Strony

środa, 31 marca 2021

470. Nie planuję.

Zdecydowałam się w końcu na kurs ESKK tego języka do którego mam najmniej materiałów w domu. Uczę się tylko dla siebie, więc nie czuję presji poza własnymi ambicjami.

Pipity rozkwitły około soboty i nadal czekam z drżeniem serca na ich bielenie:

Rozmawialiśmy przez kamerkę z Krakusami, o pandemii, warunkach życia itd. Fajnie byłoby się z nimi spotkać, gdy już przylecimy do kraju, choć to trochę z boku naszego miejsca docelowego. Po rozmowie Fred miał postrzyżyny swoich loków. A w czasie obiadu zadzwonił mi polski telefon.

Dzień dobry, nazywam się Taki I Taki, dzwonię z programu eko-gmina ... stru tu tu tu, miesiąc temu przesłaliśmy Państwu ...
Przepraszam ... przepraszam .... przepraszam, udaje mi się w końcu przerwać słowotok, przepraszam, nie mieszkam w Polsce.
A kiedy planuje Pani powrót?
Nie planuję.
O.

Niunia była na kontroli u onkologa. Jest w porządku, następna wizyta za miesiąc. Złapałam rodziców akurat w drodze do domu, więc przy okazji zobaczyłam Malinkę, jedną z Dziewczynek, która ma coraz dłuższe białe wąsy. Tam gorąco, u nas też piękny wieczór, wracamy z Lidla, dolinki we mgle, góry dryfują nad horyzontem. Jem pierwsze truskawki w tym roku, nic to, że hiszpańskie. A potem Nietykalni (1987) z Costnerem i Connerym, oraz z kotem na kolanach.

Sean Connery nie żyje, teraz sobie uświadomiłam. I dlaczego? Przecież to był młody człowiek!

wtorek, 30 marca 2021

469. Był plan.

Stabat Mater Vivaldiego w wykonaniu Tim Meada z roku 2017 (jakie piękne wnętrze!) do śniadania. Wstałam dość wcześnie, na nogi postawiła mnie wiadomość od Lusi, że ja tylko z mężem gadam, a wczoraj dla niej czasu nie miałam. 

Był plan. Wyczekaliśmy aż skończy się prać pościel i dopiero po jej wywieszeniu ruszyliśmy się z domu z zamiarem obejścia Głowy (tak sobie czekając zadzwoniłam do tatki, paczka z Empiku już przyszła, tata robi użytek z lektury). Wszystko pięknie, tylko rzeczywistość nie chciała współpracować. Wiatr cieplutki wczoraj, dzisiaj był lodowaty. Zamiast ponad dwie godziny obfocać zjawiska krajobrazu, zgęziali obeszliśmy w godzinę zwyczajową trasę. Ludzi na plaży było sporo, znalazło się też paru amatorów arktycznej kąpieli.

Wróciłam do domu zziębnięta, mąż uratował mnie studencką potrawą z tego co tam mieliśmy w lodówce (mięso z rosołu, napoczęta papryka, darmowy słoiczek tikka masali z Lidla, ryż). W dolinie Elah (2007) wyłuskałam do oglądania dla nas obojga tylko ze względu na Tommy'ego Lee Jonesa. Dramat był w porządku, niedociągnięcia tylko zachęciły nas do przerzucania się uwagami. Dzień kończę krótką pogawędką z Luś na temat hiszpańskich zdań warunkowych i tego, że dziwny jest ten świat oraz dziwni na nim ludzie (An, ech).

poniedziałek, 29 marca 2021

468. Ukryta głębia.

Stabat Mater Pergolesiego w wykonaniu m.in. Jaroussky'ego dyrygowanego przez Nathalie Stutzmann. Całkiem dobry kawałek, dobry początek dnia, prawda?

Nad morzem dokonaliśmy ciekawego odkrycia meteorologicznego — wiatr był porywisty, ale zadziwiająco ciepły, w kurtce upociłam się jak nieszczęście.

Po spacerze i obiedzie rozłożyłam się z prasowaniem i obejrzałam przy tym Murder In Three Acts z Ustinovem (1984), inną wersję Tragedii w trzech aktach. Tony Curtis i wogle, ale jednak nie, zresztą to był przypadkowy, pochopny wybór i nie wiem dlaczego marnuję czas na takie rzeczy. Za to po takim nijakim preludium obejrzeliśmy wspólnie (Fred wrócił z miasta z chlebkiem i bukietem róż) dwa pierwsze odcinki Czarnej żmii II (1986) ...

... i końcówkę zwieńczyłam kompletną głupawką — ze śmiechu się popłakałam, a Fred (miast pytać, co głupią babę tak śmieszy) chichrał się ze mną. Potem robiąc kotu kolację podśpiewywał o kebabie w cienkim cieście i że zabrakło baraniny, żona zaś układała pasjansa online, więc jest zrozumiałe, że utwór Stabat Mater Vivaldiego polecon przez Hebiusa musiał być odłożon na inny dzień. Zamiast tego płyta Zaciera Konfabulacje? (2005) i dzierżenie w dłoni podręcznika Bęzy. Przed północą Fred odkrył, że krewetki się zepsuły i trzeba je wyrzucić, wydarzenie wyrwało ze snu kota i poruszyło go do głębi.

niedziela, 28 marca 2021

467. Bajkowo.

Piękna taka pobudka, ósma, za oknem szaro i drobniutki, wiosenny deszcz, wyskoczyłam z wyrka, zrobiłam herbatę, zjadłam śniadanie odprowadzając wzrokiem kogoś pod parasolem, rozłożyłam matę do jogi na półtoragodzinne spotkanie na zoomie. Prawie nie odczułam tego, że w nocy zmienił się czas na letni. Alison wspomniała o rozpoczynającym się dziś w Indiach święcie Holi.

Deszcz padał całą niedzielę. Zaniosłam Annie sałatkę do spróbowania (ma szczepienie w nadchodzącym tygodniu, co mnie bardzo cieszy). Fred zrobił żurek na obiad, potem poleżakowaliśmy sobie poobiednio. Obejrzałam do końca pierwszy sezon Czarnej żmii (odcinek o zarazie aktualny, szczególnie motłoch w sądzie, który kwiczał w podnieceniu za każdym razem, gdy oskarżyciel podnosił głos). Kotu zmiany czasu nie wytłumaczę, wrócił po jedenastej wieczorem, wcale nie spóźniony ;) Małżonek daje mu właśnie kolację nucąc motyw przewodni z Bajek z mchu i paproci.

sobota, 27 marca 2021

466. Twelve months of chasing sheep.

Z rozmowy przez messenger: Rodzice są zapisani na szczepienia w swojej gminnej przychodni, za parę tygodni tata będzie kłuty Pfizerem, mama kilka dni wcześniej AstraZenecą. Poza tym dzisiaj zostały wycięte dwa bukszpany (w tym jeden naprawdę stary) zieleniące się w tajemniczym kocim ogrodzie. Rodzice mieli dosyć nierównej walki z ćmą bukszpanową.

U nas za oknem dmucha i plucha, robię sałatkę jarzynową i gotuję rosół oglądając kozy wspinające się na tamę i puchate pingwinie dzieci. Boli mnie gardło i ogólnie czuję się tak sobie, to dobry klimat na Czarną żmiję z 1983 (dwa pierwsze odcinki) — późniejsze sezony były lepsze, ale trzeba od czegoś zacząć. Rosół przyda się jutro Fredowi do komponowania żurku, sałatkę upycham do lodówki i w siebie. Już późno, gdy rozmawiam z Kaś Matką Kotom, która mi obwieszcza, że służba zdrowia w Polsce padła. Nie mam powodu nie wierzyć, to ona jest służbą zdrowia. I właśnie wtedy Kaś pisze mi, że zwolniła się z pracy.

piątek, 26 marca 2021

465. Piątek na dobry humor.

W pracy przyjemne obiboctwo, u Sziwan była dyskretna hospitacja, u Luizy zrobiłam sobie maseczkę z białka na twarz. Przez tydzień nie będzie zajęć, wracamy po lanym poniedziałku. Po pracy już na mnie czekał gulasz wołowy uczyniony mężowską ręką, gdyż tak mam dobrze w życiu. 

Po obiedzie wybraliśmy się razem do sklepów, żeby dokupić makaron i cheddar. Pogoda była jednocześnie słoneczna i chłodna, podobnie jak wczoraj padał grad, za to na zatoce zobaczyliśmy trzy kutry (krewetki żerują). Tuż przed zachodem słońca uderzył w nas porywisty wiatr znad Atlantyku, faktycznie idzie zmiana.

Fred zadzwonił do Ka, który zaszczepiony kilka tygodni temu AstraZenecą dostał potwierdzenie drugiej dawki (czyli szczepionka wróciła do łask). Rozmawiałam też z Anek, po długiej przerwie, więc była to aktualizacja ostatnich kilku lat. Ona już dwa lata w innej pracy (starą rzuciła z dnia na dzień przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, bo trzeba się szanować), zadowolona jak zawsze, ponieważ to miła dziewczyna jest. Dobrze choćby online podtrzymać dawne znajomości.

czwartek, 25 marca 2021

464. Dzień z Nickiem.

Z rana rozmawiałam z mamą, tatko trochę źle się wczoraj czuł, dzisiaj był już na chodzie. 

Słuchałam płyt Nicka Cave'a, tych, które mamy w naszym zbiorze (tylko pięć). Zrobiłam listę albumów Cave'a i Davida Bowie wartych kupienia, wyszło mi 12 pozycji. Tymczasem Fred zamówił kolejną paczkę z Empiku, która za kilka dni wyląduje u moich rodziców. Jest w niej prezent dla taty, najnowsze wydanie dwutomowego atlasu ptaków autorstwa Kruszewicza.

Nie chciało się mi wychodzić na spacer, forpoczta chłodnej pogody zapowiadanej na weekend zdecydowanie mnie od tego odwiodła. Więc ziewam. Tuż przed zachodem słońca z czarnej chmury spadł grad, a Rysiowi po dietetycznym poranku wrócił apetyt.

Po długich poszukiwaniach filmu na dzisiaj trafiliśmy na Matnię (1966) Polańskiego, który po Nożu w wodzie kolejny raz chciał pokazać, że morze jako scenografia to dla niego bułka z masłem. Dorleac miała świetnie obcięte włosy. Sam film mnie znudził. Miałam wrażenie, że wszyscy aktorzy grają Polaków, a reżyser udzielił ekipie wskazówki: wyobraźcie sobie, że jesteście w Ustce. Bardzo dziwne. Bardzo.

środa, 24 marca 2021

463. Drobny, popołudniowy deszcz.

W pracy robię równania kwadratowe i się tym cieszę, kto by pomyślał. Gdy skończyłam swoją zmianę, rozpadało się za oknem, tak jak to kot wieszczył od rana. Kotu warto wierzyć, nawet, gdy początek dnia jest bezchmurny i rozśpiewany (świt wstaje już naprawdę wcześnie).

Fred wrócił z pracy w nocy, później niż oczekiwał. To było najprawdopodobniej jego ostatnie zlecenie w marcu, ponieważ dzisiaj anulowano mu jutrzejsze, a nowych propozycji na razie brak. Do świąt będzie więc siedział w domu ze swoją ulubioną żoną. Tymczasem po obiedzie Kochany poszedł odpocząć, a ja obejrzałam przedostatni odcinek Poirota, The Labours of Hercules (2013).

Po odpoczynku i kawie razem obejrzeliśmy Allena, bo gdy nie bardzo wiemy, na co filomowo mamy ochotę, Allen jest bardzo poręczny. Złote czasy radia (1987) sprawiły mi dużą przyjemność, sentymentalne, inteligentne kino z naprawdę dobrą Mią Farrow. Poza tym od kilku dni chodzi za mną piosenka All the Madmen Bowiego, więc w ciągu dnia wysłuchałam jej kilkakrotnie, razem z całą płytą z 1970 roku.

'Cause I'd rather stay here / With all the madmen / Than perish with the sad men roaming free / And I'd rather play here / With all the madmen / For I'm quite content they're all as sane as me.

Jeszcze wczoraj wieczorem Norbert napisał do mnie krótko, że on i Andrzej złapali covida. Mieliśmy dzisiaj pogadać, ale wiem tyle, że oboje czują się źle i nie ma sensu tego drążyć.

wtorek, 23 marca 2021

462. Lowkey.

Do wczesnego popołudnia w pracy. W międzyczasie przed komputerem zajadam obiad. Kończę połączenie akurat, gdy Fred wyjeżdża do Dublina. Po rozmowie z mamą (upewniłam ją co do nowych dat przylotu) obejrzałam w oryginale jeden z odcinków Poirota z trzynastego sezonu, 13.3, Dead Man's Folly (2013). Znałam. Szaro na zewnątrz przez cały dzień, a ja potrzebuję się wyspać.

poniedziałek, 22 marca 2021

461. Co się odwlecze ...

Przed południem byłam w biurze, żeby podpisać godziny wypracowane w ostatnich czterech tygodniach, pierwszy raz weszłam do budynku, chwilę porozmawiałam z Lorejn. Z mężem ładnie spożytkowaliśmy resztę czasu w Drołdzie. W Bootsie kupiłam upiększacze oczno-cerowe (będę testowała true match L'Oreala w kolorze vanilla, tej samej firmy maskarę i tusz do brwi), a dla Freda w innym przybytku dwa balsamy po goleniu Chanel (Bleu i Allure). Zrealizowaliśmy też wczorajszy pomysł na spacer — z kawami i lemon drizzle z Costy pojechaliśmy do Oldbridge. Ciasto przydało się do dokarmiania ptaków w parku (dwa gangi, zięb i wron, jedna malusieńka modraszka).


W parku uprzątnięto zeszłoroczne badyle, drzewa owocowe są przygotowane do nowego sezonu, ale na razie kwitną tylko narcyzy, powoli rozkwitają rododendrony. Zrobiliśmy kółko po ogrodzie za murem, i drugie kółko przy polu bitwy.


Dwa razy rozmawiałam dziś z mamą. Pies rodziców już po zabiegu u okulisty, spokojnie odpoczywa w domu.

Obejrzeliśmy Śpiocha (1973), to jeszcze nie Allen w rozkwicie, ale trochę slapsticku wieczorem krzywdy nikomu nie robi. Tym bardziej, gdy po filmie człowiek musi zalogować się na stronie Ryanaira i po raz enty odłożyć wylot do Polski. Termin: druga połowo sierpnia. Racjonalizacja: wcześniej nie, bo rodzice cyklinują podłogi, ale i tak mi przykro.

niedziela, 21 marca 2021

460. Jaśniej.

Śniłam biograficzny serial o ... Dance Wałęsie. Ale my też tam byliśmy. Fred, jak zwykle elegancko ubrany, zamówił dla nas (bez Danki) hotel na godziny ;D

Wyjechaliśmy z domu w południe, Lidl, Tesco, Costa. Był pomysł, żeby wypić dobre flat white chodząc nad Boyne, ale parking w Oldbridge okazał się już przepełniony, więc stanęliśmy awaryjnie przy Townley Hall. Po przerwie kawowej zajrzeliśmy do Woodiesa i wyszliśmy z pustymi rękami, nie ma lawend i żurawek, ani ławki takiej, jakiej Anna szuka do swojego ogródka. Podskoczyliśmy do centrum miasta, Fred chciał w polskim sklepie kupić coś dla Thomasa. Gdy po powrocie do domu odpaliłam piekarnik, przez te mężowskie zakupy zmienił się plan na obiad. Thomas obdarowany słodyczami przybiegł z rybką na gorąco:

Wracając jeszcze do Costy, Eric nadal pracuje na floorze, zmężniał, dryblas z niego teraz, i dobry chłopak, ale to drugie jak zawsze. Na zmianie były Andrea i Eva.

Po południu zrobiło się chłodno, na spacer wyszliśmy w kurtkach, ale i tak był to bardzo miły, nieco senny dzień, bez wiatrów smagających wybrzeże. W drodze do plaży obok nas przejeżdżał samochód, który przypomniał Fredowi o koledze z przedszkola wbiegającym do klasy z okrzykiem Lancia Stratos! 

Przed siódmą wieczór nadal jest jasno.

sobota, 20 marca 2021

459. W trymiga.

Po późnym śniadaniu w czasie picia kawy zauważyłam Annę wracającą z porannego obchodu, więc wyszłam ją zaczepić i przy okazji na progu wdepnęłam w sporą paczkę, nie wiem jak i kiedy przegapiłam dostawę. Oczywiście powiedziałam zaraz sąsiadce o zbliżających się urodzinach, a i kot na swój sposób poopowiadał jej różne rzeczy, kręcąc się przy jej ciemnych spodniach, robiąc fikołki i prowokacyjnie wystawiając brzuszek  nie-do-miziania. W paczce, która przyszła z Oranmore, zamówionej zaledwie w środę rano, było ceramiczne naczynko do mate, bombilla i kilka próbnych yerb oraz słoiczek dulce de leche. Być może będę jeszcze korzystała z yerbamate.ie, dostawa była szybka, uprzejma i bezbłędna. W czasie rozmowy przyłączył się do nas na chwilę Majkel Anne. Nie wygląda dobrze.

Byliśmy nad morzem. Dzisiaj już więcej ludzi i trochę chłodniej, nadal spokojnie, pięknie. Zajmujemy się swoimi sprawami, podlewamy kffiatki (nadal czekam na kwitnięcie pipita), Fred delektuje się pierwszą yerbą, wieczorem oglądamy Ćmę barową (1987) z Mickeyem (poetyckość wprowadza wątek kiczowato-życzeniowy, ale stany upojenia i degenaracji pokazane zostały mistrzowsko). 

piątek, 19 marca 2021

458. Weekend tak szybko.

Wstałam do pracy wyspana, herbata, śniadanie, robimy, co musimy (Saren już kiedyś poznałam, dzisiaj w końcu uczestniczyłam w jej zajęciach). Fred pierwszy raz w tym roku, w pięknym słoneczku, skosił dziczejący trawnik. Skończyłam pracować o drugiej i wybraliśmy się na lunch na plaży (po tym jak Katlin siedząc na murku krótko wprowadziła nas w temat swojej choroby). Rozsiedliśmy się na wydmie w celu testowania fish & chips:

Jakieś szkraby taplały się w morzu, trochę spacerowiczów, więcej klientów kawiarnio-frytkowni. Odpaliłam kamerkę i poopowiadałam mamie, co u nas, co widzi i słyszy, przeprowadziłam ją tak przez całą wieś pokazując co ciekawsze egzemplarze wiejskiej architektury. Tutaj słoneczko i brak wiatru, a w Polsce w tym czasie padał śnieg. Z njusów zwierzęcych: mały Maksiu będzie miał w poniedziałek operację oka (czyli zaś coś). Z njusów covidowych: mama zrezygnowała z najbliższego terminu szczepienia, bo wypadłoby zbyt blisko świąt.

Gdy już byliśmy w domu, do drzwi zapukał Thomas — dostaliśmy od sąsiada świeżą rybkę na jutro. Pochwaliliśmy się mu obiadem z budki, która należy do jego córki. I high five. Anna akurat wyszła skosić swoją część trawnika i też uczestniczyła w tej krótkiej sąsiedzkiej pogawędce. Nie wiedzieć kiedy i jak, znowu zaczyna się weekend. Fred przed dziesiątą wieczór pichci sałatkę grecką po Fredowemu.

Moje Bridal Crowns:

czwartek, 18 marca 2021

457. Rekonwalescencja po górze.

Nie mogłam wczoraj zasnąć. Nie wiem, czy to ciśnienie, czy w głowie nadal szłam, ale czułam taki niepokój, że jeszcze z dwie godziny męczyłam się w łóżku z nastrojem i mdłościami. Obudziłam się wcześnie, poczłapałam do kuchni i przegladając internet wypiłam kubek ciepłej wody. Dopiero, gdy wróciłam do łóżka i przytuliwszy się do Freda zasnęłam na godzinę, odpoczęłam za całą noc. Wstałam o dziesiątej, może nie gotowa do wielkich czynów, ale przytomna i znośnie obolała. Poza dużym praniem i krótkim wyjazdem do Lidla po kilka obiadów do przodu, nie dokonaliśmy dzisiaj niczego ważnego. Góry zasnuły się chmurami. Pewnie maintenance.

Podczas naszej wczorajszej nieobecności przepięknie mi rozkwitły pierwsze pełnokwiatowe narcyzy, kremowe Bridal Crown. Pipity nadal zbierają się w sobie.

środa, 17 marca 2021

456. Patryk na Slieve Foy.

Z rana Fred zerwał się przed budzikiem — gdy wybrnęłam z łóżka mąż krzątał się w kuchni i był, jakby to powiedziała babcia Mania, na poszykusiu. Spodnie na tyłku, jak rzadko o tej porze, a jego właściciel robił nam kanapki i cytował Brzechwę (coś o kaczce i tasiemce). Rozmawialiśmy też o tym z iloma pingwinami musielibyśmy walczyć (na łebka), gdyby wszystkie osobniki z Antarktydy napadły na Irlandię. Po śniadaniu, po dziesiątej, przy dźwiękach piosenek Vana Morrisona pojechaliśmy do Carlingford, do Aś, która uraczyła nas trunkami niealkoholowymi, następnie zapakowała się z nami do autka. Udaliśmy się w kierunku Windy Gap, gdzie leży Długa Kobieta. Samochód został na parkingu, a nasza trójka przeszła grzbiety gór do głównego szczytu, a potem zeszła przez przygodne błotko, łąki, zagrody i wieczorne miasto aż do domu przyjaciółki.







Gdy przed ósmą Fred z Aś pojechali sprowadzić nasz samochód z górskiego parkingu, połączyłam się na chwilę z rodzicami. Miła wiadomość — w ostatnim badaniu histo u Niuni nie wykryto nic podejrzanego. 

Aś nas jeszcze nakarmiła sałatką z kurczakiem i po dłuższym zamulaniu trzeba nam było w drogę, z Davidem B. bo tak łatwiej. Matko nóg nie czuję!