Strony

czwartek, 31 grudnia 2020

380. Pierwszy śnieg.

Wstałam późno, tym bardziej więc zaskoczył mnie widok śniegu, którego cienka powłoka o dziesiątej nadal dobrze się trzymała w rażącym słońcu. Zimno. Pięknie. Pierwszy śnieg. Kto na to wszystko zezwolił?, zapytał kot głosem Freda. Po południu wszystko się rozmyło, niebo zasnuło chmurami.

Dalej z Koftą, trącając się pupami przygotowaliśmy swoje sałatki. Opłaciłam styczniowe rachunki i zamówienie na sześć książek w Easonie. Umyłam włosy i pachnę. Pomachaliśmy babci na odległość. Przyszła poczta, a z nią kartka z opłatkiem wigilijnym od teściów. Pakujemy szlafroki i domowe papućki.

Aś ma pod wieczór swoją telekonferencję z grupą kościelną, więc się nie spieszymy — z darami bożymi zamierzamy się wbić na kwadrat około ósmej, oprócz sałatek dorzucamy dwa pudła słodyczy, bo i tak tego nie przejemy.
___
Przepisy sałatkowe.
Jarzynowa: pokrojone w drobną kostkę pięć średnich ugotowanych kartofli, pięć ugotowanych jajek, jedno jabłko, do tego mała puszka kukurydzy (140 g) i tescowy słoik drobniutkiego groszku z młodą marchewką (razem 220 g), odrobina posiekanej cebuli (w sumie lepszy jest por, wtedy więcej niż odrobina). Wkroiłabym jeszcze trochę papryki Ramiro dla koloru, gdybym miała, ale nie mam i wtarła spory kawałek korzenia selera, ale Irlandczycy nie znają się na korzeniach selera. Konserwowa czerwona fasola i kontrolowana ilość kiszonego ogórka też nie byłyby przestępstwem. Wszystko to z majonezem, doprawione solą i pieprzem.
À la Fred: puszka tuńczyka w oleju (150 g), groszek konserwowy, marcheweczka i kukurydza (takie same ilości jak w mojej), słoiczek pokrojonej papryki konserwowej, trzy pokrojone w drobną kostkę gotowane jajka, ziarna słonecznika uprażonego na odrobinie oleju, pieprz i sól do smaku. Uwaga twórcy: nie dodawać cebuli, gdyż tuńczyk to nie śledź.

środa, 30 grudnia 2020

379. Support bubble niechaj będzie błogosławiony.

Po południu na zimnym horyzoncie Slieve Foy i góry Mourne przykryte śniegiem, jak w bajce. 

Na chwilę wyskoczyliśmy po zakupy, poza tym dzień domowy, jasny, spokojny, mrok zapadł szybko, Fred przygotowuje steki z dziczyzny na obiad, w głośnikach Janerki Piosenki (1989), Historia podwodne (1986), gdy idę na drzemkę przedkolacyjną. Po pobudce herbata, i już miałam wstawiać do gotowania jajka i kartofelki do sałatek na jutro, gdy przeczytałam wiadomość na Independent, że właśnie ogłoszono level 5 lockdownu, który rozpocznie się od północy, czyli będziemy zamknięci w promieniu 5 km, chyba, że podróż jest uzasadniona istotnymi potrzebami. Po kilkuminutowej konsternacji (musiałam jeszcze zaczekać, aż Fred skończy rozmowę z bratem o bracie) telefon do Aś rozjaśnił sytuację w sposób satysfakcjonujący dla wszystkich — Aś mieszka sama, zgodnie z przepisami możemy ją odwiedzić w ramach grupy wsparcia. Przetestowałam masażer do stóp, obcięłam Fredowi włosy, wstawiłam do gotowania jajka i kartofelki, ponad godzinę rozmawiałam z Luś, w zasadzie trudno streścić o czym. Na koniec dnia zagrała nam składanka Kofty Śpiewać każdy może... (2011). Jutro robimy sałatki, reszta w niezgrabnych rękach losu.

wtorek, 29 grudnia 2020

378. Bogowie umyli nam okna.

Przy śniadaniu Fred zauważył, że mewia kupa, która pojawiła się w święta na szybie w kuchni zniknęła. Dziękujemy. Przez te kilka parszywych dni irlandzcy bogowie przetarli nam nasze witraże. Czasami wystarczy nie robić nic.

Spacer zaczęliśmy od obchodu z kotem, przez jego starą uliczkę (w jednym z zaułków dwóch młodocianych przypalało trawę) i przystanek autobusowy. Po zrobieniu kółeczka Fred dał Rysiowi lunch, a my wskoczyliśmy do samochodu, żeby powędrować do Annagassan. Tutaj spacer trwał nawet krócej, wiatr i drobny deszcz nam nie ułatwiał, za to w drodze powrotnej wjechaliśmy na scenic road, było warto. Pomimo kapryśnej pogody po drodze mijaliśmy mnóstwo ludzi opatulonych i zdeterminowanych do pokonania jakiejś odległości na piechotę, a przy wybrzeżu w arktycznej wodzie trenowało paru kitesurferów.

Po powrocie do domu rozmawiałam z mamą o działce, która jest na sprzedaż w tamtym rejonie (pomarzyć, miła rzecz). Ja też, mówi mama na moje kocham Cię.

Po obiedzie trochę czasu zabrało nam przygotowanie się do wyjazdu, w efekcie do Ka&Jot dojechaliśmy punkt szósta, za to ja byłam w nowym, różowym bereciku, a małżonek chwalił się sweterkiem, który jest cieplutki i śliczny. Zjedliśmy z przyjaciółmi po pysznej pizzy i dostaliśmy wspólny prezent, masażer shiatsu stóp oraz przepiękną kartkę zaprojektowaną przez starszego bobika. Obejrzeliśmy razem Żywot Briana, ja z Fredem drugi raz w tym roku. Noc jest niesamowicie chłodna i przejrzysta, księżyc idzie do pełni. W Dublinie zaszczepiono dzisiaj przeciw covidowi pierwszą osobę w Republice.

Poniżej: scenic route, kartka młodocianego artysty i oglądanie przy herbacie.





poniedziałek, 28 grudnia 2020

377. Prezenty pochoinkowe.

Oferty pracy przypominają mi, że koniec roku już blisko, kliknęłam zainteresowanie kolejną z nich i będę czekała na wydarzenia popijając herbatę z cytryną :]

Pogoda o poranku podstępnie zaprezentowała się jako lepsza, zresztą może faktycznie było ciut cieplej, kotu jednak nadal się nie podobało. W południe lał deszcz, a my mając na uwadze czwartkową wizytę u Aś wyruszyliśmy do naszego ulubionego sklepu w celu znalezienia prezentu — mamy dla niej zestaw Hermès, woda toaletowa plus lotion. Przy tej okazji Fred kupił mi paletkę Kiko Milano (smart 02), a ja jemu trzykolorowy sweterek Peregrine (w sam raz na wizyty u teściów) i bordowe skarpety Fred Perry. Na koniec wypuściliśmy się na spacer po Tesco, w kieszeni mam więc jajko-niespodziankę na noworoczne wróżby, Hebiusie. Gdy wróciliśmy do domu, na progu leżał słodki prezent dla nas od Majkela i Anne, która nadal jest w Stanach.

Dzień kończę w przeświadczeniu, że wieczory jutrzejszy i czwartkowy mają zaplanowane struktury i składy osobowe. Za oknem ciągle słychać wietrzne dzwonki. Jeszcze rozmawiam na messengerze z Kaś Matką Kotom, o tym, że kocha się we Fredzie odkąd siedziała z nim w jednej ławce w pierwszej klasie podstawówki i o jej pragnieniu przylotu po lutym na chowder sprzedawany w porcie. Gości! Gwaru! Podróży!

niedziela, 27 grudnia 2020

376. Zasiedziałość.

Ryszard większość dnia leżakuje w domu, choć przyroda mami słoneczkiem. Kociego ogona nie omami, arktyczne powietrze zostało dłużej niż wiatr, rozgościło się i nie ma zamiaru odejść. Chleb kupimy jutro, zamiast wyprawy do Drołdy zimowy seks. 

Robię listę książek, które w tygodniu kupię dla siebie na nowy rok w Easonie, Fred zakupił już w Świecie Książki 7 pozycji po polsku (najpierw porównał ceny z Empikiem i okazało się, że warto), na obydwu listach są różne fajne rzeczy jak Tokarczuk, Munro, Twardoch, psychologia czy opowieści Doughty o pracy tanatopraktora - paczka Fredowa jak zwykle będzie nadana do moich rodziców. 

Wieczorem wyniknęła bardzo miła rozmowa telefoniczna z Aś - pojawiła się perspektywa sylwestrowej alternatywy w Carlingford, obwąchujemy tę kwestię ostrożnie.

Z innych miłych spraw, nie zaglądałam kilka dni na konto, więc nie zauważyłam, że w wigilię przyszedł mi zwrot pieniędzy z Kerry Woollen Mills za nieudany prezent dla Freda (za duża kamizelka). Świetnie, częściowo pójdzie na książki.

sobota, 26 grudnia 2020

375. Sztorm Bella.

Windfinder i kot Ryszard zapowiedzieli go bezbłędnie.

Rozmawiałam z mamą o remoncie łazienki, o tym, że najlepiej wszystko zburzyć i zacząć od nowa (zadzwoniłam z przeterminowanymi życzeniami rocznicowymi). Zapukała do nas Anna z paczką świąteczną od community (czyli zapewne od rycerzy św. Kolumby)słodycze spożytkujemy podczas wieczorów filmowych. Fred zadzwonił do Usz, swoich rodziców, do Elizabety, tutaj pozytywnie wieści — jest Ktoś, są plany ślubu, oraz do krakowskich przyjaciół. I tyle kontaktu ze światem, bo podobnie jak Ryszard, siedzimy w domu. W Republice dzisiaj 1296 przypadków korony i lockdown od jutra. Dla nas niewiele się zmienia, trzeba się trzymać.

Zupełnie zapomniałam w tym świątecznym niewielerobieniu, że w środę minęła druga rocznica śmierci Eileen Battersby.

piątek, 25 grudnia 2020

374. Afterparty.

Kot był dzisiaj bardzo dzielny, wytrzymał z budzeniem nas do po siódmej. Wyobrażam sobie, że nieustraszenie trzymał siku, chociaż realistycznie jego dzielność polegała pewnie na tym, że dzielnie spał do 7:15. Wrócił o ósmej słysząc moje krzątanie się w kuchni, uwalony jakąś mokrą, czarną breją, którą usiłował z siebie zetrzeć łasząc mi się do gołych nóg. Zaschło to to, będzie schodziło z kota jakiś czas.

Sny powinnam zacząć zapisywać w specjalnym zeszycie. Dzisiaj śnił mi się Bernard Giraudeau. 

Ka telefonicznie potwierdził, że u nich jeszcze nie jest dobrze pod względem zdrowotnym. W związku z tym, że już na 100% do nich nie jechaliśmy, dzień nam spowolnił, zrobiłam nawet popołudniową drzemkę. Najpoważniejszym przejawem aktywności była krótka rundka po osiedlu w blasku księżyca, rundka oczywiście w celu zanęcenia Rysia, który wyszedł z domu jeszcze przed południem (pogoda była niekocia, w sam raz do założenia puchowej kurtki, i trochę się martwiłam). Kot przyszedł sam jakieś pięć minut po naszym powrocie do domu, nadal brudny.

Obejrzeliśmy Eternal Beauty (2019) z Sally Hawkins, film o schizofreniczce, nie było to o tym, co zapowiadał plakat czy trailer, ale całkiem ciekawy obraz, i przede wszystkim wspaniale zagrany przez Sally.

czwartek, 24 grudnia 2020

373. Słoneczna wigilia.

Czy ja zapisałam, że wczoraj śniło mi się, że oglądam nowy serial z Chuckiem Norrisem, który mieszkając na wyspie produkował samochody wyścigowe? Dzisiejszy sen był równie odjechany, ale im bardziej przypominam sobie tamtego Chucka, tym bardziej nie wiem o czym to było tym razem. Pamiętałam go jeszcze nad ranem, gdy kot obudził mnie swoim żałosnym miaukiem po piątej rano.

Sałatka jarzynowa i krokiety z pieczarkami i cheddarem są dość pracochłonne, więc zabrałam się za tę sprawę jeszcze przed śniadaniem, po śniadaniu włączając pod smażenie naleśników The Violin Concertos J.S. Bacha (2006) w wykonaniu Camerata Antonio Luco. Fred pojechał w tym czasie kupić świeży chleb i kilka innych niezbędników, a po powrocie zaniósł ostatnią paczkę świąteczną, słodycze dla Thomasa. W handlu wymiennym dostaliśmy za to świeże krewetki z naszej zatoki.

Wigilia była złożona z uszek w barszczu oraz wspomnianych krokietów i sałatki jarzynowej. Akurat, gdy zaczęłam wszystko podgrzewać odezwali się z Polski rodzice i mieliśmy prawie godzinną wideokonferencję — mama pochwaliła się projektorem, który rzuca światełka na ścianę domu. Wideokonferencja została dwa razy przerwana przez mikołaje. Katlin przyniosła aż dwie torby, w nich zestaw kremów Aveeno i kraciasty szal z The Quiet Man Collection dla Freda oraz duży szal w pepitkę i perfumowany zestaw Bella Vida dla mnie. Przy okazji pożaliła się na artretyzm w rękach, najwyraźniej akupunktura pomaga tyle, co nic, przez to nie widujemy jej za często. Pięć minut później do drzwi zapukał Thomas w koszulce z krótkim rękawem (jaki gorąc!) i kilogramem świeżej ryby. Rybka poszła do zamrażalnika, bo naprawdę teraz nie ma jej gdzie upchnąć. W międzyczasie pojawił się na stole dodatkowy prezent dla mnie — podkład Laury Mercier i perfumy Twilly d'Hermès:

Imbir z bergamotką i odrobiną gorzkiej pomarańczy, w nucie serca tuberoza miesza się z kwiatem pomarańczy i jaśminem, wszystko to na bazie z drzewa sandałowego i wanilii. Piękny zapach.

Zamotani w wigilijne szaliki miziając się stopami obejrzeliśmy Statystów (2006) Kwiecińskiego. Miał swoje dobre momenty, a my jesteśmy w nastrojach łaskawych.

Jot przesłała nam zdjęcia chłopców, pidżamki pasują!

środa, 23 grudnia 2020

372. Drobny upominek i dobry obiad.

Po południu zapukała do nas Anna z wizytą prezentową, dostaliśmy szalik i rękawiczki (moje pierwsze z Primarka) i skarpety z Dunnesa (dla Freda) oraz śliczną kartkę (na zdjęciu, obok mojego prezentu kubkowego od męża):

Jedyną dłuższą pracą jakiej się dzisiaj oddałam było prasowanie ręczników, pościeli i kilkudziesięciu innych detali, które od kilku tygodni zagracały tapczan czekając na swoją kolej. Miałam przy tym jak zwykle ochotę na niewymagający intelektualnie film, ale wytrzymałam minut 11 ze Świętami w Pemberley (2018), które były zbyt denne nawet na moje skromne, prasowalnicze oczekiwania. Z pomocą przyszedł mi 3.2 odcinek Poirot, Co masz w swoim ogródeczku (1991) i małżonek, który pod koniec zabawiał mnie rozmową o modzie i mechanizmie rozproszonego ja. Mój osobisty masterchef zrobił dzisiaj obiadek złożony z gnocchi i gulaszu z dziczyzny, dzięki któremu włączył się nam w domu na chwilę alarm przeciwpożarowy. Obiad tak mnie napełnił, że to by było na tyle. Miałam ochotę zakopać się w pieleszach i spać (to byłby zresztą dobry plan na cały ten wietrzny i zimny dzień). Fred miał jeszcze jeden pomysł żywieniowy i po ósmej wieczorem zaczął tworzyć śledzie w różowym sosie na jutro. Tym kulinarnym akordem powoli zamykamy dzień.

wtorek, 22 grudnia 2020

371. Koronawirus again i przygody Ryszarda.

Pomimo mokrego chłodu poszliśmy na spacer na plażę, słusznie, bo wiatr był bardzo słaby, a to znaczy, że dobrze. W drodze powrotnej zaczepił nas korpulentny chłopiec, którego znamy z widzenia, a który zna Ryszarda i nawet go kiedyś głaskał. Akurat wracał z zakupami z Mace'a, więc przy okazji wymieniania irlandzkich uprzejmości powiedział, że mieszka z siostrą pod 67, że widzi jak spacerujemy i że to miłe (jego uprzejmości z innym chłopcem też były interesujące).

Krótko po południu nastąpiła zmiana planów na wieczór — Ka zadzwonił z wiadomością, że wszyscy w domu nadal kaszlą i chociaż jest pewien, że to nie ta wiadoma zaraza, lepiej być ostrożnym, więc z klubu filmowego nici. Pojechaliśmy jednak do Dundalk wieczorem, żeby kupić jabłka, przy okazji podrzuciliśmy Jot pidżamki dla chłopców i słoik Fredowego bigosu, który wyszedł palce lizać (małżonek pichcił strawę do drugiej w nocy). Po powrocie do domu (było po ósmej) w głośnikach Matka, Syn, Bóg spółki Waglewski Fisz Emade (2013), w piekarniku pizza z Tesco. Już wiadomo, że podróże do/z UK nie będą możliwe przynajmniej do końca roku. Gorzej, następny lockdown wydarzy się na dniach, dzisiaj niewiele zabrakło do tysiąca pozytywnych testów — stąd od św. Stefana (za 4 dni) wraca zakaz przemieszczania się poza hrabstwo. Fred mówi, że dobrze, że tu jestem, ma z głowy martwienie się jak wylecieć do Polski.

A tak w ogóle, po powrocie do domu czekała na mnie niespodzianka na lokalnej grupie Spotted. Idąc w południe na spacer byliśmy śledzeni przez Rysia, który zawędrował na swoją dawną ulicę. I tak, po tym jak Rysio spał już smacznie w łóżku, zobaczyłam na grupie Spotted zdjęcia naszego kota zrobione przez dwóch zatroskanych mieszkańców, którzy martwili się, że kotu zaginęli właściciele. Porozmawiam z nim o tym. Ale to już chyba jutro, bo nie mam serca go budzić.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

370. Przesilenie.

Dzień zmroku. Wstałam do deszczu za oknem i przez cały czas rzekomego dnia nie ujrzałam ani jednego czystego promyka słońca, noc trwała w nieskończoność. Przed wyjazdem do Drołdy rozmawiałam z mamą plotąc trzy po trzy o kiełbasie, pogodzie i charytatywnej zbiórce chłopaków (Andrzeja i Norberta), którą z okazji Szczodrych Godów zasililiśmy wczoraj kasą. 

Most na Boyne i miasto stały we mgle, albo w wielkiej chmurze, która przykryła wszystko dżdżem i robiła mokro naokoło. W takich warunkach kupiliśmy parę obiadów na następne dni (oczywiście zapomniałam jabłek, bo wcześniej zapomniałam listy na której jabłka były zapisane) i zostawiając samochód na miejskim parkingu ruszyliśmy pod parasolem w miasto, jak to z nami bywa, zdeczko bezcelowo (umyśliłam sobie wczoraj, że do wazonu wstawię gałązkę sosny lub świerku, bez ozdób, w celach zapachowych, ale słusznie uczyniły moje oczekiwania prezentując się światu skromne i z góry nie wyrywając się do przodu). 


Miasto mżyło i drgało, zakotwiczyliśmy na West St w Caffè Nero, żeby posilając się flat white i ciastami zrobić sobie nawzajem dużo zaangażowanych zdjęć.



Po wyjściu z kawiarni około piątej weszliśmy w mrok zupełnie już zgęstniały. Z oglądania koniunkcji Saturna z Jowiszem nici — mgła rozproszyła się tuż przy tafli wody odsłaniając światełka na wybrzeżach Północnej, ale nad nami gruba czapka chmur jest kompletnie do niczego. W głośnikach była składanka Młynarskiego Absolutnie (2017), zrobiłam przy niej obiad, a Fred powoli rozkręcił się w kwestii bigosowej. Jak on pięknie władał językiem, ten Młynarski :). O tej porze jestem po prysznicu, mąż mi mówi, że pachnę mydełkowo.

Z frontu pandemicznego: Unia w południe zatwierdziła do użytku szczepionkę, która jest już od dwóch tygodni w UK, a teraz będzie rozprowadzana w całej Europie. Tymczasem Irlandia właśnie zamknęła przestrzeń powietrzną przed lotami z UK (w Anglii zagnieździła się nowa mutacja covida), na razie na dwa dni, ale pewnie to nie koniec tej historii.

niedziela, 20 grudnia 2020

369. Grudniowe obrazki.

Wstałam pokrzepiona długą, spokojną nocą. Nie działo się nic pilnego do opisania, byliśmy z Fredem na spacerze (zdjęcia poniżej), wcześniej małżonek opowiadał mi swoje sny, a kot próbował wejść przez okno kuchenne z upolowanym wróblem w pysku i doznał głębokiego rozczarowania naszą odmową. Potem obłożyliśmy w świąteczny papier kilka zakupionych prezentów i Fred ustalił sam sobie, którego dnia chce rozpocząć prokurowanie bigosu. Strasznie dużo dzisiaj gadam, mąż słucha tego wszystkiego, bo jest dobrym człowiekiem. Kot wraca wieczorem pomarańczowy (mamy nadzieję, że to nic toksycznego). Oglądamy Stowarzyszenie Umarłych Poetów (1989). Widziałam ten film 28 lat temu. Oczywiście dzisiaj patrzę na to inaczej, ale przede wszystkim czuję gniew, że w każdym pokoleniu przeważająca część ludzi ekspresowo dziadzieje i memląc w swoich głowach fałszywe wspomnienia o tym, jak było świetnie, gdy mieli 15 lat, udaje przed młodymi autorytety do czego faktycznie nie posiada elementarnych choćby kompetencji. 







sobota, 19 grudnia 2020

368. As good as it gets.

Przed wyjazdem do Drołdy rozmawiałam z mamą i babcią — ostatnio często odczuwam niepokój związany z domem, ale nie mam do tego żadnych powodów. 

Przesyłka zwrotna do Killarney wisiała mi nad głową od kilku dni, dobrze, że ją dzisiaj wysłałam — prezent dla Freda okazał się za duży, a dokładne rozmiarówki (które przesłano mi dopiero wczoraj po południu) wzięte chyba z irlandzkich olbrzymów. Trudno. Przed pocztą na West St ogonek kolejkowiczów stał aż na zewnątrz, ale załatwiłam sprawę szybciej niż się to zapowiadało. Odetchnę, gdy zobaczę na koncie zwrot pieniędzy. Potem poszliśmy z Fredem na poszukiwanie zimowych piżamek dla chłopców Ka&Jot (odpowiednie znalazły się w M&S) i zaszliśmy w porze lunchu do Stockwell Artisan Foods. Mieli w środku kolejne przemeblowanie, zostały tylko dwa stoliki ustawione ciasno za szafami, jak na nielegalu. Zjadłam falafel wrap, Fred napił się kawy, zjadł gur cake (nie było ciasta marchewkowego) i zrobił mi w tym ścisku obok starej rury ciepłowniczej kilka zdjęć. Uważa, że wyszłam na nich pięknie, bo mnie kocha. Tia! Małż kupił też w Stockwell musujący napój z czarnego bzu na wigilię i dżem wiśniowy do naleśników dnia następnego. I jeszcze charytatywny kalendarz na nowy rok ze zwierzątkami do adopcji. Czas mijał nam za szafą tak miło, że w ogóle nie zauważyłam, kiedy na zewnątrz zaczął padać paskudny, zimny deszcz. Musieliśmy w nim jeszcze przeskoczyć do samochodu zaparkowanego pod Brú pod pazuchą chroniąc kalendarz, żeby udać się w kierunku Woodiesa, bo Fred obiecał szpakom świąteczne robaki ze sklepu ogrodniczego. Trzy paczki suszonych robaków, sprint do samochodu i do domu. Na obiad była ryba, która sobie wczoraj cichcem wyszła z terminu zjadalności, a wieczorem oglądamy Lepiej być nie może (1997), bardzo zadowoleni, to długi film jest, więc długo bardzo zadowoleni, przegryzając seans kiełbaskami z Liszek, ciastkami z marmoladą i bawiąc się moimi włosami.

piątek, 18 grudnia 2020

367. Dużo małych, miłych rzeczy.

Czwartek zakończył się tak, że nie mogłam zasnąć, a piątek zaczął o pogańskiej godzinie kocim pacnięciem w nos. Po dziewiątej byliśmy już w trasie w towarzystwie Rory'ego Gallaghera sprawnie omijając korki w drodze do TK Maxxów. Pierwszy był w Blanchardstown, gdzie małżonek kupił mi birbancką marynarkę w prążki Polo RL, której wcale nie szukałam, i gdzie zrobiliśmy sobie taką oto fotę konspiracyjną:

Drugi był w Swords, gdzie został zakupiony szalik dla Majka. Po zakupach poszliśmy do Milano na włoskie jedzenie. Ostatni raz byliśmy tutaj w lutym, przyjemnie spędziliśmy na obiedzie i kawie przynajmniej godzinę.

W drodze do domu przejeżdżając przez Drołdę przystanęliśmy w celu zrobienia drobnych sprawunków i dokupienia niezbędników. Już przy domowej herbacie/kawie folkowy koncert Przesilenie, który był streamowany z Poznania (prawdziwa ludowa muzyka, taką jaką pewnie znał i grał wuja Józef). Potem wywiad Sekielskiego z Kasią Nosowską na temat współuzależnienia. Na koniec dnia skupiona w kropkę przeglądam książkę kupioną dziś w Tesco, Old Ireland In Colour. Fred przygląda mi się, mówi do mnie i się śmieje, potem sprawdza na mapie miejsca ze zdjęć.

czwartek, 17 grudnia 2020

366. Pokrzepienie.



Po spacerze od razu wsiedliśmy do samochodu, żeby podjechać do sklepiku w Termon. Mamy coś dla Anny (porcelanowa szopka) i Katlin (portfel z Tipperary Crystals) oraz pomysł na prezent dla jej Majka (szukamy szala). Thomas dostanie polskie słodycze, nie wiemy jeszcze co kupić Majkelowi, mężowi Anne, ale jutro doprecyzujemy pewnie o co nam się rozchodzi, bo wyjeżdżamy przed południem w kierunku Dublina. Oprócz tego Fred kupił mi kubeczek ze zwierzętami przechodzącymi przez most. Gdy wyszliśmy ze sklepiku, był już zmrok i deszcz. Pokrzepia mnie niesamowicie ten nasz timing, gdy robimy wszystko we właściwym czasie, zdążając przed deszczami, sztormami i pandemiami, pokrzepia prawie tak samo jak kamienie, skały i niebo nad nami.

Do sąsiadów przez płot wpadł dzisiaj Santa z prezentami, okrzyki radochy płoszyły wszystkie koty w okolicy. Spróbuję się czymś zmęczyć i i pójść wcześniej spać.