Strony

wtorek, 31 grudnia 2024

1841. Zadzieram kiecę i lecę.

Ach, czwarta trzydzieści po południu. Siedzę we własnym domku, po prysznicu, z turbanem na głowie i zapijam się herbatą owocową. A było to tak:

Dwanaście godzin temu miałam nastawiony budzik, ale okazał się niepotrzebny, bo tatko wstał godzinę wcześniej i tak się tłukł po mieszkaniu, że chcąc nie chcąc oko me otwarte. Dość żwawo się pozbierałam, a nawet zjadłam jeszcze jajecznicę z trzech jaj i ruszyliśmy. Na Dolnym Śląsku budził się piękny, mroźny poranek, port lotniczy skrzył się światełkami (małe, ale bardzo ładne lotnisko, i tyle w nim wspomnień!). Duży bagaż zmieścił się w wytycznych, szybko się go pozbyłam i zasiadłam z rodzicami do napojów (tradycja). 

Wylot odbył się z półgodzinnym poślizgiem (na do widzenia spryskano samolotowi skrzydła). Lot był zrazu przyjemny, przez mgiełkę podziwiałam szczyty Sudetów przykryte śniegiem i zaczytywałam się w dalszych częściach biografii Herberta (jestem zaledwie ok. trzechsetnej strony, miłe odkrycie mnie spotkało: poeta był konfabulantem). Im dalej na zachód, tym gęstszy kożuch chmur, a ostatnia część podróży odbyła się z turbulencjami — gdy byliśmy już dość nisko, boczny wiatr mocno spychał nas z toru lotu i na końcu było trochę napięcia. Obok mnie siedziała para jadąca do córki mieszkającej w Lisburn, rozmową skutecznie rozproszyliśmy sobie niepokój przyziemienia. Siedziałam na ogonie, tymczasem okazało się, że wychodzimy z samolotu tylko przodem ze względu na porywisty wiatr. Mimo wszystko, nareszcie! Witaj, Irlandio! :D

Połączyłam się z mamą, żeby pokazać jej, że mnie nie zwiało, odebrałam bagaż i wpadłam w ramiona Freda, który czekał na mnie od dłuższego czasu. Pojechaliśmy przez pawilony Swords, żeby zjeść pizzę w Milano. Jeszcze tylko przejazd przez wieś, bo Kochany musiał zajrzeć do apteki, i włala.
___
edit 17:50 A to Ka zadzwonił, że też już z dzieckami wylądował, był na zakupach, a teraz jest w domu i czy mamy ochotę jutro na kiszkę. Mamy.
___
edit 19:00 oczywiście spędzamy tę noc w domu. Nawet za bardzo nie chce mi się niczego oglądać, choć RTE obiecuje o ósmej The ABC Murders. Na razie zajadam winogrona. I comiesięczny kolażyk zrobiłam, taki o:

___
20:20 jednak nie, film Poirotowy to wersja z Malkovichem, trzeci odcinek, nie ma sensu wpadać do środka znienacka :). W głośnikach Kryśka Prońko, w ustach smak piernika z nadzieniem morelowym (przywiozłam z Polski). Zaczęłam czytać Masłowskiej Magiczną ranę. Czyli to będzie pierwsza książka w nowym roku.
___
edit 22:45 kiełbie we łbie. Dawno już poszłabym spać.
___
edit 23:20 zadzwoniłam do rodziców. Mama śpi, tatko akurat wychodził, fajerwerki tak napierdalały, że ledwo się słyszeliśmy (pauperzy znowu wyciągnęli swoje zabawki). Dopiero kwadrans później tatko oddzwonił z życzeniami. Happy New Year, Polsko!
___
edit 00:15 przywitaliśmy nowy rok wspólnie, herbatami, jogurtem z granolą (po drzemce przed jedenastą łeb mi się nagle obudził razem  z żołądkiem, dlatego zajadam) i z Cianem Ducrotem śpiewającym w Dublin Castle. Zdrowia i przygód.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

1840. Już czas.

Pobudka dość irytująca (dobrze, że wpadło mi do głowy odprawić się przed czasem, dzięki temu zauważyłam, że mam literówkę w nazwisku; trzeba było zmienić nazwisko na bilecie, czyli wyskoczyć z kasy; żebyś zdechł, panie O'Leary!).

W powietrzu czuć zmianę, zamiast słońca szarówka. Zanurkowałam w szafę w poszukiwaniu szalika z kaszmiru (in vain, przypuszczam, że niefrasobliwie wyrzuciłam go w czasie jednej z czystek ubraniowych). Zamiast tego znalazłam prezent od babci Mani, wiejską chuścinę z czystej wełny, ponadgryzaną już przez mole. Biorę ze sobą do domu, razem z maminymi radami jak cerować dziury cieniusimi nitkami ze starych skarpetek.

Ach, i płarotek się pojawił, jeden z tych całkiem udanych, 6.04, Dumb Witness (1996), poza tym kojaki i midsomery. Nie czytam, nie kombinuję umysłowo, zalegam i zbieram się w sobie, czas na mnie, poleruję skrzydła; już przed południem zrobiłam próbne pakowanie walizki (prawie wszystkie książki się zmieściły). Wieczorem Kochany potwierdził, że będzie na mnie czekał na lotnisku.

niedziela, 29 grudnia 2024

1839. Zagnieżdżenie.

Do moich obowiązków należało wyprowadzenie karła i głaskanie Rozalki (mała dzikuska, skoro już odkryła, że głaskanie jest miłe, podchodzi i zagaduje). Próbowałam sprawdzić sygnatury kilku filiżanek, które kiedyś kupiłam; nic ciekawego z tego nie wyniknęło (jedna filiżanka z cieniutkiej porcelany ma wzór używany przez firmę Minton, ale wygląda jak bardzo niechlujna kopia; dziwne, kiedyś jeszcze to zgłębię). Odbyłam też rytualną drzemkę podczas skoków w Obersdorfie. Nad wsią nadal chłodna cisza, wyszłam na zewnątrz tylko na kwadrans (wspomniany poranny spacer z karłem). Prognozy już zapowiadają zmiany, zresztą zerkam też na zapowiedzi dublińskie. Wieczorem oglądamy z mamą Skłodowską (2019), potem Kości.

sobota, 28 grudnia 2024

1838. Bezfredzie.

Długo wszyscy spaliśmy, wstałam dopiero o ósmej, mama podobnie, tatko jeszcze później, co jest raczej niezwykłe. Pogoda niezmiennie chłodna i słoneczna, trawę przykrył szron, a nad wsią cały czas wisiała nieruchoma mgła poprzetykana smogiem z sąsiedzkich kominów. Przed południem wyszłam do sklepu po wkłady do zniczy, potem poszłyśmy z mamą na cmentarz (nadal smarkam, mama kaszle, ale jest jakoś lżej).

Skończyłam czytankę Hemingwaya, Stary człowiek i morze (PIW, 1971), tuż przed tym jak wyruszyliśmy do miasta. Gdyż po południu we trójkę pojechaliśmy do Korony na obiad u Greka. Podobno tłumy były tam identyczne jak wczoraj (wdałam się w pogawędkę z dziewczyną, która robiła dla mnie herbatę z malinami). A dlaczego do Greka? Bo sobie tak zażyczyłam (ku radości mamy). Chciałam odskoczni od świątecznych dojadań i wszystkim to dobrze zrobiło.

Krajobraz powrotny (mgła ze smogiem się zagęszcza, jasna koronka zamienia się w kożuch):

Zatrzymaliśmy się na chwilę wracając przez Tcę, rodzice szukali specyfików do szamba; nawet nie wyszłam z samochodu, ciemno, dopadło mnie zmęczenie. 

Wieczór bez spektakularnych wydarzeń, z kryminałkami, ale oglądanymi leniwym okiem. Zastanawiam się nad podsumowaniem tego roku (tak pół na pół), sprawdzam prognozy pogody na pierwszy dzień stycznia (w Irlandii ma być wietrznie), rozmawiam z Kochanym po drugiej stronie Europy. Jest mi bardzo wygodnie w wielgachnym łóżku pod gigantyczną kołdrą, pewnie zaraz zgaszę światło i z przyjemnością poleżakuję przed snem.

piątek, 27 grudnia 2024

1837. Odlot.

Piątek zaczęłam od szurania po domowej biblioteczce. Wyciągnęłam dwa cieniutkie tomy autorstwa Hemingwaya i wiekową biografię Czechowa, może jeszcze coś przeczytam przed końcem roku. Kochany miał plan wyjechać około jedenastej, trzeba się było energicznie zbierać z kawami i śniadaniami. Rzeczywiście, wyruszyliśmy zgodnie z planem, Fred jako kierowca, ja i tatko, mama została w domu. Krajobrazy przewspaniałe, na dole szron, w powietrzu lekka mgła, jasno.

Na lotnisku usiedliśmy przy kawie i rurkach z kremem:

W końcu trzeba się było podnieść; chwilę jeszcze staliśmy obserwując jak zwyczajowo Kochany musi przejść przeszukanie osobiste (na bramce zawsze piszczy mu jego robokopowy kręgosłup) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się tylko w Tcy, na chwilę, bo mama zażyczyła sobie próbki różnych "na chybił trafił" gier liczbowych na nowy rok. Ależ proszę bardzo. Zapłaciłam z własnej kasy, więc jeśli rodzicielka coś trafi, będziem dzielić ;)

Przed zachodem słońca wyszłyśmy z mamą wyspacerować koślawego krasnala:

Maksiu potyka się o własne tylne nóżki, ale jest bardzo dzielny, oszczekał cztery razy większego psa majaczącego na horyzoncie i zrobił z nami małe kółko po lesie za płotem (przeszliśmy obok pustostanu). 

Mama obserwowała w aplikacji jak Fred leci do domu :D Rozmawiałam z nim już kilka razy, jest zmęczony, w sobotę wcześnie wstaje; ogrzewanie hula, sąsiedzi są na miejscu. Zaczęłam czytanie Starego człowieka i morze, ale dokończę jutro ... na tefałenie jest Uwierz w ducha (1990), ten wspominek sprawi mamie przyjemność ;)

czwartek, 26 grudnia 2024

1836. 26122024.

Za oknem najpierw szron i chłód, potem okna w słońcu, udekorowane Miauczusiem i Zosią, następnie Filemonem. Po śniadaniu i kawie poszliśmy z Kochanym na cmentarz; wkłady zapalone przez rodziców dwa dni temu jeszcze się tliły, dodaliśmy trzy świeczki. Nie wypuściliśmy się w dalszą drogę, wprawdzie aura była całkiem przyjemna (zupełna flauta), ale nie chcieliśmy ryzykować, skoro to pierwszy spacer od kilku dni.




Dzień minął szybko. Dwa następne posiłki i nie wiadomo kiedy przyszedł na Freda czas odprawy lotniczej oraz pakowania niewielkiego plecaka. Nie lubię, gdy fruwa beze mnie. Gdzieś w trakcie dnia jeszcze rozmawialiśmy ze Stu (Kochany układa z puzzli stan rodziny na dzisiaj); tatko też wykonał parę telefonów, ale nie brałam w nich udziału. Mama bardzo chora, z tatkiem chyba trochę lepiej.

środa, 25 grudnia 2024

1835. 25122024.

Śniadanie rozciągnęło się na dwie godziny: biała kiełbasa, kapustą z fasolą, krokiety z barszczem, sałatka, galareta. Tak się napchałam, że nie spróbowałam ani śledzi, ani nie tęskniłam za słodyczami (zapomnieliśmy o degustacji ciast). Mama opowiadała, że 50 lat temu tego dnia była pogoda jak wiosną, słoneczna i ciepła, a następnego spadł wściekły deszcz. Zimowy mróz przyszedł dopiero w nowym roku. Długo rozmawiamy o dobrej kawie.

Przez resztę dnia słodkie obiboctwo domowe, przy kolejnych posiłkach spróbowaliśmy wszystkiego, co tam lodówka miała. Tata też już zarażony i pod wieczór nastrój rodzicom siada, co mnie wcale nie dziwi (specyfiki różnorakie pomagają na chwilę). 

Poziom filmów w tv kopalniany, a chałtur koncertów bożonarodzeniowych oglądać nie lubię (wystarczyły mi natrętne zapowiedzi koncertu Na Skałce z częścią wykonawców niedziwnie znajomych z pisowych pokazówek), więc miałam czas przeczytać Kotolotki Ursuli K. Le Guin (Prószyński i S-ka, 2020). Lubię czytać książki dla dzieci, z tą jednak zapoznałam się za późno. Z powodów oczywistych spacer się nie zadział. Wieczorem obejrzeliśmy drugą cześć Władcy Pierścieni (nigdy do tej pory nie widziałam). 

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

poniedziałek, 23 grudnia 2024

1833. Sztafeta.

Mama pracowała; z rana szukała gripexu, czyli choroba w rodzinie podana dalej, niestety. Trudno, trzeba się dostosować do chaosu w planach. Był pomysł pojechania dzisiaj do Wro? Nie było sensu tego zgłębiać (Fred nadal słaby). O szóstej na nogach, przeglądam jakieś głupoty, gdy Kochanie moje zwinięte w rogalik pochrapuje w gigapościeli. Przyszło mi do głowy, żeby w nowym roku przeczytać w końcu dzienniczek Faustyny Kowalskiej i od tego konceptu zaczynając trafiłam na artykuł o mistycznych ekstazach

Z wypraw: wyprawiłam się do apteki, żeby zakupić specyfiki "na zaś" (coś na potencjalny kaszel nocny i kaszel dzienny).

Po śniadaniu przeczytałam Szafę Tokarczuk (Wyd. Literackie, 2022), potem Kochany łyka proszki, ja cherlam. Rodzice wrócili z zakupów po zmroku, mama jak stonka po opryskach, na tę chwilę chyba odpędziła mikroba. Zupa pomidorowa. Piekę 17 naleśników do krokietów (zawijam jutro). Na kolację degustacja bigosu. Kryminałki? Oczywiście.

To już 6 lat.

niedziela, 22 grudnia 2024

1832. Jednak chorobowo.

Kochanego dopadło to samo, tylko inaczej. Zaczęło go boleć gardło, pojawiła się silniejsza gorączka i większość dnia mąż spędził w łóżku; posilał się rosołkiem i herbatami z miodem, oglądaliśmy też razem kolejne Columbosy :)

Rano na krótko poszliśmy z tatkiem na cmentarz, żeby zapalić dwa znicze; pogoda była mało zachęcająca, przenikliwie zimno i szaro; w drodze powrotnej spotkaliśmy mamę spacerującą Maksia. W południe rodzice wyjechali do miasta; kiedy wrócili, zjedliśmy we czworo obiad. 

Poza prezentem, o którym już wiem co nieco, w domu są cztery nowiutkie książki do zabrania, włala:

Przed wigilią jeszcze coś uszczknę z tej wyprawki, na razie po piątej (mrok, że oko wykol) skończyłam czytanie Wieczoru Trzech Króli Szekspira z tomu podwójnego (Wydawnictwo "W drodze", 1994). 

I wiadomo, że wspólna kolacja, i wiadomo, że kryminałki na programie kryminałkowym. O ósmej termometr naliczył Kochanemu stopni Celsjusza 38 i 1/2. Noc ma być deszczowa (nie sprawdzę, ale takie było obwieszczenie dla ludu). Posiedzimy, pewnie jeszcze raz zmierzę mężowi temperaturę. 

sobota, 21 grudnia 2024

1831. Przesilenie.

Nareszcie jest, najdłuższa noc w roku, a później coraz więcej światła. Zaczęłam dzień od dokumentu o ślepowronach w Dolinie Górnej Wisły :D Obejrzeliśmy też z Kochanym Pętlę (1957) Hasa (trzeba przeczytać Hłaskę, ale to w nowym roku). Rodzice wyjechali do miasta, a ponieważ mama dostała na swój telefon kod potrzebny do odbioru laptopa, nie musieliśmy wybierać się do Tcy, laptop przywiózł się razem z rocznicowym tortem. Kochany miał trochę zabawy z nowym sprzętem (czternastocalowy Dell Inspiron), ale że nie pamięta wszystkich haseł, najlepsze zostawił na później. Ja z kolei zrobiłam sobie po południu dłuższą drzemkę; przebudziłam się na dobre, kiedy był czas na przygotowywanie herbaty i kawy. Gdyż:

Wprawdzie ślub kościelny był w pierwszym dniu świąt, ale cywilny właśnie dzisiaj, więc rodzice nie chcieli czekać zbyt długo z pysznym tortem śmietanowym z malinami, gdyż byłaby to zbrodnia na torcie. 

Chyrlam, ale nie jest tak źle. Z minusów, nigdzie dzisiaj nie wychodziliśmy. Za to już czuję świętowanie (nareszcie, bo katar trochę mi tę radość niecodzienności zasmarkał), chociaż większość dnia chodziłam w szlafroku, albo w rozciągniętych spodniach po mamie (bardzo wygodne, super). Kuchennie wydarzeń niewiele, bigos dochodzi od wczoraj, poza tym constans; na obiad rodzice przywieźli kurczaka z rożna. Martwi mnie, że mama jest często zmęczona. Wieczorem lampimy się z Fredem w kryminały na TV 6.

piątek, 20 grudnia 2024

1830. Dubidubidu.

Pobudka dość wczesna, wszystko przez to, że od drugiej rano spanie kiepsko mi szło. Śniadania mieliśmy z Kochanym różne (ja resztki z wczorajszego chińczyka, mąż kaszanę) i wybyliśmy do Magnolii, samochodem, a nie szynobusem, jak wcześniej planowaliśmy. Początek naszej wizyty był zorganizowany naokoło pomysłów na prezent rocznicowy dla rodziców (są dwa, jeśli pierwszy zawiedzie, jest plan b). Gdy dowiedziałam się tego, co mnie interesowało, poszliśmy do Cukierni Sowa (polecam herbatę imbirową).

Zajrzeliśmy jeszcze na chwilę do Empiku (Fred kupił płyty cd: Zalewskiego Z głowy & Oddalenie Kazika) i jazda do domu. Po drodze suszarnia, tam gdzie zawsze w Tcy. Wypiłam herbatę i zjadłam miso, ale to prawie wszystko, bo gorączka zaczęła mnie lekko rozbierać (dziwne miejsce, menu nawet ok, ale obsługa jakaś taka ... hm). Mama w międzyczasie zadzwoniła, że powoli zmierzają na wieś.

Kochanemu bardzo zależało, żeby obejrzeć film Zbynia dopóki jeszcze ma do niego dostęp, więc przed obiadem mąż zrobił sobie krótki seans filmowy. Potem aktywności domowe, obiad, Kochany rozmawiał z Ka, ja smarkałam, kaszlałam i dramatyzowałam. Oczywiście kryminałki wleciały, kawałki Kojaka, CSI z rudym, Kości ...

czwartek, 19 grudnia 2024

1829. Koleje chorowania.

Ach, kichanie i testowanie trzech różnych tabletek na gardło. Na jedenastą byliśmy umówieni do fryzjera, więc trzeba było się w końcu wyturlać spod nowej, gigantycznej kołdry. W salonie fryzjerskim przywitano nas z honorami (herbata zimowa & ciastko bezglutenowe), Grubiutka rzucała dowcipami, a jedna pani zapytała, czy mam balejaż (słodkie!). W Kocie zresztą dwie panie też komentowały moje pióra :D Małżonek zaryzykował nową fryzurę i zostawił na sarmackiej czuprynie kręcone włosy (już sobie kupił kosmetyki do skrętów). Po kawiarni kantor wymiany walut, sklep elektroniczny (Kochany kupił sobie nowego laptopa, tzn. zapłacił za niego; laptop przybędzie w sobotę), Rossman i obiad u chińczyka. Dzień był ponury i chłodny, ale nie robiło to na mnie wrażenia (tatko wyciągnął z garażu moją starą, ciężką kurtkę, która nadal się sprawdza).

Przyjechaliśmy do domu przed rodzicami i trochę na nich czekaliśmy (brama jest zazwyczaj zamknięta). Była okazja, żeby w samochodzie porozmawiać z Mruczysławem.

Rodzice szukali po sklepach pieczarek, w końcu kupili ostatnie 2 kg. Obrałam je, zostały usmażone i będą czekały na swoją rolę główną w wigilijnych krokietach. Poza tym czas mija leniwie, choroba rozwija się bez przytupów, jestem zmęczona i najchętniej przespałabym połowę dnia. Postanowiliśmy odłożyć wyjazd do Wro do jutra. Wieczorem Kochany rozmawiał ze Zbyniem. Mnie lektura nie idzie, bo głowa nieco boli.

środa, 18 grudnia 2024

1828. Bro, chora na Polskę.

Obudziłam się wcześnie. Już po piątej zaczęłam grzebać w biblioteczce dumając nad tym, co by tu przeczytać w czasie pobytu (przywiozłam ze sobą dwie zabrane uprzednio książki, Steinbecka i Remarque'a), padło na Makbeta w tłumaczeniu Paszkowskiego (Wyd. Łódzkie, 1984). Prawie skończyłam czytać zanim pojechaliśmy na lotnisko po Kochanego. Potem była kawa w Kocie i obiad po sąsiedzku (szukając mamy, która wyruszyła na wycieczkę nie informując nas gdzie maszeruje, spotkałam Lusia). W drodze do domu jeszcze wizyta w aptece, gdyż tradycyjnie już ... zaczęło mnie boleć gardło. Czyli tabletki do ssania i ciepłe płyny. Próbowaliśmy z Kochanym oglądać Makbeta Jarzyny, ale nie przekonał nas, wymiękliśmy po kwadransie. Z półki ściągnęłam kolejne "szekspiry": wydanie Wiele hałasu o nic + Wieczór Trzech Króli w tłumaczeniu Barańczaka. Jednak to nie mój dzień. Muszę wygrzać gardło, bo jest mi niemiło.

wtorek, 17 grudnia 2024

1827. W drodze.

Spróbuję coś przegryźć na lotnisku, rzekłam do męża kwadrans przed trzecią i zaraz się rozchichrałam, bo przypomniałam sobie wrocławską kunę. Podróż w ciemności bez przeszkód. W głośnikach płyta Animals Pink Floyd, adekwatnie drogę przecinają nam dwa lisy (pierwszy na górce za wsią, drugi na autostradzie) i kot. Buzi i zostaję sama. Naprawdę trzeba coś przegryźć.
___

___
edit 11:00 (czas polski) bardzo szybka podróż. Polska przywitała mnie wiatrem, lekkim deszczem i … tatką wypatrującym mnie przy wyjściu z lotniska. Plan był inny, miałam się przemieszczać do Tcy komunikacją miejską, a tu niespodzianka (która nie byłaby niespodzianką, gdybym odebrała tekst od mamy wysłany, gdy już nie miałam zasięgu). Aura ponura, ale wielkie stado żurawi nad łąkami, w domu zaś włochate radości.
___
edit 12:30 (cz. p.) Z nowości domowych: przy schodach wejściowych tata ułożył płytki, Malinia i Maksiu dostali nowe łoża (oboje niedomagają, Malinia głównie śpi, Maksiowi rozjeżdżają się tylne nóżki), jest też nowy, metalowy kwietnik dla asparagusa (czy to antyczny asparagus babci Mani?). Już głaskałam Zosię (trochę się mnie bała, wytłumaczyłam jej, że mieszkałam tu kiedyś). W domu zrobiło się cicho, tatko gdzieś na zewnątrz, niedługo będzie jechał po mamę. Zmęczona jestem, zjadłam maminą zupę, dwa kawałki babki i wspomagam się kawą, w moich nogach usadowił się pokraczny Maksio, który przez dłuższą chwilę dyscyplinował swoje fikające łapki.
___
edit 18:45 (cz. p.) Dzięki wczesnemu, komfortowemu dojazdowi na wieś mogłam dłużej wypocząć. Nakryłam się kocem i chrapnęłam, że aż miło; gdy doszłam do siebie, okazało się, że śpi ze mną Niunia. Przez godzinę rozmawiałam z Celtem, pokazałam mu domowe zwierzaki, wszystkie, które miały ochotę zaistnieć w kamerze; rodzice akurat wrócili z miasta i też Celtowi pomachali. Kochany pokazał mi prezenty od Katlin (dostałam wielki szal w esyfloresy i torboplecaczek). Zawiesiłam z mamą kilka światełek, poza tym, jak to u rodziców, kryminały, rozmowy, kudłacze; jemy i dumamy nad chorobą zamiokulkasa. 
___
edit 21:25