Do popołudnia siedziałam przy komputerze nasłuchując głosów (w przerwach nasłuchiwania doczytałam Księgę Kapłańską do końca, bravo to myself!). Za oknem pogoda przecudna, raczej bezwietrzna, wiosenna, z dźwiękami wielogodzinnego koszenia trawy. Gdy tylko mogłam wyrwać się z pracy, zaczęłam pichcić obiad, żebyśmy po czwartej najedzeni wyszli na spacer. Jedzenie, herbaty i wyjazd w kierunku długiej plaży:
wtorek, 16 marca 2021
455. Widoki.
poniedziałek, 15 marca 2021
454. Mistrz drugiego planu.
Powolny poranek, kawa po śniadaniu, spacer z mężem. Ryszard jak zwykle wystartował do towarzystwa i na koniec kociego patrolu okulał pod domem Judżina. Widząc jak do niego podchodzę, teatralnie przewrócił się brzuszkiem do góry, ale żadnego fukania, plucia i łapoczynów, które mu się zdarzają w sytuacjach bólowych. Wtulał się we mnie zadowolony, gdy niosłam królewicza-pączka do domu. Zdecydowaliśmy, że skoro kot żyje i nawet zaczyna mruczeć idziemy na drugi spacer. Właśnie znikaliśmy za rogiem, gdy zobaczyłam jak Ryszard wybiega z ogródka i żwawo próbuje nas dogonić na czterech zupełnie sprawnych łapach. ??
Takie coś poznajdywane na plaży:
Skorupa udekorowana żywymi pąklami, w środku ktoś, pustelnik być może. Ale co to jest to niżej?? Tyle pytań ...
Po powrocie ze spaceru Fred zniknął w sypialni na regenerację, a ja wysłuchałam wczorajszego koncertu Orlińskiego & Capella Cracoviensis w ramach festiwalu Opera Rara. Dostałam od Hebiusa jeszcze dwa pliki do przesłuchania, zeszłoroczne występy Orlińskiego w Aix-en-Provence i koncert na otwarcie sezonu Opery Narodowej :)
Późnym popołudniem do Rysia przyszedł Bán i koty bawiły się przed domem. Wygląda na to, że nasz puchatek ma boyfrienda. Dwie Blade Twarze z okien naprzeciwko zatkało.
Pewnego razu w Hollywood (2019) Tarantino — mówią, że rozwlekłe, a mnie się bardzo podobało. Kot nie mogąc się pogodzić, że prawie trzy godziny zajmujemy mu sofę robił za mistrza drugiego planu. Rozpychanie się, łażenia nad głowami, w końcu pół godziny szeleszczenia papierową torbą.
niedziela, 14 marca 2021
453. Leniwy nurt.
Tabular Bells Oldfielda (1973) o poranku, potem Fool's Mate Hammilla (1971). Po kaffkach i mojej rozmowie z mamą oraz Fredowej rozmowie z ciocią Ce deszczowa niedziela popłynęła swoim leniwym nurtem. Małżonek wziął się w towarzystwie dźwięków Sepultury za pichcenie gulaszu wołowego, ja dalej w tkwię w klimacie peerelowskiego kampu, tak więc Ostatni kurs (1963) Batorego — Mikulski w berecie z antenką, w tle gdzieś tam Szwecja do której uciekali z Polski tylko defraudanci, jak wiemy, rrright?
Na obiad same delicje, Fredowy gulasz w towarzystwie gnocchi nafaszerowanym pesto, do tego tzatziki (dzisiaj ponownie, bo grecki jogurt już wyszedł z daty i trzeba działać błyskawicznie). Nasyceni pojechaliśmy do spożywczych po czarną herbatę i inne gwałtownie zniknięte niezbędniki. Upijam się tą herbatą po powrocie (wracaliśmy drogą przy rzece) i rozmawiam z Luś, Fred też prowadzi telefoniczną dyskusję ze starym kumplem, Jackiem, którego ostatnio widzieliśmy 2 lata temu, w Wawie. Luś siedzi na kwarantannie, jej mama w szpitalu, gdyż szwagier dopiero tydzień temu odkrył, że covid najbardziej roznosi się przez kaszel i to dlatego od roku ludzie noszą maseczki.
A skoro znowu o pandemii, od dzisiaj w Irlandii zawieszono podawanie szczepionki AstraZeneca, co prawdopodobnie jeszcze bardziej wydłuży czekanie na naszą kolejkę.
sobota, 13 marca 2021
452. Gdzieś pewnie się dzieje.
Z rana słoneczko za oknem świeci, w oknie kot wystawowy, mąż śpi, w głośnikach Beatelsi śpiewają na Revolverze (1966). Sobotę spędziliśmy bezwyjściowo, mimo słońca było wietrznie i zimno. Najbardziej aktywny z naszej trójki okazał się Rysio, który kilka razy wyruszał na patrol. Gdy Fred wstał na kawę, zagrała nam płyta the best Dexys Midnight Runners, Let's Make This Precious (2003). Wyprane ręczniki tylko chwilę łopotały na wietrze. Musiałam je zdjąć przed obiadem, żeby sobie w konsumpcji nie przeszkadzać obserwacją burawej chmury, która w końcu przytelepała się z zachodu. Na świecie pewnie się dzieje, ale nie u nas. Wieczorem było Party przy świecach (1980), kolejny film ze scenariuszem Himilsbacha (dopiero dzisiaj zauważyłam, że zagrał w nim Dziędziel).
Mamy z Fredem mocne postanowienie poprawy — chcemy chodzić spać o tzw. ludzkiej porze. Czy muszę dodawać, że kiepsko nam idzie? Sobotę kończę rozmawiając przez messenger z Danką. To raczej rozmowa uaktualniająca naszą znajomość, niż bogata w info o byłej pracy i znajomych. Danka mieszka na miejscu, ale wyautowała się z relacji, które jej nie służą. Szanuję.
piątek, 12 marca 2021
451. Piątek, łikendu początek.
Poznałam jeszcze Sziwan. Porządne irlandzkie imię, ichnia wersja Joanny. To tyle na ten tydzień z nowości pracowniczych, teraz weekend. Skończyłam wcześniej niż w dwóch poprzednich dniach i po drugiej czekałam już na męża, który wyjechał po zakupy spożywcze.
Dzisiaj testowaliśmy na obiad meatballsy w sosie bolońskim. Spodziewałam się beznadziei, a tu proszę, dwa dania ze słoika połączone do kupy okazały się całkiem jadalne. Po obiedzie i kawie poodziewaliśmy się w deszczoochronne tekstylia i pojechaliśmy w kierunku Annagassan.
Wielki odpływ. Na płyciźnie w zatoce przy Port Beach jeden kuter, w Annagassan na horyzoncie kutrów siedem. Wymyślaliśmy dialogi krewetek przestrzegających się przed polującymi "krewetkowcami".
— Ja bym tam dzisiaj na twoim miejscu nie wypływał, Stefan wypłynął i nikt go wiecej nie widział.
— Stefan, jak Stefan, cała rodzina Krystyny też zniknęła!
Gdy doszliśmy do wraku i właśnie robiłam mu fotki Fred odkrył, że chyba zgubił obrączkę. Wróciliśmy po swoich śladach do miejsca, gdzie ściągał rękawiczki. Kamyczki i muszelki, tysiące zmielonej drobnicy, znalezienie w nich czegoś tak małego to wyzwanie. Na dodatek właśnie w tym czasie spadł na nas konkretny deszcz, pomaszerowaliśmy szybko do samochodu, ja z pocieszającą myślą, że przed wyjazdem widziałam obrączkę męża na półce w łazience, a jak nie, to mam plan nr 2. Stanęło na moim planie nr 1 :)
Chyba wyczuwamy klimat Patryka, bo w ciągu dnia grali nam Rory i Luke. Wieczorem słucham Abby the Spoon Lady opowiadającej o hobo. Jako takie zajęcie w czasie tygodnia powoduje, że cieszę się na weekend. Bardzo mi jest z tym dobrze.
czwartek, 11 marca 2021
450. Dzień wolny.
Sztormowy wiatr, który wczoraj bawił się karmnikiem dla ptaków, rozłączył mi na chwilę internet w czasie pracy, a w nocy turlał po ogródku puste wiaderko po farbie, nieco tylko zelżał.
Kocham Cię, moje szczęście, drze się Fred przez otwarte okno samochodu, gdy odjeżdża do pracy, żeby za chwilę zadzwonić do drzwi, bo jego plecak został w domu. Po wyjeździe męża wzięłam do obczytania na szybkie cyk Mistrza. Absolutnie, zbiór kilku wspomnień o Młynarskim (2017). Gdy mi Fred zadzwonił, że on u siebie zaraz zaczyna, właśnie kończyłam tę niewymagającą, błyskawiczną lekturę.
W ciągu dnia słuchałam i obejrzałam kilka rzeczy. Karolina Żebrowska opowiadała mi o tym jak w XIX wieku kobiety radziły sobie z menstruacją, a gdy prasowałam Poirot rozwiązał kolejną zagadkę w drugim odcinku trzynastego sezonu pt. Wielkia czwórka (2013). Dzień wolny od pracy zawodowej. Fajnie jest wrócić. Na wieczór rozsiadłam się do filmu, ale w efekcie niczego nie wybrałam. Mycie zębów i spać.
środa, 10 marca 2021
449. Wdrażam się.
Dzisiaj ponownie czas zapoznawczy, tym razem Teresa i Vincent, oraz nowa aplikacja z kalkulatorem naukowym dostarczała mi sporo frajdy, choć po prawdzie to nic tam nie robię. Wdrażam się, tak to się chyba nazywa. Kot w tym czasie włazi na biurko i złazi, włazi i złazi, pcha się do kamerki. Straszne ma parcie na szkło to nasze puchate futro.
Dwa filmy zrobione w roku 1972 roku, Wiebowzięci i Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy obejrzeliśmy po obiedzie. Oboje mamy wizję tamtych czasów sprzeczną z popularnym ujęciem życia biednego, ale uczciwego i wesołego. Himilsbach opisując żałosnych wałkoni może nie miał takiej intencji, niemniej świetnie zobrazował nędzę i brud życia w PRL-u.
Aś przesłała mi link do pierwszego odcinka Stress Control Session. Nie znalazłam w nim zbyt wiele nowych rzeczy, cieszę się jednak, że ona pracuje nad tematem. Być może zobaczymy się w okolicach św. Patryka. To już za tydzień.
Wyciągnij mi Pismo Święte a ja idę umyć pisię — Fred uznał, że to zdanie warte jest zacytowania na blogu. W Projekcie Biblia zacięłam się na Księdze Wyjścia jeszcze w trzecim tygodniu stycznia. Dzisiaj powróciłam, bez wielkiego entuzjazmu, z determinacją z którą czytam tępą literaturę. Chcę przeczytać i przeczytam, choć główny bohater jest tu po pierwsze fatalnie skonstruowany, jeśli można mówić o świadomym konstruowaniu (bo raczej czuję duży wpływ przypadku), po drugie nie znajduję w nim przymiotów i intencji, którymi obdzielają go różne opracowania. Autorzy piszący opracowania czytają więcej innych opracowań niż tekstu źródłowego, ot co.
wtorek, 9 marca 2021
448. Wszystkie okazje.
Śnią mi się jakieś androny, jak zawsze, gdy niby jestem spokojna, ale wewnętrznie spięta. Tymczasem dzień pracowniczy przebiegł przyjemnie i bez wybojów. Poznałam bliżej Luizę i Caron, oraz Deana i Dionę. W trakcie miałam długą przerwę, więc nawet chwilę połączyłam się z Martaszką, żeby zapytać, co tam u niej. U niej wiele się nie zmienia.
W ciągu dnia wzmagał się wiatr. Jutro mamy się spodziewać sztormu, który zawija do nas od zachodu. Fred w czasie mojej pracy pojechał po zakupy i przywiózł mi piękny bukiet róż z wszystkich okazji. Mimo wszystko jestem tym siedzącym dniem trochę poturbowana, więc najpierw dla relaksu obejrzałam wczorajszy odcinek 1000-lb Sisters, który kończy ten sezon, a potem Fred wynalazł mi w sieci Konesera (2013). Bardzo pięknie sfotografowany film, aczkolwiek konstrukcja nieco rozlazła. Wybaczam, bo ma fajne zakończenie, nie to, tylko to wcześniejsze.
edit 23:00 z Fredem trochę poprawiamy ten scenariusz, panie Tornatore.
poniedziałek, 8 marca 2021
447. Dzień Kobiet.
Tatko obudził mnie, gdy nad zieloną herbatą ze zjeżonym włosem próbowałam sennie dojść do wiedzy jak na yt grupuje się subskrypcje. Złożył mi życzenia i podzielił się informacją, że gdy wracał z miasta po podwiezieniu mamy, dwa razy zatrzymywała go policja do kotroli trzeźwości. Dzień Kobiet po polsku. Krótko rozmawiałam też z babcią.
Po śniadaniu (do kawy zjadłam świeżego sconesa przyniesionego właśnie przez Majka) zmierzaliśmy z mężem do plaży jak dwa szaro-tęczowe leniwce. Ja z kolorowymi rękawiczkami, Fred w czerwonym kubraczku 4F. Mam takie poczucie jakbym wstała po bardzo męczącym, ale przyjemnym dniu, jestem skonana wczorajszym spacerem, co dookreśla rozmiary mojego zimowego zasiedzenia. Nie robiłam zdjęć, człapałam obok męża trzymając go za rękę.
Gdy Fred przygotowywał steki zaczęłam czytać Teethmarks On My Tongue. Uświadomiłam sobie, że książka Eileen została wydana w roku jej śmierci. Myślę, że to będzie czytanie solidnie rozłożone w czasie, planuję się trochę podelektować.
Tak w ogóle to cofnęłam się pamięcią do marca zeszłego roku, gdy pandemia dopiero nabierała rozpędu, a my stołowaliśmy się w Canale. Kilka dni temu zauważyłam zmiany na szyldzie, restauracja najprawdopodobniej nie przetrwała.
Na jutro nastawiam budzenie. Dzisiaj filmowo nie wchodzi nic cięższego ponad starą kobrę Szmagiera, Zapalniczka (1970) z Fronczewskim, w której milicja jeździ mercedesami. Taki tam krótki seans dla śmichu z demoludowym rozmachem. Fred będzie robił do późna fasolkę po bretońsku, która pokrzepi mnie jutro przed pracą.
niedziela, 7 marca 2021
446. Jesteśmy rodziną.
sobota, 6 marca 2021
445. Radość z muszelek i wizyta ducha.
Sobota senna i spokojna, nieco jaśniejsza niż poprzednie dni. Po długiej rozmowie z rodzicami i babcią (szło o sprawy różne, sytuację w Polsce, szelki Freda i motywację do szczepień) podjechaliśmy z mężem na długą plażę. Chłodno, kurtka założona na kurtkę powróciła do łask.
Po obiedzie (makaron z pesto) w końcu przeniosłam z telefonu ogrom zdjęć zrobionych w ostatnim czasie, gdyż małżonek kupił był stosowny kabelek. Siedzę więc przy laptopie, zrzucam zdjęcia i słyszę kota, który spaceruje po kuchni, pciup pciup pciup, tymi swoim miękkimi łapulkami. Kot obszedł moje krzesło, wskoczył na tapczan i dopiero wtedy na niego spojrzałam. I się okazuje, że zniknęły mu wszystkie rude ciapki. Bo to nie Rysio. Późniejsze zdjęcie:
Rysio obudził się w sypialni, przetarł oczy i udał się za niespodziewanym gościem, który onieśmielony naszą nagłą atencją wyszedł przez okno. Od Anne dowiedziałam się, że biały duch ma na imie Bán, jest kotem jej fryzjerki, i podobno wczoraj bawił się z Rysiem (tak mówiła Katlin). Czyli wpadł na chatę do kumpla, spytać how's he doing. Fred wszystko to zrelacjonował Usz, gdy po niespodziewanej wizycie z godzinę gawędził z siostrą. Potem Kochany nagotował nam białej kiełbasy na kolację, następnie ja pod prysznic i byłam ready, żeby obejrzeć z mężem film polecony przez Usz — Nowy początek (2016). W porządku, najbardziej podobała się mi intelektualna marność bohatera kolektywnego wobec potęgi nauki. Niby wiadomo, i co z tego wynika?
piątek, 5 marca 2021
443-444. Kondensacja.
Staff meeting nie trwał dłużej niż godzinę, było to luźne bla bla bla, przyzwyczajam się do imion i twarzy, ogólnie jest w porządku. Po obiedzie dłuższa drzemka. Nocą z czwartku na piątek pod wpływem impulsu przeczytałam pozostałe kilkaset stron Paragrafu 22 Hellera (Albatros, 2000) do końca, zajadając o północy razem z Rysiem kanapki z masłem, szynką i pomidorem (Rysio poprosił o dwie kanapki bez chlebka, bez masełka i bez pomidorków). Od tego momentu zaczęło się jakieś apogeum aktywności mojego mózgu, które zaliczałam na poczet czwartku, a był to piątek, pierwsza nad ranem. Zapłaciłam wcale jeszcze nie zaległy (piąty dopiero się zaczął) rachunek za polski telefon i szukałam atlasu z polskimi ptakami w prezencie dla taty. W tym czasie Fred był w Dublinie. Wyobrażałam sobie, że nocą wraca do samochodu zaparkowanego gdzieś obok Zielonego Stefana i nie robiło mi się od tego miło. Dublin nocą jest zupełnie inny niż Dublin za dnia. Oczywiste więc, że przed drugą słuchałam Płyty tatarskiej Karoliny Cichej (2017), aż do domu wszedł mąż.
Jak na takie dziwne pory snu, w piątek wstałam bardzo wcześnie. Dostałam dzisiaj maila z nowym adresem gmailowym przeznaczonym wyłącznie do pracy, oraz plan zajęć na następny tydzień. W samo południe na zoomie Boosting My Personal Resilience with Sinead Gaynor. Nie było to niemiłe, ale przecież wiem, jak o siebie dbać. Od razu przypomniałam sobie o Aś i chwilę rozmawiałyśmy przez messenger co tam u niej. U niej różnie, leki chyba działają. Od poniedziałku nie spacerowałam, bo jest szaro i zimno, dzisiaj też podjęliśmy decyzję, że zamiast plaży robimy wyjazd po zakupy na weekend. Wieczorem rozmowa z tatkiem. I oglądamy z Fredem Synekdochę, Nowy Jork Kaufmana (2008), to jest film do niejednej dyskusji.
środa, 3 marca 2021
442. Nada.
Od trzech dni niebo tonie w szarościach. I nic takiego, dzień spędzony w domu. Nie spacerowałam, nie oglądalam niczego, zrobiłam pranie, słuchałam trochę muzyki i uczyłam się szwedzkich zaimków. Delektuję się herbatą z cytryną i myślą, że jeden z narcyzów już prawie wypuszcza pączek.
Kochany przed pracą i z pracy wysyła mi fluidy miłości.
wtorek, 2 marca 2021
441. Już marzec?
Trochę mnie zaskoczył :)
Brałam udział w drugiej części kursu Child Protection, zajęło mi to kawałek popołudnia. W tym czasie na zapleczu nie objętym czujnym okiem kamery Fred zrobił sobie obiad, posłał mi całusa i wyjechał do pracy. Pośród drobnych robótek domowych wygłaskałam kota i obejrzałam kolejny odcinek 1000-lb Sisters, w którym Amy urodziła Gage'a. Nie wiem jaki algorytm zawiódł mnie do wykładu Marka Jacksona dla The Royal Society o społecznym pochodzeniu kryzysu wieku średniego, ale to nim kończę dzień.
poniedziałek, 1 marca 2021
440. Highs and lows.
Kot był zamknięty w kuchni, żeby nie pacać Freda łapą na dzień dobry, więc rano obudziło mnie jego mędzenie za drzwiami. Zielona herbata, odpalenie laptopa i potem sennie szwendam się po wirtualnym świecie ze szczególnym uwzględnieniem używanych książek, które można byłoby kupić w Irlandii. Wiem, że się tu nie mieścimy i gdy przywieziemy wszystkie książki, które kupiliśmy w Polsce, będzie sajgon. Ale i tak czytam o Tove Jansson, żałuję, że jej listy zostawiłam u rodziców, szukam pierwszego wydania Trollvinter, po szwedzku oczywiście, gdyż nie znam tego języka ;)
Ze zmianą karmy dla ptaków wyraźnie zmienili się ogrodowi goście. Oprócz szpaków regularnie pojawia się spora banda wróbli, oraz para opasłych grzywaczy, które wydziobują ziarna lądujące w trawie.
A potem bolały mnie zatoki.
Już po wyjeździe Freda w kierunku Dublina odkryłam niedooglądany przeze mnie odcinek Poirota otwierający trzynasty sezon, Słonie mają dobrą pamięć (2013). Fabuła ma swoje highs and lows, za to ubrania, filiżanki, fryzury, krajobrazy, ech! Zastanawiam się teraz czym zwieńczyć notatkę. Nic nie przychodzi mi do głowy. Do jutra.















