Strony

czwartek, 31 października 2024

1780. The wolf is sleepy.

Pani Stempelek 3 (hebanowa) była przebrana za królewnę Śnieżkę. Królewna Snieżka usłyszawsze zamówienie o 7:25 zabrała się najpierw za robienie kawy na wynos i pewnie nawet nie musiałam jej mówić, że zaraz wrócę i zapłacę, ale powiedziałam :) Praca w Jamie łatwa jak zwykle (założyłam swojego wilkołaka tylko na chwilę, za gorąco), w drodze do/z czytałam Tortilla Flat Steinbecka i dokończyłam książkę po południu, jeszcze na dworcu. W domu czekał na mnie pyszny gulasz, czegóż chcieć więcej? Zanim Kochany zdążył wrócić z pracy, ściągnęłam nowego audiobooka Ewy Woydyłło o przydługim tytule, Zakręty życia (coś tam coś tam). Za darmoszkę, bo za pieniążki to bym pewnie aż tak bardzo nie chciała. Mam więc materiał do słuchania na jutro, pewnie szybko to łyknę.

Cały wieczór napierdalanie fajerwerkami. Szkoda, że zwyczaje zmieniły się tak bardzo na niekorzyść. Osobiście mi to loto, ale cały czas mam z tyłu głowy, że zwierzaki są zdegustowane. Obejrzeliśmy z Kochanym 1/3 Rękopisu znalezionego w Saragossie (1965) Hasa, kontynuacja jutro. Jestem zmęczona, zamierzam noc duchów wyleżeć na wznak.

***

Rok temu (gdy nie miałam ochoty na nic) z ówczesnego month in pics pozostały mi takie skrawki, które właśnie odnalazłam:


Ziemia się poobracała i zaraz znów wskoczymy do listopada; jeszcze tylko rzut okiem na piździernik'24:

środa, 30 października 2024

1779. W domu.

Dzień bardzo jesienny, szaro, dość ciepło, w tle ciągle słychać świst sztucznych ogni (dzieciaki już świerzbi, noc halloweenowa rozlewa się na cały tydzień). Bán nas odwiedził, najwyraźniej dyskretnie patroluje ogródek po wujku Rysiu, zajrzał też na chwilę do domu (tym razem zaproszony):

Śmierć lorda Edgware'a (1985) z Ustinovem to taki film, że wymaga prasowania, albo jakiegoś innego zajęcia; tak też się stało, nieco odgruzowałam tapczan na którym zalegało pranie z ostatnich kilku tygodni.

Korzystając z ciepłej szarości wyszłam na chwilę do ogródka, żeby odchwaścić donice ze sparaksisami (podłużną) i iksjami (okrągłą). Podpisałam je nawet, mam nadzieję, że deszcz nie zatrze śladów do nowej wiosny.

Kochany zrobił obiad, upichcił gulasz wołowy na jutro i wyjechał kupić chleb; wrócił po ćmoku z bukietem białych róż za pazuchą. Po mojej stronie trochę papierologii, ale krótko, postanawiam nie iść przed wozem i nie robić więcej, niż ma to sens. Kilka razy odpowiedziałam na wiadomości od Safron, która zaczęła coś za mną tęsknić; zadałam szefowej jedno pytanie na które oczywiście nie umiała mi odpowiedzieć; książka na dobranoc.

wtorek, 29 października 2024

1778. Idziemy razem.

Obudziłam się godzinę przed budzikiem, a jakże.

Dostałam propozycję robienia całego poniedziałku, zamiast pracy w odcinkach. Zgodziłam się, choć nie wiem jak dzieciaki to zniosą ;). Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie, zaparkował na tej samej ulicy i poszliśmy na lunch do CG. Po obiedzie była jeszcze kawa i ciastko w Czarnej. Dobrego mam męża, czułego; jakoś próbowaliśmy znieść to popołudnie; rok temu zginął Ryszard (Bán jakby wiedział, przylazł z samego rana, dla odmiany cały czyściutki, nawet uszy miał umyte). A dzień podobny jak rok temu, szarość, niespodziewany chłód, miasto pełne ludzi, Halloween spirit all over, sporo buskerów wzdłuż głównej ulicy, nie jeden jak zwykle, ale kilku po obydwu stronach.

Zadzwoniłam do mamy po czwartej naszego czasu. Mama siedziała w samochodzie i czekała na rozwój akcji, bo dosłownie kilka minut wcześniej tatko wyszedł z psem do lecznicy. Czatowałyśmy tak z czterdzieści minut i nic się nie działo, tylko po tamtej drugiej stronie zapadła noc. Wiadomości z domu: Rozalka czuje się lepiej, wczoraj dostała jeszcze jedną kroplówkę, tym razem podskórną, ale już jej wraca normalny Rozalkowy napęd. Podobno w szpitalu znalazła sobie kolegę z którym miauczała przez ścianę, mała gaduła.

W kinie domowym obejrzeliśmy Grzeszny żywot Franciszka Buły (1979) Kidawy. Scenografia czy też pokazanie życia cyganerii i codziennej śląskiej patologii jak najbardziej spoko.

Wracając zaś do Maksia, zadzwoniłam po godzinie, okazało się, że Maksio jednak nie będzie miał operacji. Źle to wygląda, guz na wątrobie i gdzieś tam jeszcze coś tam, szczegółowe wyniki będą za kilka dni. Tymczasem pies znudzony usg zasnął do góry nogami i zaczął chrapać. Kiedy wrócił do domu, ze smakiem zjadł kolację. Nie ma sensu martwić się rzeczami o których nic nie wiemy.

poniedziałek, 28 października 2024

1777. W kawałkach.

Odkryłam, że żubry online można też obserwować przy paśniku na terenie nadleśnictwa Browsk. No i super, więcej żubrów, więcej spokoju i szczęśliwości. Wydaje mi się, że to stara lokalizacja, ta którą śledziłam wiele lat temu. Różnica taka, że Kobiór to Śląsk, a Browsk to Podlasie; do miejsca podlaskiego mam ogromny sentyment.
___
edit 12:40 Kochany pojechał kupić paszę. Dokończyłam czytać Cursed Bunny Bory Chung (Honford Star, 2021) i niestety muszę przestać jutrać, bo jutro jest coraz bliżej. Do roboty.
___
edit 15:22 Po obiedzie (makaron z pesto) Kochany wybiegł na dwór z pudełkiem ferrero roche, nieco już nadjedzonym, i złożył Anne spóźnione życzenia urodzinowe. Dołączyłam, chwilę rozmawialiśmy, m.in. o tym, że koty jakieś na nas na pewno czekają. Zaskoczyła mnie łagodna pogoda, nie jest słonecznie, ale też nie wieje, może pójdziemy na spacer.
___
edit 17:30

___
edit 19:20 Przez to, że oglądałam mietczynskiego robiącego dwa razy spaghetti bolognese, słuchamy teraz płyty Jethro Tull, Stand Up (1969). Nie dzwoniłam do tatki, jak tam z koteczką, bo nie ma sensu ludzi stresować, i tak niczego nie przyspieszę. Dzień dobiega końca (spacer był całkiem przyjemny, duży odpływ, mało ludzi). O tej porze jest już zupełnie ciemno. Z rzeczy sensownych, wysłałam list z oficjalnym zapytaniem o możliwości rejestracji w towarzystwie zawodowym. Znalazłam też fajną książkę z tekstami na jutrzejsze zajęcia, może się spodoba. Żubry podlaskie zjawiły się przy paśniku, podjadły i układają się do drzemki. Po kolacji, spocznij. Trzeba rozłożyć matę.
___
edit 22:00 o tej porze jest już późno, spać się chce. Fred bardzo długo rozmawiał ze Stu, potem zreferował mi najważniejsze punkty, w tym harce świekry, które nas omijają, bo relacje syna z matką są raz na zawsze ustalone. Stu ma się chyba dobrze, po raz kolejny Kochany wystosował w jego kierunku zachętę do kilkudniowego pobytu u nas (może na wiosnę?).

niedziela, 27 października 2024

1776. Zaleganie na tapczanie.

Przestawienie godziny na czas zimowy, w smartfonach automatycznie, w innych zegarkach trzeba samemu i jeszcze się nam nie chciało. Trudno. Jak będzie się wstawało, okaże się w praniu od wtorku. Na razie leniwy dzień toczył się powoli od śniadania do obiadu bez wielkich wydarzeń, potem zresztą to samo.

Po obiedzie obejrzeliśmy na Ninatece Między nami dobrze jest (2014) Grzegorza Jarzyny, przedstawienie na podstawie Masłowskiej. Pani, która weszła z całymi drzwiami, złoto po prostu, zresztą ogólnie Masłowska grzebie w ranie polskiej bardzo umiejętnie, dlatego wielką pisarką jest.

Rozmawiałam z tatką; walczy o tę Rozalkę, walczy. Dla podratowania nastroju obejrzałam kolejny vlogoween Gosi; w takim samym celu Kochany kupił bilety na Nicka Cave'a, mówiąc do mnie uprzedzająco Kochanie, kupuję bilety na Cave'a. Zerknęłam na żubry online: żubrów brak (polana w Jankowicach, nadleśnictwo Kobiór), słychać jedynie sygnał karetki gdzieś w tle. Paśnik online w nadleśnictwie Babki również działa, ale tam też na razie pustki. Będzie na co patrzeć i czego słuchać, gdy spadnie śnieg. Z domu nie wychodzimy, bloguję, zbijam bąki, jutram.

sobota, 26 października 2024

1775. Sobota wychodna.

Obudziłam się bardzo wcześnie rano, trochę nie mogłam zasnąć, a potem jak chrapnęłam to prawie do dziesiątej. Po śniadaniu poszliśmy z Kochanym na spacer nad morze (pogoda nareszcie możliwa), po drodze sfotografowałam wyłysione gawronie drzewo oraz nowe "groby" z kośćmi wystającymi z trawnika. 

Spotkaliśmy Paula, brata Caroline, który wykazał się bardzo dobrą pamięcią.

Rozalka jest na razie w domu, w poniedziałek wraca do szpitala; jeszcze nic nie wiadomo, wprawdzie zjadła parę chrupek, ale sytuacja jest cały czas poważna. We wtorek będą się z kolei ważyły losy Maksia. Mama przy okazji wspomniała, że będąc na cmentarzu spotkała moją biologiczkę z podstawówki, zupełnie niepodobną do siebie. Rak. Tymczasem pogoda w Polsce piękna, dwadzieścia stopni, słońce, nie ma sensu umierać.

Tak sobie rozmawiałam z mamą, a Kochany robił obiad (spaghetti z sosem), więc mąż też dorzucił kilka grzybów do dyskusji. Gdy skończyłam, zaskoczyło nas pukanie do drzwi. Katlin przyprowadziła niezależnego radnego (facet wygląda, jakby miał zęby z Turcji; znam go ze sprawy Rysiowej), przywitaliśmy się, poskarżyliśmy się na drzwi i łazienkę, skarga została odnotowana (bardzo to było miłe ze strony sąsiadki).

Na wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot. Po dyskusjach herbacianych próbowaliśmy we trójkę obejrzeć Figuranta (2023) Glińskiego, ale temat nas zmęczył w kilka minut (czy Karolek Wojtyła może coś zrobić źle/nagannie? Bez potrzeby oglądania całości domyśliłam, że nie w tym scenariuszu). Od Jot mamy słoiczek domowego dżemu z jabłek.

piątek, 25 października 2024

1774. Plany, choroby, ploty.

Mam wolne do wtorku (w poniedziałek jest u nas bank holiday z okazji Halloween), Kochany też będzie kilka dni pod rząd moim Kochaniem domowym, ruchy więc mamy wolne, niezobowiązujące. Po południu wybyliśmy na zakupy spożywcze, przed całą procedurą zachodząc do Costy. Gdy tak sobie siedzieliśmy na piętrze, niespodziewanie znalazł nas Ka (był w pracy, towarzyszył klientowi, nie mogliśmy dłużej rozmawiać), umówiliśmy się na sobotę.

W domu małżonek serwuje kalafior z beszamelem na obiad. Posilona, gruba jak bania, zadzwoniłam pod wieczór do taty i tutaj wiadomości dostałam niepokojące: mała Rozalka bardzo się rozchorowała, jest w szpitalu pod kroplówką. Kto by się spodziewał. Możliwe, że zatruła się jakąś rośliną zniesioną na zimę do domu. To taka pocieszna koteczka, bardzo mam nadzieję, że wyzdrowieje i będzie wesoła jak dawniej :( Mama przesypiała stres, tatko był ożywiony, właśnie wybierał się na rozmowę z weterynarzem.

Nareszcie odbyła się długo odkładana wideokonferencja z Luś. Konferencja łóżkowa, bo obie leżałyśmy pod kołdrami, co nie przeszkodziło nam nawijać przez minut pięćdziesiąt dwie. Kochany w tym czasie tworzył. 

Co jeszcze? Miły mój przez trzy dni jest na antybiotyku oftalmologicznym, do tego wykupił preparat nawilżający. Oko chyba ciut lepiej, wieczorem pomagam Fredowi pociapać się tym czymś w rodzaju maści.

czwartek, 24 października 2024

1773. Bulgotanie.

Tak pracować to mogłabym codziennie. Żadnych zakłóceń, na odchodnym zamknęłam Jamę i Kochany już na mnie czekał w bocznej uliczce (z prezentem w postaci trzech par skarpet, Pringlesy i RL), polski sklep i do domu. Na obiad miałam resztki z wczorajszej uczty. Irytująca jest jedynie kwestia wypłaty, payslip znowu się opóźnia. Oczywiście, moja głowa coraz bardziej się tym nakręca (ja pierdzielę, ile można spędzić czasu nad jednym papierkiem dla trzech osób), niemoctwo szefostwa coraz bardziej mnie wkarwia. Wszyscy pracują nad tym, żebym miała motywację do zmian :]

Kochany był znowu u dochtóra z oczkiem, i mu dochtór zmienił krople, najwyraźniej samozadowolony, że jego kuracja działa. Za trzy tygodnie ma być pięknie; lepiej dla dochtóra, żeby było.

Marksistka się odezwała i pokazała swoje trzy szczury, oraz przedstawiła je z imion. Mają już wyjebiastą kwaterę, plany hamakowe, i tak dalej, tylko nazwa dla centrum dowodzenia nie została jeszcze ustalona. Poza tym, gdy tak sobie wymieniamy opinie na messengerze, jako szybką reakcję Marksistka ustawiła trumienkę ⚰️. Halloween, indeed.

Z różnych możliwości wybraliśmy na seans wieczorny film Zaorskiego, Pokój z widokiem na morze (1977); no proszę państwa, pierwszorzędne kino psychologiczne o którym w ogóle nie słyszałam, how come? Nie planuję niczego czytać, głowa jeszcze nie ta, bulgocze mi pod deklem od różnych emocji, ale idzie ku lepszemu. Chyba. Maybe. Może i tak.

środa, 23 października 2024

1772. Powolne ożywienie.

Śniłam, że zatrzymałam samochód, żeby uratować przed rozjechaniem zwierzę, którym okazała się mikroskopijna papuga nimfa. Mieszkaliśmy z Kochanym w bloku ze szklanymi ścianami, salon wyglądał jak wielki balkon. Jakieś interpretacje?

Wstałam późno, małżonek był już na nogach, rozpoczęłam dzień zieloną herbatą i piosenką o kotach jedzonych w Springfield. Nadal jestem osłabiona, najchętniej wróciłabym do łóżka. Kawa; spa stóp. Trochę nam schodzi, nie myślę za dużo, coś tam rozmawiamy, aż nagle przed drugą Kochany proponuje nalot bez ostrzeżenia na Aś. Nalecieliśmy :D Jechaliśmy przez góry usiane białymi kropkami owiec, brązowe od zeschniętych paproci, zielone zgniłą zielenią starej trawy. I widzieliśmy osły (Kochany zawrócił na wąskiej drodze, żebym mogła im zrobić zdjęcie).

Aś chwilowo nieobecna. Zrobiliśmy niewielkie kółko po wsi, żeby się przekonać, że nasze ulubione miejsce jest zamknięte; obiad zjedliśmy w tradycyjnym irlandzkim pubie, Carlingford Arms (u Freda roast, u mnie dewolaj, do tego champ i duszone warzywa).

Środek tygodnia, w knajpie ruch środkowotygodniowy, że aż ciepło się robi na sercu: w głośnikach stare przeboje, na ekranie serial w telewizji państwowej, przy barze jeden lokales, a kuchnia działa (nawet mieli świeże ostrygi). Po lunchu spiknęliśmy się z Aś. Dobrze u niej, nowiny głównie pozytywne, nadal jest Pewna Osoba, rodzina zadowolona, są koty, więc było okazanie zdjęć, że długowłose. Z sentymentem myślę o czasie, gdy widywaliśmy się częściej, ale życie jest dobre, więc nie ma co szukać dziury.

Powrót przez góry i doliny już przy zachodzącym słońcu.
Góry w chmurach, doliny w wodzie.

Wieczorem rozmowa z Usz. Poza tym Kochany odpakował Ferdydurke (1986), skończyliśmy oglądanie po dziesiątej. Dzisiejsza wyprawa dobrze mi zrobiła, przynajmniej nie słaniałam się po meblach i nakaszlałam trochę poza domem. Jutro znowu trzeba się spiąć.

wtorek, 22 października 2024

1771. Notatka dokończona.

Wróciłam z pracy głodna i zmęczona, wciągnęłam zupę pomidorową z pieczywem czosnkowym i czekając na powrót Kochanego tak zmarzłam z przyczyn nieznanych (nawet na krótką chwilę skuliłam się pod kołdrą, ale nie pomogło), że aż musiałam się ratować wrzącym prysznicem. Oglądam dziwne rzeczy, w rodzaju PKF 67/45B, potem skrollowałam telefon. A teraz siedzę tu i szamię sałatkę kupioną przez męża, bo się mi przypomniało, że ogólnie jadłam niewiele. Skoro umyłam zęby, a i tak podjadam nocnie, to mogę dokończyć notatkę, pomyślałam. Nic się dzisiaj nie wydarzyło. Miejsce obok Kochanego jest milusio ciepłe. The end.

poniedziałek, 21 października 2024

1770. Poniedziałki wracają.

Budziłam się kilkakrotnie, w końcu wstałam o siódmej, zakropiłam misiowi oczko (Kochany zaraz wyjeżdżał w swoim kierunku), włączyłam laptopa i zaczęłam słuchać NDR Kultur. Akurat leciał szósty odcinek Kalte Füße (Francesca Melandri, w czyt. Niny Kunzendorf; niemiecki mi śniedzieje, dlatego). Miałam w głowie rozpisany poranek: serfowanie, herbata, odpisywanie, lekkie śniadanie, o dziewiątej ustalenie co mam na zajęcia & zrobienie rozpiski, o dziesiątej ubieranie się, może deser (mam coś na deser?), druga herbata, po jedenastej wyjście na przystanek. Plan zadziałał prawie prawie, tylko zirytował mnie emilek od szefowej. Na przystanku Eugene Gej i sąsiadka (chyba po wylewie, bo chodzi o kuli). Znowu mam szczęście, mili ludzie, do tego ciepło i słonecznie.

W Centrum jak to w Centrum, niezbyt długo, z uśmiechem Giocondy piję hektolitry bardzo rozwodnionej herbaty i nie daję się wyprowadzić z równowagi, gdyż nie warto.

Kochany miał dzisiaj szczepienie przeciw covidowi, więc o czwartej wyszedł z pracy i mógł mnie zabrać z miasta. We wsiowej przychodni kolejka do szczepienia, osób z piętnaście, jak twierdzi mąż (nie było gdzie usiąść, wszyscy po nanochipa). 

Zadzwoniłam do domu zapytać jak tam z Maksiem, tymczasem zabieg przeniesiono z powodu choroby personelu. Miałam nadzieję, że skoro nikt nie puszcza pary z ust, to wszystko się udało, a tu taki gips. Mały głównie śpi, ma jeszcze tydzień czasu.

niedziela, 20 października 2024

1769. Ashley.

Sztorm przyszedł tuż przed drugą w nocy, połamał mi chryzantemy, potem przez pół dnia udawał, że go nie ma i wrócił o trzeciej po południu. Do tego większość dnia zapchany był odpływ w kuchni, Kochany udrożnił go po powrocie z pracy. Nadal wściekle wieje, prąd jako tako mamy, światło przygasło tylko na chwilę. Za ścianą w ogrodzie sąsiada rozpacza jego pies, pewnie ze strachu przed zjawiskiem

Mam jakieś materiały na jutro, więc pozwalam sobie na kontynuację mentalnego i emocjonalnego lenistwa. Dokończyłam tylko oglądanie The Black Tower z Artem Malikiem, binge-watching trzech odcinków, oraz chwilę czytałam Borę Chung.
___
edit 20:05 wjechała czarna herbata z cukrem i cytryną, rzadko pijam, więc mam z tego dużo frajdy. Jeszcze nic robienie, słuchanie buszującego wiatru, siedzenie niedaleko Freda, który relaksuje się po pracowitym dniu.
___
edit 22:00 na deser rozmowa z Krakusami, którzy chcieli Fredowi zwrócić pieniądze, a przy okazji jeszcze czatowaliśmy sobie o tym i owym, planach, górach i historiach. Wcześniej rozmawialiśmy z Kochanym o ewentualnej podróży w okolicach świąt; wylot w kierunku stolicy małopolski byłby ciekawym rozwiązaniem logistycznym, tylko na razie bilety są zbyt drogie, żeby na poważnie ekscytować się tą myślą. Sprawdziłam kiedy kupowałam bilety w ostatnich dwóch latach, jest jeszcze czas na przemyślenia i podejmowanie ostatecznych decyzji.

sobota, 19 października 2024

1768. Chyba będziemy żyli.

Wyskoczyłam z łoża, żeby zakropić oko mojemu misiu (krople trzymamy w lodówce) przed jego wyjazdem do pracy i już tak zostało. Jest o wiele lepiej, wprawdzie kaszlę, ale nie mam takiej mgły we łbie. Zaczęłam oglądać starego Dalgliesha, The Black Tower (1985), jak do tej pory trzy odcinki i trzy trupy, super. W międzyczasie odbyłam drzemkę, długą i pokrzepiającą. Mózg działa normalnie. 

Wieczorem dodzwoniłam się do rodziców. Wieści: Maksio będzie miał w poniedziałek operację i nie wiadomo, czy przeżyje, bo serce ma bardzo słabe (mama mierzy mu ilość oddechów za pomocą specjalnej aplikacji); rodzice wycięli Malince wrastający wilczy pazur, już się z nim nie męczy wielka gapa; tatko ma od lekarza długi plan wypiękniania zębów (mama stwierdziła, że wszystko będzie nieomal w cenie samochodu); zamówienie z Empiku przyszło kompletne (jest najnowsza Masłowska, Tokarczuk x 2, płyta Prońko, i tak dalej). U nas ekscytacji mniej, ale przy okazji dowiedziałam się, że idzie na nas pierwszy sztorm sezonu, Ashley; poza tym Fred przypomniał sobie, że w czwartek pytała o mnie pani Stempelek (zawsze to miło). Ach, i test na covid wyszedł mi negatywny.

Wciągnęła mnie genealogia, zaczęłam robić rozpiskę dziwnych przemieszczeń tajemniczego prapraprapradziadka Macieja. Niektórzy mają ciekawych przodków, ja mam samych wędrownych biedaków. No i co zrobić? Siedzi w genach ;) 

Może jeszcze jeden Dalgliesh? Mózg nadal pobudzony, szuka zajęcia.

piątek, 18 października 2024

1767. Chowam się.

W czwartek wieczorem miałam spać, zamiast tego wciągnęłam jeszcze pierwszy długi rozdział autobiografii Herberta w ebooku, którą dostałam od Wu. Książka autorstwa Franaszka ma dwa tysiące stron, więc nie wiem, kiedy ją skończę, na chwilę obecną czytam trzy książki.

Rano pobudka po ósmej, jakieś sny głupie, nos zatkany, na szczęście Kochanie moje jest obecne, więc aż tak nie lamentuję nad swoim losem. Jemy obiad o trzeciej, bo czuję, że coś muszę jednak zjeść. Z rzeczy prostych i głupich, w sam raz dla mnie dzisiaj do pojęcia, obejrzałam film Kariera (1954), propagandówkę z czasów późnego Bieruta. Fakticznie, cymesik :D Poza tym chowam się i zakapturzam, nawet przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby tak przesiedzieć do wiosny (za oknem szaruga jesienna w najbardziej odrażającym wydaniu). Tylko żeby kaszel minął, bo to nie jest zabawne 👎

czwartek, 17 października 2024

1766. Kupa.

Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Byłam jednocześnie zadowolona, że nie poszłam do pracy i zła, że nie poszłam do pracy. Nos zatkany, kaszlę, nie mogę się jasno wysłowić. A potem coś robiłam, nie wiem co. Usiłowałam oglądać filmik z Lucy Worsley o śmierci Jane Austen — aktywność dość mnie znudziła, zaczęłam czytać przywiezioną z Polski Tortilla Flat Steinbecka — fabuła mnie irytowała (dzisiaj słabo toleruję ironię, szczególnie taką, którą wszyscy inni wydają się nie za bardzo łapać, mam pretensje i do autora i do świata). Czyli deficyty uwagi indukowane przeziębieniem. Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy ziemniary z jajkami sadzonymi i buraczkami z polskiego sklepu (mój Anioł nie wiedział, które będę dobre, więc kupił dwa różne słoiki buraczków). Wieczorem trochę radochy za sprawą Krakusów, którzy zadzwonili, gdyż Starsza Latorośl miała marzenie butowe. Marzenie butowe zostało spełnione. Przy okazji poruszony został temat grudniowego koncertu w grodzie Kraka. Ach, ach, pora spać, ale spanie też nie wydaje się atrakcyjne, jakież cienszkie życieeee.