Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:
Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;).
Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.
Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:
W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem.
Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.