W nowy rok weszłam z bólem ramion i z kotem nadal kręcącym nosem nad jedzeniem. Jedno i drugie dezorganizuje mój optymizm. Rano było jednak trochę więcej światła niż wczoraj i zmotywowało mnie to do spaceru nad morze (na ramiona dodatkowa warstwa swetra):
Morze zabrało to, co dało wczoraj, duże muszle ślimaków zniknęły. Jeśli ktokolwiek, tak jak ja, zastanawiał się, jak się robią ślady po pąklach na różnych morskich płaszczyznach, proszę bardzo, muszla z pąklami i śladami po nich na jednym obrazku:
A tu meduza (odpływ jeszcze zdążył zamoczyć mi buty), najprawdopodobniej beczkowata, rhizostoma pulmo:
Parę osób kapało się w lodowatej wodzie, ogólnie spacerowiczów nie za wielu, kilkorgu powiedziałam happy new year, podobnie zresztą jak później Dżejmiemu, który wyszedł przed dom zapalić papieroska w swojej pidżamie w hamburgery (wyglądało to jak pidżama, choć mógł to być jego strój odświętno-elegancki). Coś tam burknął, że nie za bardzo czuje ten nowy rok, jak to Dżejmi.
Na kalendarz'23 zostały naniesione pierwsze daty: tomograf Freda w lutym i Aida Verdiego w kwietniu (Kochany właśnie kupił bilety). Była rozmowa z tatkiem (2x; w Polsce bardzo ciepło) i z mamą (2x; prawie już jest zdecydowana na emeryturę, ja pozwalam sobie wątpić w te niby plany). Przez resztę dnia bardzo słabo się mam w temacie robienia rzeczy pożytecznych, mitrężę czas na genealogii, dumaniu o głupotach, słuchaniu muzyki; po prostu chciałabym zasnąć, albo uciec w magiczną krainę bez deadline'ów (co na jedno wychodzi). Częściowo to pewnie przez kota, oboje się mu przyglądamy, próbuję czytać w kocich myślach, czy to bardziej uszy, czy brzuszek. Fred nie mógł się rozleźć tak zupełnie, bo znowu ma pracę od dziesiątej wieczorem i wróci jutro po wschodzie słońca. Na zakończenie dnia zaserwowałam sobie podobno najgorszą ekranizację Jane Austen, Perswazje (2022) z Dakotą Johnson. Sama nie wiem. Jeśli chodzi o poziom krindżu, recenzja FishTalking bije film na głowę ;)