Strony

niedziela, 15 stycznia 2023

1126. Zbieraczka kamieni.

Gdyby Fred nie jechał wczesnym popołudniem do pracy pewnie razem wędrowalibyśmy po wydmach, a tak sama wyszłam na spacer, niezbyt długi, chociaż zajrzałam dzisiaj za winkiel. Połowę dystansu maszerowałam pod słońce, nie miałam ciemnych okularów, więc gapiłam się pod nogi i od czasu do czasu pochylałam się w celu zaanektowania skarbów kamiennych. Taki m.in. dziw się mi przyniósł w kieszeni:


Kamień wydrążony w środku. Skamielina? Wieczorem w innym świetle dokonałam inspekcji moich znalezisk i stwierdzam, że "konsystencją" czy wagą przypomina mi to róg jelenia, niekoniecznie skamieniały:

Tylko, że jelenie poroże nie jest puste w środku. Hm. "Kamień" przypomina mi też ludzką kość, którą znalazłam w Glasnevin. Może po prostu róg lokalnego bydła? Pomyślę nad tym.

Po wyjeździe Kochanego do pracy testowałam kawę przywiezioną z Polski, obejrzałam 18.02 Midsomer, zbijałam bąki, rozmawiałam z mamą, wracam też do lektury Koralewicz, bo trzeba. Kot wyszedł na wieś, za oknem ćmok.

sobota, 14 stycznia 2023

1125. Domowa sobota.

Źle spałam i późno wstałam, Kochany jeszcze później, zresztą dlaczego by nie, skoro dla nas obojga jest to dzień wolny. Zatoki mi dokuczają, budzą w nocy i napędzają stracha, więc chociaż wylazło na nas słoneczko, dałam sobie spokój ze spacerem nad morze (nadal za bardzo wiało). Po południu miałam spotkanie z dr Pierzastą i sobota była w jakimś sensie temu podporządkowana, tzn. robiłam co mogłam, żeby nie zająć się przeglądem badań. Seminarka upłynęła w miłej atmosferze i poczuciu wspólnoty losów, potem Kochany wrócił z zakupów (z bukietem zielonkawych róż i kapciami dla mamy), mogliśmy zjeść obiad, zająć się swoimi sprawami. Przy okazji "zajmowania się" Fred mi powiedział, że miał kiedyś ksywę Carlos (głównie dlatego, że na Krisa mówili Santana); teraz się mi zdaje, że wiedziałam o tym wcześniej, zresztą czy nie brzmi to logicznie?

Był telefon do Kaś Matki Kotom (zaprasza nieustannie, kiedy w końcu dojedziemy?). Był telefon do Wu w sprawie Fredowego wyjazdu do Polski za czas jakiś (gadanie o pracy, bratanicach, nowym kocie). Wyzwanie krokowe leży, już nic się mi nie chce, ani filmu, ani książki, w grę wchodzi jedynie odmóżdżanie internetowe niższych lotów.

piątek, 13 stycznia 2023

1124. Epatowanie.

Obkręciłam się parę razy wg własnej osi i mamy koniec drugiego tygodnia nowego roku. W nagrodę za dobre sprawowanie przed pracą napiłam się kawy i zjadłam ciastko z morelą. 

Sympatyczna jest grupa młodych ludzi z którymi teraz pracujemy. Uprzejmi, ogarnięci na tyle, na ile im wychowanie pozwala, chętni do rozmowy. Wyszliśmy z Sziwan na miasto szlakiem w granicach dawnych murów miejskich, dzięki czemu odkryłam zakątek w którym spokojnie mogłabym mieszkać — są to (obecnie nieco zaniedbane) zabudowania przy czurczlejn. Pierwsza połowa XVIII wieku, klasyczne okna, spokój (obok jest cmentarz i sala koncertowa; wspaniałe miejsce do wychowania kota).

Po południu zjadłam pizzę w Il Forno, sama, bo Kochany musiał się jeszcze dobudzić (położył się spać ok. piątej rano). Zadzwoniłam do rodziców, gdy chodziliśmy po TK Maxxie (już razem z Fredem, który kupił dwa czarne, damskie kapelusze, Filippo Catarzi i Seeberger; jeden może będzie dla mamy). Pod koniec naszej wędrówki zajechaliśmy do Costy na kawę, gdzie epatowaliśmy tulaniem. Na wieczór Trzy kolory: biały (1994) Kieślowskiego; pana Krzysia poniosło, zresztą nie tylko jego (Stuhr wspaniały).

czwartek, 12 stycznia 2023

1123. Sztormowo.

Jeszcze wczoraj zabrałam się za Autorytaryzm, lęk, konformizm (Collegium Civitas, 2008) Koralewicz, bo Rokeach trochę mnie znużył (tymczasem już mnie o niego nagabują mole biblioteczne). Fred wrócił po moim zagłębieniu się w sen, czułam jak przesuwał mnie na łóżku i zawijał mi odwłok w kordełkę. Dobranoc po północy i dobranoc nad ranem. W pracy aktywnie. Gdy jechałam autobusem do domu, sztorm był już oczywisty (współczuję drzewom i krzewom oraz fruwającej maliźnie), więc plan: obiad, herbata z cytryną, prysznic i lektura.

Genealogia z powodu mojego wkurwu na politykę MyHeritage na razie śpi, jeśli już się czymś od czasu do czasu zajmuję, to przepisywaniem nazwisk przodków bezpośrednich do e-kapownika (z zeszytu i drzewa online). Do dzisiaj Andrzej nie znalazł czasu na odcyfrowanie cyrylicy z paru aktów, które mu podesłałam kilka miesięcy temu. Już na nie nie czekam, choć trochę mnie ta sytuacja dziwi, bo sądziłam, że chłopaki potrzebują pieniędzy (tak Norbert pisał do Freda przed świętami). Jak siebie znam, ślęczałabym nad dokumentami zamiast zająć się sprawami do zrobienia na teraz, więc summa summarum może to i lepiej.

Za oknem śwista wściekle.

środa, 11 stycznia 2023

1121-1122. Czas zmitrężony.

Wtorek.
Fred dzwonił do mnie, żeby się zapytać, kto mu zostawił ślad szminki na policzku. A kto miałby, jak nie ja? ;) Pogodowo paskudnie, nawet Ryszard z własnej inicjatywy spędzał czas na parapecie. Pracowniczo spoczko, choć na początku mózg się mi lekko zagotował. Wróciłam tym razem przed zachodem słońca (ojej!) i obejrzałam odcinek zamykający siedemnasty sezon Midsomer wydeptując w kuchni kroki do wyzwania.

Środa.
Miało być intelektualnie, wyszła taka sobie papka. Wstaliśmy z Kochanym nierychło, bo czekałam na niego do północy, wczesny obiad był późnym śniadaniem, po którym Fred wyjechał w stronę pracy, a ja rozpoczęłam surfowanie w sieci zamiast zająć się sprawami ważnymi. Pogoda sztormowa, akurat jest przerwa w dostawie nowego wiatru, ale to cisza przed grubszą sprawą (ciekawe, kiedy w końcu pojawi się pierwszy sztorm imienny, Antoni). Osiemnasty sezon Midsomer napoczęty; kot wyszedł na kupę; zjadłam kilka parówek; ciemno.

poniedziałek, 9 stycznia 2023

1120. Ale poważnie dziewiąty?

Mój mózg skupił się na liczeniu kroków. Zimno przenikliwe. To nic, dałam radę. W polskim sklepie nadal brak pierogów (doprawdy oburzające! Fred też sprawdzał — pomiędzy czasem, gdy zostawiłam go śpiącego rano, a tym jak go nie zastałam w domu po południu). Po pojedyncznym obiedzie, gdy trochę się rozgrzałam, zajrzałam na laptopa pracowniczego (z drugiej pracy) nie ruszanego od kilku tygodni. Widać, że biznes budżetówkowy rozkręca się powoli, bo dopiero dzisiaj dostałam wiadomość o zapisach na irlandzki i spokojnie mam czas, żeby o wszystko się dopytać. Było mycie włosów, pięć minut z francuskim, The Ballad of Midsomer County (2015, czyli 17.03), rozmowa z małżonkiem (więc już wiem, co mu się śniło: pomagał wejść do autobusu Benkowi 16), kota głaskanie. Walczę z ziewaniem, bez wielkich sukcesów próbuję odpalić myślenie.

niedziela, 8 stycznia 2023

1119. Deficyt uwagowy.

Znowu będziemy się mijali, wcześniej niż myślałam. Jeszcze z rana zadzwoniłam do mamy, więc mogła pomachać umundurowanemu Fredowi, zanim Kochany zaczął powoli przemieszczać się w kierunku Ballymeny. 

Spacer nad morze zaczęłam w dobrym momencie, deszcz przyszedł kilka minut po tym jak wróciłam do domu.

Kama się mi dzisiaj śniła, zagadałam do niej na facebooku i chwile dwie porozmawiałyśmy, co tam u niej (przy okazji wrzuciłam grosze do jej wirtualnej puszki wośpowej). Obejrzałam Murder by Magic, 17.02 odc. Midsomer w pięknych okolicach Buckinghamshire i jeszcze z Jackiem Shepherdem, czyli inspektorem Wycliffem. Czy ja mam jakiś deficyt uwagowy? Powinnam pracować intensywnie, tymczasem drugi dzień lejce luzem puszczone, łażę po domu jak nieszczęście i najbardziej koncentrującym neurony działaniem jest precyzyjne nałożenie kotu karmy do miski. Bardzo nagannie, bardzo źle, tylko mgła umysłowa może mnie wytłumaczyć. 

sobota, 7 stycznia 2023

1118. Nah.

Ani sensownej pracy, ani czytania. W nocy trochę łóżkowej kręciołki z powodu bólu brzucha i dziwne sny w których włoczyliśmy się gdzieś z Fredem. Sobota była raczej wietrzna, ale po śniadaniu znaleźliśmy czas i ochotę na spacer nad gniewne morze. Hitem dnia jest to, że Ryszard doszedł już zupełnie do siebie. Co mu było, nie wiadomo, ale je normalne porcje z typowym dla siebie apetytem i Ryszardowa energia mu zupełnie wróciła (jutro rano ostatnie piguły). Po południu Fred odpoczywał, ja zerkałam na zaległe odcinki yt subskrybcji (np. Ask a Mortician o akwamacji). Pod wieczór obejrzałam z Kochanym Delicatessen (1991). Lenia mam strasznego i nic z tym już dzisiaj nie zrobię, co najwyżej z łóżka posłucham wiatru latającego po wybrzeżu jak kot z pęcherzem. 

piątek, 6 stycznia 2023

1117. Księżyc wilka.

Patrzył na mnie, gdy rano czekałam na autobus (Fred wrócił o czwartej nad ranem).

Nowa lektura: Umysł otwarty i zamknięty Rokeacha (PWN, 2018), gościa z Hrubieszowa; podczytywałam ją w pracy. Przed szychtą mała kawa do koncertów obojowych Albinoniego (poranne wizyty w kawiarni to dla mnie jak msza, ciężko będzie oszczędzać na tej celebracji). Skończyłam pracę o trzeciej, Kochany zaraz się zjawił w naszej dyni i porwał mnie do Carlingford (czytaliśmy sobie wzajemnie w myślach patrząc na czapkę chmur nad Gullionem i zamyśloną krowę na grzbiecie innego wzniesienia). Wycieczka w sprawie oddania dwóch kubeczków po galaretce świątecznej niespodziewanie stała się wyprawą ratunkowa: Aś miała w poniedziałek niemiłe wydarzenie drogowe i nadal szlochała w pracy głodząc się przy tym bez sensu. Najpierw chciała popołudnie spędzić sama, ale gdy już rozmościliśmy się w pubie wrócił jej rozum. We troje zjedliśmy obiad w przytulnym zakątku Carlingford Arms, typowej borsuczej norze z kilkoma wejściowyjściami. Siedząc tuż przy skwierczącym kominku, z widokiem na bardzo interesujące twarze lokalesów i równie malownicze facjaty obsługi, kiwając głowami słuchaliśmy Asinej historii. W handlu wymiennym dostaliśmy za to torebkę czekoladowych ciastek i dwie herbatki ekspresowe z marihuaną, po czem odwieźliśmy przyjaciółkę pod jej dom i w ciemności ruszyliśmy dalej na północ, gdyż Kochany chciał koniecznie kupić naszemu dobrze rozwijającemu się kotu mokrą karmę, której nie ma w Republice. Karmy w Królestwie też nie było, były robaki dla ptaków, więc mąż wziął robaki. Większość drogi powrotnej kiwałam się w fotelu jak śpiąca lalka. Teraz boli mnie brzuch, a wcale tego nie chcę. Mąż, żeby mnie rozweselić, założył nowo nabytą kominiarkę.

czwartek, 5 stycznia 2023

1116. Pierwszy czwartek.

Ach, same powody do dumy. Założyłam konto oszczędnościowe. Wyprasowałam mężowi gatki. Kot zrobił kupę. 

Kochany znowu w wieczorno-nocnej pracy. Kiedy wracałam do domu było już po zmierzchu, ale Anna i tak mnie wypatrzyła. Uścisnęłyśmy się, dostałam życzenia noworoczne i podziękowania za bożonarodzeniowy wieniec (już wcześniej widziałam, że nadal wisi na jej drzwiach). Ryszard dobrze podjadł na kolację, ładnie zmiótł też tabletkę, a mnie przy takiej okazji zawsze kamień spada z serca. Motywacja do twórczności studenckiej słabiutka, wolałam nastawić pranie, wyprasować coś i zacząć oglądanie siedemnastego sezonu Midsomer. Rozmawiałam z rodzicami, tak kontrolnie, bez zadanego tematu (mama oczywiście zerkała na Columbo; oglądanie klasycznych kryminałów to obciążenie genetyczne). Tatko od razu się mi pochwalił, że miał rację (wprawdzie jak razem nasłuchiwaliśmy, nic nie było, ale w okolicy przemieszcza się wataha wilków, potwierdził to leśniczy). I Rozalka podobno dobrze sobie radzi, już chodzi po parterze i nikogo się nie boi. U nas tymczasem w domu ciepło, kot drzemie w sypialni, na zewnątrz wieje i kolejny raz jacyś znajomi bytują u sąsiada po prawej (od czasu do czasu słychać szemrania rozmów jakby na zewnątrz). Dziwne te wizyty, często po zmroku, a z sąsiadem to się chyba raczej bliżej nie zapoznamy, mało irlandzki z niego Irlandczyk. Dbam o stopy. Codziennie robię przysiady. Jeszcze wczoraj skończyłam Leśniaka, biorę się więc za czytanie czegoś nowego.

środa, 4 stycznia 2023

1115. Day after day.

O dzisiejszym spotkaniu przypominano mi od trzech tygodni, takie to są uroki posiadania whatsappa. Tylko dwie godziny, no ale nie powiem nikomu, że mam w dupie (czyli tam, gdzie mam). Na końcu było nawet miło, losem 383 (bo przecież jakże by tak bez loterii) wygrałam sportową saszetkę na pasku, poza tym dałam się wciągnąć na listę sześciotygodniowego wyzwania w liczeniu kroków. Tymczasem od jutra do pracy, rodacy!

W sprawie kociej: Fred wyjeżdżając przed świtem zapodał Rysiowi pasztecik, który został ładnie zjedzony. Kot ma dzisiaj szlaban na wychodzenie, żebyśmy mogli zaobserwować sikania i kupki, bo jak nie za bardzo się polepszy, będzie pobieranie krwi z sedacją, a to nie są przelewki (do tej pory było sikanie). I to tyle z naszej porannej radości, po południu Pączek kolejnego posiłku już w całości nie zjadł.

Miałam dzisiaj otworzyć konto oszczędnościowe, byłam nawet w banku, ale tam nic mi ciekawego nie powiedzieli, ofert nie rozróżniam, a raczej nie chce mi się o tym myśleć. Jutro pójdę zapytać once again ^_^.

Suszę włosy i zbieram się do męki pisania. Kochany odsypia pracę (bardzo już był sterany — z łazienki przyniósł moją własną szczoteczkę do zębów, żebym też mogła zauważyć, że ze zlewu przyglądał się mu chasyd). Za oknem znowu hula wiatr. Będzie dobrze.

wtorek, 3 stycznia 2023

1114. Choroby wieku kocięcego.

Fred wyjechał do pracy o jakiejś niesamowitej porze nocnej, nie jestem pewna czy w tym czasie wiał okrutny wiatr, ale mózg tak mi to zarejestrował. Gdy się wyciszyło zapadłam w dobry sen, śniłam o adoptowaniu dzieci i kur.

Większość wtorku pisałam pracę (idzie, jak krew z nosa, ale idzie), w przerwie zadzwoniłam do taty ot tak, Kochany wrócił o drugiej, zrobiłam nam smażony rostbef na obiad (Fred mówił, że Kevin, rzeźnik rodzinny, jest coś nie w sosie po świętach) i małżonek poszedł jeszcze na chwilę w sen, bo half five byliśmy umówieni u weta w sprawie kociego nieszczęścia. Ryszard do popołudnia nic nie jadł, przez chwilę wyraził zainteresowanie surowym wołowym mięsem, ale pociumkał odrobinę i nie chciał więcej. Nie było innego wyjścia. Na wizytę czekaliśmy ponad pół godziny, nasz król dramy na początku udawał grzecznego, ale szybko wyczerpała się mu cierpliwość. Darł się na całą przychodnię i w pewnym momencie trzymały go trzy osoby (dobrze, że wzięłam skórzane rękawiczki). Okaże się, czy zastrzyki coś pomogą, na razie mały histeryk wciął stary pasztecik i dokładkę. A my, cóż, też musieliśmy sobie nastrój poprawić jedzeniem (kulkami z masłem czosnkowym) i oglądaniem różnych nędznych wykonów z telewizyjnych sylwestrów. Na deser dostałam potwierdzenie od dr Pierzastej, że fajnie fajnie. To jeszcze może skrobnę jedno-dwa zdania na finiszu dnia.

poniedziałek, 2 stycznia 2023

1113. Nadrabiając.

Spadek temperatury, mgła, szadź, bank holiday. Kochany spał większość dnia, podobnie jak kot, który nadal był podejrzanie niegłodny. Skupiłam się na dopracowaniu kwestionariusza i wysłaniu go do zatwierdzenia. Wieczorem rozmawiamy o książkach i innych rzeczach, kot z łaski zjada pół porcji mokrej karmy, Jethro Tull śpiewa o ludziach thick as a brick, Fred dzwoni do Mallow z życzeniami noworocznymi. Niewiele się dzieje się, jednak sprawy w ślimaczym tempie suną do przodu. 

niedziela, 1 stycznia 2023

1112. Artretyczny pierwszy stycznia.

W nowy rok weszłam z bólem ramion i z kotem nadal kręcącym nosem nad jedzeniem. Jedno i drugie dezorganizuje mój optymizm. Rano było jednak trochę więcej światła niż wczoraj i zmotywowało mnie to do spaceru nad morze (na ramiona dodatkowa warstwa swetra):

Morze zabrało to, co dało wczoraj, duże muszle ślimaków zniknęły. Jeśli ktokolwiek, tak jak ja, zastanawiał się, jak się robią ślady po pąklach na różnych morskich płaszczyznach, proszę bardzo, muszla z pąklami i śladami po nich na jednym obrazku:

A tu meduza (odpływ jeszcze zdążył zamoczyć mi buty), najprawdopodobniej beczkowata, rhizostoma pulmo:

Parę osób kapało się w lodowatej wodzie, ogólnie spacerowiczów nie za wielu, kilkorgu powiedziałam happy new year, podobnie zresztą jak później Dżejmiemu, który wyszedł przed dom zapalić papieroska w swojej pidżamie w hamburgery (wyglądało to jak pidżama, choć mógł to być jego strój odświętno-elegancki). Coś tam burknął, że nie za bardzo czuje ten nowy rok, jak to Dżejmi.

Na kalendarz'23 zostały naniesione pierwsze daty: tomograf Freda w lutym i Aida Verdiego w kwietniu (Kochany właśnie kupił bilety). Była rozmowa z tatkiem (2x; w Polsce bardzo ciepło) i z mamą (2x; prawie już jest zdecydowana na emeryturę, ja pozwalam sobie wątpić w te niby plany). Przez resztę dnia bardzo słabo się mam w temacie robienia rzeczy pożytecznych, mitrężę czas na genealogii, dumaniu o głupotach, słuchaniu muzyki; po prostu chciałabym zasnąć, albo uciec w magiczną krainę bez deadline'ów (co na jedno wychodzi). Częściowo to pewnie przez kota, oboje się mu przyglądamy, próbuję czytać w kocich myślach, czy to bardziej uszy, czy brzuszek. Fred nie mógł się rozleźć tak zupełnie, bo znowu ma pracę od dziesiątej wieczorem i wróci jutro po wschodzie słońca. Na zakończenie dnia zaserwowałam sobie podobno najgorszą ekranizację Jane Austen, Perswazje (2022) z Dakotą Johnson. Sama nie wiem. Jeśli chodzi o poziom krindżu, recenzja FishTalking bije film na głowę ;)

Postscriptum #1111.

Jaki był ten rok odejszły, przywitany herbatami (u męża yerba, u mnie czarna z cukrem i cytryną)?

Straciliśmy dwie osoby: Fred tatę, ja babcię (ergo smutek, refleksja nad przemijaniem, i nasze podróże do matczyzny nie były związane wyłącznie z przyjemnościami). 12 razy przeleciałam nad Europą wte i wewte. U rodziców tym razem nie ubyło żadnego zwierzaka (chociaż malizny chorowały i czasem było ciężko), a nawet przybyła kotka, która właśnie się aklimatyzuje, oraz stały koci żebrak, o którym wiadomo, że oficjalnie jest kotem sąsiadów. Do starej pracy doszło mi kilka godzin nowej z którą łączę umiarkowane (ale jednak) nadzieje na zmiany zawodowe w nowym roku, a przede wszystkim na rozwój. Czytelnictwo ostatnich 12 miesięcy miałam słabe i w zasadzie nie ma się co usprawiedliwiać studiami, po prostu tak wyszło, w większości czytałam urywki artykułów naukowych lub fragmenty podręczników (mam mocne postanowienie poprawy, albo raczej bardzo mnie kusi myśl, żeby nadrabiać naprawdę stare starocie). Zainteresowanie językami podtrzymywałam raczej niesystematycznie, w efekcie nie czuję, że mi ubyło, ale przybyło też niewiele. Byliśmy z Kochanym osobami własnymi na dwóch operach (Carmen, Tosca), trzech koncertach (niezła rozpiętość: jazz, alternatywa, barok) i jednym przedstawieniu muzycznym (Riverdance). Zdrowotnie jest to rok dużej, chociaż mało zauważalnej zmiany. Nazywa się to menopauza i w sieci wygląda strasznie, koleżanki z pracy też nie pomagają opowiadając o swoich nieprzespanych nocach, potach i mgle umysłowej. U mnie nic z tych rzeczy, jak zwykle jestem w jakiejś niszy, i jeśli czegoś się boję, to osteoporozy (przeguby rąk mam jak patyczki, a patyczki lubią się łamać). Jak jest mi z tą zmianą? Do końca nie wiem, chociaż not too shabby (zauważam pozytywy) i zaczęłam monitorować swoją wagę (bo nie zaszkodzi). Raz oficjalnie przeszłam covida (a Kochany oficjalnie nie). O stanie świata w 2022 nie będe się zanadto rozwodziła, bo jak widać, mam swoje życie i mam co robić.