie. Pomogło mało, wreszcie to ja byłam dzielniejsza (oraz niewyspana; drugą noc z rzędu męczyły mnie ciężkie sny, których nie chciałam zapamiętać) i pierwsza dotknęłam stopą podłogi, żeby nam obojgu zrobić poranne napitki. 

Rysio by napisał to był dzień o nazwie środa. Nie mogłam się go doczekać. Wyjechaliśmy o ósmej; u lekarza mieliśmy być na 9:20, i tym razem o dziwo do dziesiątej było po wszystkim. W poczekalni nikoguchno. Miła dziewczyna (długie, czarne włosy, duży tyłozgryz) pokonwersowała z Fredem chwilę i zaprosiła go na konsultacje za rok. Przed wykaraskaniem się z okolic szpitala Beaumont mieliśmy nawet czas i ochotę zajść na szybkiego do głównego budynku, żeby przywitać się z Justiną.

Naprawdę chciałam znaleźć Luke'a, więc przemieściliśmy się naszym autkiem do Glasnevin i zaparkowaliśmy pod lokalnym Woodisem. Tylko weszliśmy na St. Paul's, a Fred prawie natychmiast wskazał grób, włala:

Na dodatek tak się złożyło, że do grobu obok podeszła starsza pani. Mówiła interesującym, twardym akcentem, zaraz okazało się, że pochodzi z Niemiec, ma na imię Ingeborg i jest panią Kelly. To zapewne żona leżącego obok Williego, chociaż już nie wypytywałam. Fred uważa, że może być jedną z sierot wojennych przygarniętych przez Irlandczyków. 

Z St. Paul's poszliśmy do głównego cmentarza. Najpierw zjedliśmy w restauracji drugie śniadanie (pyszny quiche z kozim serem, świeżo wyciągnięty z pieca), potem obraliśmy kierunek na ogród botaniczny. Niestety, w palmiarni dwaj panowie właśnie wycinali jakąś roślinność (na zdjęciach przedstawiających kopułę widać wyraźne, że brakuje zieleni, która była tam podczas mojej ostatniej wizyty) i ta część szklarni była niedostępna.






Zajrzeliśmy też do szklarni Krzywoliniowej i nad rzekę Tolkę. Od czasu do czasu Kochany musiał rozkładać nasz duży parasol, ale spacer był przyjemnością.

Resztę dnia (poza krótką wizytą w Lidlu) spędziliśmy w domu, relaksując się po ponad 6 km marszu. Za oknem siąpi. Przed umysłowym zrypaniem i nieprzytomnością ciała ratuję się kawą.
___
edit 21:45 całkiem już pod wieczór Anna zadzwoniła z domu opieki. Coś chyba ten jej pobyt będzie się przeciągał, zobaczymy. Poza tym obejrzeliśmy kolejne streszczenie gniota by mietczynski (tym razem Arche). Ale i tak najbardziej rechoczemy, bo wunsz! wunsz!

wtorek, 27 lutego 2024

1534. Nothing happens.

W pracy niesamowite nudy, korzyść z niej taka, że zamówiłam jeden dzień urlopu na kwiecień (a nawet podpisałam przy okazji kontrakt do sierpnia, bo wcześniej wszystkim się zapomniało). Dziewczyny chciały się ulotnić niepostrzeżenie, więc skończyłam pracę tuż po trzeciej i pomimo pomysłu oszczędzania zaszłam do Czarnej na kawę i tiramisu (kawa była za darmo, czyli jednak trochę uszczędnie). Kochany wrócił z Belfastu dopiero o dziewiątej. Leżę już pod kołderką, znużona zbijaniem bąków. Budzik nastawiony na szóstą.

poniedziałek, 26 lutego 2024

1533. O chlebie i wodzie.

Przypomniałam sobie, że Anne wysłała mi jakiś czas temu link do informacji o Pasji wg św. Mateusza granej w okolicy i z samego rana kupiłam nam bilety na sobotę. Reszta wydarzeń mile powtarzalna. Np. Kochany zawiózł mnie w obie strony, a po pracy zrobił nam obiad. Była telefoniczna rozmowa z Usz, omówione zostały nasze aktualności i "będzie się działo" oraz szwagierki rewelacje o kociej kupie i możliwym przylocie rodzinnym. Od jakiegoś czasu dumałam nad kolejną wizytą u rodziców, do tego stopnia, że mi to zupełnie psuło nastrój. W końcu powiedziałam Kochanemu o moich planach, kupiłam bilety oraz spiknęłam się na wideoczasie z mamą, żeby wyłożyła dodatkowy talerz. Anyway, po wydatkach koniecznych postanawiam oszczędzać na porannej kawie. 

Zdrowotnie nie najgorzej, chociaż jestem zmęczona i nadal trochę kaszlę (szczególnie w pracy o poranku, gdy budynek dogrzewa się po weekendowej przerwie).

niedziela, 25 lutego 2024

1532. Cicho.

Bardzo. Tylko rano wpadli dwaj faceci zainteresowani autem, więc Fred wyszedł do nich na chwilę, żeby im pokazać co i jak. Poza tym siedzimy w domu, piszemy, drzemię przed obiadem, jemy, rozmawiamy z rodziną (ja z rodzicami o moim możliwym przyjeździe, Fred z Wu, który dawkuje coming out oraz dzieli się szkicami ręcznymi). Wieczorem, gdy z mokrymi włosami siedziałam w sypialni, zaczęłam czytać Ciemno, prawie noc Joanny Bator (Znak, 2021). Z jednej strony wiem, że to będzie dobra lektura, z drugiej zbierając siły ociągałam się kilka miesięcy z jej rozpoczęciem. Bydzie dobrze. 

sobota, 24 lutego 2024

1531. Terapie.

Rano morska mgła, potem słonecznie. Normalnie w takich warunkach udalibyśmy się na dłuższy spacer, ale z uwagi na sytuację mało od nas zależną, tylko przemykaliśmy po krajobrazie. Katlin uspokoiła nas, że facet zainteresowany starym samochodem pojawi się dopiero jutro, więc po śniadaniu mogliśmy wyjechać na zakupy niezbędników (np. Fred odkrył, że mu się zapodział olejek do inhalacji). Czyli Tesco, Lidl, Costa, Homebase (mąż szukał zabezpieczenia dla karłowatej wierzby, którą Bán zaczął traktować jak drapak; za życia Ryszarda taka sytuacja nie miałaby miejsca!), myjnia samochodowa na Millmount i do domu. Podróżujemy nucąc osobno i pospołu lisią piosenkę.

Zadzwoniłam do mamy, pokazałam rodzicom nowy samochód oraz ogródek i niezobowiązująco poczatowałam. Po obiedzie + inhalacji Kochany wskoczył do łóżka, żeby gnieżdżąc się wygodnie w mojej poduszce pisać własny tekst. W tym czasie zaczytałam się w Drive Your Plow Over the Bones of the Dead (Fitzcarraldo Editions, 2020). Nie miałam tego w planie, ale po dziewiątej niepostrzeżenie dotarłam do końca książki (po drodze opowiedziałam Kochanemu, który w międzyczasie skończył pisać i wyturlał się spod kołdry, o różnicach pomiędzy oryginalnym tekstem i scenariuszem Pokotu).

Na deser dnia obejrzeliśmy z Fredem streszczenie Klątwy Doliny Węży by mietczynski (po pierwszych pięciu minutach streszczenia doszłam do wniosku, że cały film byłby dla mnie nie do udźwignięcia).

piątek, 23 lutego 2024

1530. Choroba.

Kochany przed świtem pojechał w kierunku Kildare. Nie wychyliłam nosa z domu (w nocy zapchane zatoki, w dzień trochę kaszlu), rano rozmawiałam z tatą, bardzo dużo czasu poświęciłam na  przeglądanie drzewa genealogicznego na MyHeritage, czytałam. Po południu czekałam na powrót męża, żebyśmy mogli zjeść obiad razem (Kochany wrócił z bukietem róż).

Moje przekonanie, że egzemplarz Prowadź pług swój przez kości umarłych jest w Polsce, było całkowicie błędne. Książka z pozaginanymi rogami i notatkami ołówkiem (podczas czytania zanotowałam w niej również tekst na bloga; stary blogopamiętniczek podpowiedział mi, że chodziło o 12 lipca roku 2017) leżała na innych książkach przykryta kserami podręcznika do irlandzkiego. 

Podejrzewam, że marazm piątkowy częściowo był spowodowany oczekiwaniem na serwisanta. Liczba serwisantów, których dzisiaj zobaczyłam: 0. 

Za uchylonym oknem wiosenne trele. Dwie ostatnie noce wydały mi się dziwnie jasne, może mam zwidy, ale też idzie na pełnię.

Fred również podziębiony, już wziął garść pigułek.
___
edit 21:45 W ciągu kilku chwil podjęliśmy decyzję o kupieniu biletów na sztukę w Teatrze Polonia. Za kilka miesięcy, bo bliższe terminy wyprzedane. 

czwartek, 22 lutego 2024

1529. Rok szósty.

Pół dnia w pracy, wróciłam wczesnym popołudniem, gdy Kochany był już na nogach (Fred położył się spać o czwartej nad ranem). Zjedliśmy pierogi i oboje smarkokaszleliśmy w przytulności naszego domku. Na jutro zapowiedział się ktoś od ogrzewania. Dostałam zaproszenie na przesiewowy test HPV i pewnie skorzystam. Reszta dnia pomiędzy kuchenną częścią Kuchniosalonu a salonową częścią Kuchniosalonu, czyli żarcie i klikanie. Pogoda słoneczna, ale zatoki powiedziały nie.

środa, 21 lutego 2024

1528. Nu.

Od rana głowa moja nuci Czyżykiewiczowego Lisa. W pracy klikanie oraz drugie (po wczorajszym) spotkanie obsady programu. Gardło boli, zatoki grać poczynają. Kochany przywozi mnie i odwozi, robi obiad i wyjeżdża do pracy w Lisburn (gdy po pracy czekałam na Freda zaszłam do Bootsa i kupiłam kolejnego L'Oreala, Nu Decadent, nr 179. Bo przecież te pomadki są różne :D i każda jest potrzebna:

... oraz ładny lakier Essie, kolor Mrs Always Right (nr 413)) 

Już mi zapowiedziano, że jutro tylko połowa dnia w pracy. Czyli wszystko co mogę zrobić ze swej strony, żeby nie zepsuć sobie końca tygodnia, to się nie zakichać, bo poza tym świat mi sprzyja. Paznokcie pomalowane. 

wtorek, 20 lutego 2024

1527. Αύριο.

Nawet podobają mi się te domowe tropiki. Po pracy wchodzę na chatę, a tam 25 stopni i można bieżeć w krótkim rękawku. Ale sprawa już zgłoszona do pani w okienku, ciekawe kiedy pojawi się specjalizda od termostatu.

Kochany spał smacznie, gdy rano wyjeżdżałam, za to po południu zabrał mnie z miasta naszym bezszelestnym samochodem (zapatrzona w telefon mogę nie zauważyć, że podjeżdża; takie to nastąpiły zmiany w naszym życiu), zrobił nam obiad, a nawet swoimi opowieściami o zepsutym grzejniku tak nakręcił Katlin, że wzburzona sąsiadka zaszła do jakiegoś gościa ze skargą. Czekając na obiad skończyłam czytać Gomorę Nowaka/Obirka (Agora, 2021). Nareszcie, bo lektura coś mi się dłużyła. Po obiedzie z przyjemnością wróciłam do trzeciego rozdziału Tokarczuk w tłum. Lloyd-Jones (szkoda, że polską wersję zostawiłam u rodziców, zaraz bym porównała niektóre akapity). W celu czytelniczym zajęłam malutki skrawek łóżka, podczas gdy małżonek systematycznie odgruzowywał pozostałą jego część ze swoich ubrań, które metodycznie układał w szafie (nie była to prosta sprawa, mężowska szafa powoli pęka w szwach od eleganckich koszul i marynarek). 

Speculoosami zagryzam herbatę z pokrzywy. Miałam dzisiaj ćwiczyć, ale znowu mi w życiu nie wyszło. Mimo wszystko dobry dzień (poza nasilającym się bólem gardła, bo przecież nic nie jest idealne), poćwiczę jutro. Αύριο.

poniedziałek, 19 lutego 2024

1526. Niezainteresowana alarmem.

Kochany przed pracą miał badania na onkologii. Gdyby nie jego popołudniowa szychta, pewnie pojechalibyśmy razem, a tak tylko ucałowałam go późniejszym porankiem, gdy ładnie ubrany wybywał w kierunku stolicy. Przy okazji sąsiedzi go zaczepili i przekazali wiadomość, że Anne wylądowała w szpitalu.

Wyszłam na krótki spacer na morze, żeby się chociaż trochę poruszać. W drodze powrotnej zdybałam Katlin, z czatu sąsiedzkiego wyszło, że wszystkie nasze znajome Anny mają się słabo (Anna Emerytka dogorywa podpięta pod wiele rurek).

Nie powstrzymałam się przed kupieniem na czytnik trzeciego tomu Szymiczkowej, Seans w Domu Egipskim (Znak, 2018). Gdy wgryzałam się w pierwszy rozdział, Anne akurat wróciła ze szpitala. Wyszłam na chwilę pogadać. Zapalenie opłucnej.

Przygotowałam się do jutrzejszej pracy. Zadzwoniłam do mamy i przesłałam jej audiobook pierwszego tomu Szymiczkowej (kto wie, może się jej spodoba). Po zmroku do drzwi zapukał obwoźny sprzedawca alarmów. W grze guess where from zapytał, czy jestem ze Szwecji. Potwierdziłam, że to ładny kraj, ale alarmem nie jesteśmy zainteresowani.

Czytanka Seansu w Domu Egipskim pochłonięta błyskawicznie (minutę przed dziesiątą the end). A miała być jeszcze na jutro :I

niedziela, 18 lutego 2024

1524-1525. Weekend.

Sobota
Po śniadaniu rozpadało się na dobre. Bán otworzył łapką uchylone okno i przyszedł rozłożyć się pod grzejnikiem w korytarzu. Przybierał różne słodkie pozy, ale że nie daliśmy się namówić na wspieranie kota czynem, więc w końcu sobie poszedł (dzień kota był, wiem). 

Przedpołudnie minęło nam szybko i nie wiadomo na czym. Soundtrack: The Smiths, The Queen Is Dead (1986), Rolling Stones, Hackney Diamonds (2023), Tracy Chapman, Greatest Hits (2015), czyli płyty przywiezione wczoraj.

Kochany przez dłuższy czas przewalał papiery próbując znaleźć dokument z ostatniego NCT. W końcu się mu udało, a przy okazji mąż odkrył voucher na €50 o którym zapomnieliśmy, podchoinkowy prezent od Katlin. Czyli obiad został załatwiony, w mglistym krajobrazie pojechaliśmy na lunch do Termon, żeby objeść się wrapami, kiszami i ciastem. Do tego Fred kupił bochenek chleba, który tak mu smakował jako przegryzka do zupy. 

Wróciliśmy do domu w okolicach czwartej; szybko wskoczyłam pod prysznic, bo chciałam, żeby włosy wyschły mi przed wyjazdem do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do świekry i rozmawiał, a rozmawiał, nawet ja się dołączyłam (wywołana do tablicy). Cały dialog trwał ponad pół godziny.

Jakaś rekordowa rozmowa z moją mamą, po zakończeniu Fred zerknął na czas trwania.
Niedługo zaczniesz się jej słuchać, powiedziałam ot tak, żeby coś powiedzieć, są bowiem na świecie rzeczy możliwe i niemożliwe.

Wizyta u przyjaciół zmieściła się przed północą. Obejrzeliśmy Najmro. Kocha, kradnie, szanuje (2021) z Ogrodnikiem. Jako pastisz bawi.

Niedziela
W nocy za ciepło (termostat głupieje? tylko który?), na zewnątrz ładna pogoda, zapraszająca do wyjścia, więc po śniadaniu Kochany wziął mnie na spacer do Oldbridge (Bán pojawił się w ogródku, gdy odjeżdżaliśmy spod domu).

Po krótkim obchodzie (niewiele jeszcze kwitnie poza zawilcami) kawa, Tesco i wyjazd do centrum handlowego Millfield w Balbriggan (w Easonie mąż kupił mi trzy książki: biografię Trumpa, kontynuację DiU P.D. James i Be the Fittest). Następny przystanek, plaża w Laytown:

Poszliśmy ścieżką nad rzeką do plaży i korzystając z odpływu wróciliśmy na tę samą ścieżkę kamienistym wybrzeżem. Po spacerze na chwilę Drołda, żeby w polskim sklepie kupić obiad, i do domu. 

Szafka nadal nie została przez nas rozłożona (ani nawet nie wypakowana i przez weekend wszędzie z nami jeździła), w Kuchniosalonie bałagan, w pralce tumult rzeczy, w głośnikach Czyżykiewicz. Ten ostatni nie pomaga w podniesieniu nastroju. 

piątek, 16 lutego 2024

1523. Długi spacer.

Bo nie lubię chodzić z żoną brzydki, stwierdził Fred o poranku, pakując do samochodu ubranie na zmianę. 

Noc była ciepła, pierwszy raz w tym roku wykopywałam się spod kołdry i spałam z gołym tyłkiem na wierzchu. Pomimo nocnej kręciołki obudziłam się o piątej rano całkiem wypoczęta i postanowiłam jechać z Kochanym do Dublina. Z nieba padały jakieś paprochy, bo deszczem trudno to nazwać, raczej mgła lub zbyt niska chmura zawadzająca rąbkiem kiecki o przedmieścia stolicy, gdy z Grechutą jechaliśmy na południe. Byliśmy na miejscu przed ósmą. Kochany udał się do pracy, u mnie zostało trochę czasu do otwarcia wrót, więc poszłam półtora kilometra w przeciwnym kierunku, żeby w kawiarni Costy w południowy Finglasie napić się flat white, zjeść jogurt i poczytać książkę (otwarcie Costy opóźniło się o jakieś pięć minut, ale plan został zrealizowany).

Na wałęsania cmentarno-botaniczne ruszyłam po dziewiątej. Najpierw zaszłam do części cmentarza w Glasnevin nazywanej St. Paul's. Chociaż wiedziałam w którym kwadracie mam szukać grobu Luke'a Kelly'ego, zadanie okazało się trudniejsze niż sądziłam i szybko mnie znużyło. Dałam sobie z tym spokój i ruszyłam w kierunku ogrodu botanicznego, ale przez główne wejście na Glasnevin, którym (kierując się strzałkami) doszłam do płotu granicznego z ogrodem.






 

Palmiarnia i wszystkie inne dostępne szklarnie, kaczki, kurki wodne, rudzik, szum rzeki Tolka ... bardzo przyjemnie spędzony me time. Gdy Kochany zadzwonił, że skończył pracę, przebrał się, kupił szafkę na moje duperele i czeka, właśnie wychodziłam głównym wejściem cmentarnym. Oboje byliśmy już porządnie głodni (obczajałam wcześniej dwie kolejne kawiarnie, w ogrodzie i na cmentarzu, ale żadna mi nie podeszła), więc pojechaliśmy do Blanchardstown na lunch w Milano. Po pizzy kręciliśmy się chwilę tu i tam, mamy parę płyt ze sklepu Golden Discs, Kochany zajrzał do TK Maxxa i kupił sobie spodnie. W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy jeszcze o Costę w Drołdzie (do zielonej herbaty poprosiłam dżem truskawkowy :D, i bardzo słusznie zrobiłam, dżem podpasił). 

Reszta dnia domowa, Kochany chodzi z metrówką i myśli nad jutrzejszym przestawianiem kamieni, mnie rwie mały palec prawej ręki; przeglądam fotki ze spaceru; dla sportu prowadzę w sieci głupią rozmowę o niczym.