Sobota. Obudziło mnie kocie burrito wtulone w zagłębienie mojego ciała (czekałam na Rysia do trzeciej nad ranem). Dzień był jasny, wietrzny i zimny, a na kanale BBC live pogrzeb Filipa Mountabettena, ceremonia uszczuplona z powodu pandemii, ale nadal nadęta. Po pysznym obiadku zrobionym przez Freda oboje odbyliśmy wieczorną drzemkę. Poszczepionkowo wszyscy czuli się dobrze, rodzice mówili, że trochę są zmęczeni, ale ogólnie ok. Późnym wieczorem obejrzałam Całe moje życie (2020) o zmarłym niedawno Krzysztofie Krawczyku, maestro chałtury (nad tematem lekomanii oczywiście przefrunięto).
Niedziela. Za oknem deszcz od rana. Po śniadaniu samochodem uderzyliśmy na północ spowitą w chmurach. Na pastwiskach było mnóstwo maleńkich, niedawno urodzonych owieczek (Fred oczywiście wybrał drogę przez Omeath). Aś przygotowała nam ucztę: zupę cebulowo-serową i curry z ryżem i grillowanymi warzywami.
Były pogaduchy i herbatki. Zwinęliśmy się od Aś najedzeni po uszy około piątej po południu. Jej sąsiad ma teraz oprócz swojej miziastej suni malutkiego pieska. Trzymałam go dzisiaj na rękach.
Przed Fredem pięć dni w rozjazdach. Jutro zabiorę się za papierologię, obiecuję sobie.














