Strony

niedziela, 18 maja 2025

1979. Bążur.

O widzisz to jest tak, czapeczka do pracy (Fred zakłada tyłem do przodu kaszkiet Kangola), a tu czapeczka na głosowanie (Fred zakłada army cap Kurtza). 

Z rana małżonek rozmawiał z Aś, bo nadal szukamy prezentu dla mamy (może wszystkowiedzący smartwatch? Aś jako partnerka Azjaty stała się cennym źródłem wiedzy o markach, których nie umiem wypowiedzieć). 

Kolejny słoneczny dzień w Irlandii; już widziałam kilka memów o tym, co się dzieje, gdy zrobimy pranie wszystkiego i nie ma co robić, a tu nadal pięknie. Kochany właśnie wyjechał do pracy na dziewiątą.
___
edit 10:45 pięknie, pięknie. Gdyby Fred był w domu, może nawet chciałoby się nam posiedzieć w ogrodzie zalanym słońcem. A tak to leniwie; wywiesiłam kolejne pranie, sprawdziłam rozkład jazdy autobusów (wyruszę do Drołdy dopiero po trzeciej; podobnie jak półtora roku temu, "nasza" komisja jest w Okonelu), rozmawiałam z mamą (oni też będą głosowali później, bo aura nie zachęcała do porannego wyjścia z domu). 
___
edit 13:45 Aaaaaaa, zamyślenia nie są dobre, zamyślenia przypalają obiady! Musiałam wykoncypować na poczekaniu coś innego. Kartoffeln z jajkiem sadzonym, resztki wczorajszych buraczków, taki jest plan, git. Fejsbuczek mi podpowiada, że rodzice w południe czasu lokalnego wbili się na głosowanie (dokumentacja zdjęciowa jest, jak się należy).
___
edit 16:20 autobus zjawił się o czasie. Zaskakująco dużo ludzi jechało do miasta; z drugiej strony, mijaliśmy wieś zupełnie zastawioną samochodami, nawet najdalszy parking był pełny. Tymczasem deptak w Drołdzie w porównaniu z dniem powszednim mało ludny. Towarzystwo siedzi po kawiarniach, wśród nich ja.
___
edit 20:15 ależ wszystko potoczyło się ekspresowo: Kochany przebrał się, zabrał mnie spod Czarnej, szybko pomknęliśmy na Richmond St North (małżonek zaparkował niedaleczko, pod Donagh O'Daly house); w środku żadnej kolejki, po listach widać było, że największy tłok już się odbył; oddaliśmy swoje głosy i do domu, z chwilowym przystankiem na zakupy w Tesco.

Wróciliśmy na chwilę przed ogłoszeniem pierwszych przewidywań, a te są niestety bardzo przykre. O ile wynik alfonsa zupełnie mnie nie zdziwił, bo twardy elektorat jest odporny na rzeczywistość i ma dobrze zorganizowaną bańkę informacyjną, o tyle faszyści na miejscu trzecim i czwartym pokazują upiorny kierunek myślenia sporej części wyborców. Cóż, nie tylko w blogosferze odstaję.

sobota, 17 maja 2025

1978. Sennie.

Po wstawieniu prania wyszłam na poranny, godzinny spacer nad morze i nie zrobiłam ani jedniusieńkiego zdjęcia, bo przez ten czas rozmawiałam z mamą. U nich deszcz i nudy, u mnie słońce i nudy (Kochany wyjechał do pracy na ósmą). Dzień senny, drzemię, piję kawę; mama zadzwoniła jeszcze raz po południu, żeby powiedzieć, że znalazła ładny dom w naszej okolicy i kupuje ;) Kochany wrócił po piątej; obiad po szóstej. 

Gdy zbierałam pranie, na górce Rysiowej stał kos i tak na mnie spojrzał, jakby chciał zapytać: Przepraszam, a jabłka dzisiaj będą? Więc były; zaraz pan kos pojawił się z kosową i z widoczną radością zajęli się każde swoją połówką. Wszyscy zalatani, młode wróble już fruwają z rodzicami i uczą się korzystania z poidełka. Dobry jest taki spokojny dzień; tylko mam kłopot z czytaniem, odkładam to na później, które nie nadchodzi, bo ciśnienie leci w dół i oczy się zamykają. Chwilowo zafascynowałam się statystyką Eurowizji, tzn. lubię jak dodają te wszystkie punkty, to jest interesujące; bo jednak muzyka eurowizyjna najczęściej do słuchania się nie nadaje. 

piątek, 16 maja 2025

1977. Nie po drodze.

No i czy my jesteśmy normalni? zapytałam retorycznie wchodząc do domu o godzinie szóstej po południu. 

Kochany wręczył mi rano nowy pasek do spodni, czarną plecionkę Ospray (podkradałam mu jego pasek, bo mój stary zaczął pękać; prezent zostawiłam sobie na później). Pracka; po pracce; zarezerwowałam fryzjera, dorobiłam dwa klucze (z których jeden otwiera drzwi, a drugi wręcz przeciwnie). Poszłam na nabrzeże, skąd Fred zabrał mnie na wieś świeżo umytą Babcią. Najpierw pojechaliśmy do portu, na obiad z widokiem:

Po rybie z frytkami na chwilę zajrzeliśmy do domu (m.in. odkryłam sprawę bezużytecznego klucza). Kochany postanowił dokupić jaja we wsiowym automacie, ja postanowiłam się przyczepić jak ogon (tylko zmieniłam apaszkę na Milanówek i pasek na Ospray). Pojechaliśmy, kupiliśmy jajka, po czym skręciliśmy w prawo, miast w lewo. Kawa. 

Spacer (od kawiarni przez Clanbrassil — w likwidowanym sklepie zostały ostatnie z ostatnich butów — Yorke St, Chapel St, Roden Pl, przejście pod Thomasem Williamsonem, spacer Marshes Shopping Centre i powrót Marches Lower do parkingu pod Tesco). U2 w głośnikach, gdy śmigamy do domu. Godzina szósta się zrobiła nie wiadomo kiedy.

Wieczorem obejrzałam do połowy Przejrzeć Harry'ego. Kochany idzie wcześniej spać (ale dopiero po pokazaniu mi zdjęć góry Brandona z roku 2007, z Fredem jeszcze bardzo Srogim).

czwartek, 15 maja 2025

1975-1976. Nadganiam rzeczywistość.

Środa
Kochany kupił i zamontował nowy zamek do drzwi. Kamień z serca, bo ostatnio trudno je było zamknąć. Okazało się, że problem był nie mechanizmie, ale w tym jak wysoko zamek był osadzony; trudno, mamy nowy, we właściwym miejscu. Za to w pracy niewidzialny Harvey the Rabbit otwierał nam drzwi kilkanaście razy; wymiana szwankującej części odbędzie się dopiero w czerwcu. 

Kolejny dzień pięknej pogody. Zajrzałam do Saren, pośmiałyśmy się nawet, odwiedziłam też Safron (oczywiście, już jej się Kwietniowa nie podoba, taki człowiek).

Fred wykorzystał ładny wieczór bardzo praktycznie, skosił trawnik i wysadził resztę kwiatów; rozmawiałam z mamą; obejrzeliśmy krótkometrażówkę Kieślowskiego o siedmiu kobietach w różnym wieku.

Czwartek
Po pracy zrobiłam rundkę pieszą w mężowskie strony; na miejscu przy okazji kupiłam coś na obiad. Tak się dzisiaj grzebało, że zjedliśmy dopiero o siódmej wieczorem. 

Ptaszyny jak w malignie; pewnie wszędzie młode, skrzydlate towarzystwo uwija się nieprzytomnie; z ogródka nadal dochodzą przyjemne dźwięki ptasiej aktywności (wróble, gołębie, jaskółki; kogut pieje).

Głową jestem już w weekendzie, a może nawet dalej. Dopiero sobie uświadomiłam, że ani nie zadzwoniłam do fryzjerki, ani nie dorobiłam kluczy (jak zamierzałam zupełnie szczerze, notatki wszak zostały zanotowane). Czyli są rzeczy do odhaczenia na jutro, dzisiaj tylko pić i czytać.
___
22:15 miałam czytać, tak? Zamiast tego zapadałam w śpiączkę i byłabym się zapadła w całości, gdyby Kochany nie zadzwonił do swojej mamy. Przy rozmowie odbywającej się w tym samym pomieszczeniu uderzyłabym w kimono bez wahania, ale że wszystko odbywało się w Kuchniosalonie, Mózg zaczął słuchać, ciiii, co oni tam gadają? no słuchaj no, i przestań oddychać, bo sapiesz! Oczywiście, Fred zdał mi relację z różnych takich. Ale przede wszystkim było rozmawiane, że może wybierzemy się w tamtym kierunku na jesieni. Bardzo chętnie.

wtorek, 13 maja 2025

1974. Piękny dzień ...

... kusił i skusił. Z Drołdy pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, a potem do Blackrock na nie wiadomo co (spacer był, czyli jednak wiadomo).

Ponieważ zawsze dziwimy się światu, znaleźliśmy takie coś:

I to wcale nie jest muszla, tylko os sepiae, kość mątwia. 

W domku na obiad sklepowe krokiety; dupy nie urywały, ale mogą być. Ogólnie mam jak do tej pory dość spokojny tydzień pracowniczy: Szef jest dziwak, co bardzo dobrze mi współgra z moją własną dziwnością, praca zazwyczaj niezbyt stresująca, mam czas na zajmowanie się sprawami pobocznymi. Wieczorem piszę, podsłuchuję mężowskie rozmowy telefoniczne piąte przez dziesiąte i gapię się przez okno. 

Sąsiadka napisała mi wiadomość, że opiekuje się dwoma ukraińskimi kotami, do czasu aż ich właściciele znajdą dom, w którym będą mogli mieć zwierzęta. Zaszłam, zapoznałam się z rodzeństwem, piękne maluchy, bardzo odważne i żwawe:

Po powrocie od sąsiadki Kochany mi oświadczył, że się nam wykluły młode ;) Tzn. znalazł część skorupki jajka, najprawdopodobniej szpaczego:


Przy okazji inspekcji ogrodu się okazało, że ślimonie już wpierniczyły część łubinu i szałwi; odpowiedź jest stanowcza i bezwzględna.

poniedziałek, 12 maja 2025

1973. Rock star.

Poranny ból istnienia; chodniki mokre po nocnym deszczu.

I love your gear, look like a rock star, wasn’t sure I should ask you for an autograph or what, tak mi powiedział nieznajomy starszy pan, który szedł za mną, gdy zmierzałam (sunęłam, kroczyłam, gdyż nie był to zwykły marsz, o nie) po ser do polskiego sklepu. Stary, oliwkowy płaszcz (noszę go któryś sezon), na nogach cielaki i szerokonogawkowy spodzień z domowo zawiniętymi mankietami (pewnie były szyte na modelkę 1.90m), wełniany kaszkiet, mój ulubiony.

Nasze Malutkie Hrabstwo wygrało w niedzielę Delaney Cup, pierwszy raz od 68 lat. Oczywiście na mieście porykiwania. Dzisiaj już na całego, kto nie zdążył wczoraj wieczorem, porykiwał w południe; pub po sąsiedzku pełny w środku dnia, na mieście wiele samochodów z zatkniętymi flagami Wee County, przechodnie w okolicznościowych koszulkach, znajomi dogryzający supporterom Royal County, w Jamie nawet Szef, który nie ogląda meczy, wiedział o co chodzi (przy okazji wygłosił tyradę o wyższości GAA i rugby nad piłką nożną oraz związkiem tej ostatniej z kulturą przemocy). Zachęceni pogłosem, w domu obejrzeliśmy z Kochanym skrót akcji: chłopaki biegały jakby im płacono miliony euro, a po wygranej cieszyli się, jakby wygrali puchar świata (przechodni Delaney Cup to jest taka trochę większa waza na zupę).

Wracając do życia rodzinnego, wczoraj wieczorem odkryłam, że tatko zapisał się na Duolingo i uczy się niemieckiego. Rano sprawdziłam, czy to nie był sen. No nie. Niedawno zadzwoniłam do niego, żeby zapytać co to się stało. No nic się nie stało, tatko uważa sam siebie za starego Niemca, który na pewno zna niemiecki, więc aż tak bardzo nie musi się uczyć, ale chce ;)

Nie sprzątałam, obiad odgrzewany (do Fredowego gulaszu i kupnych klusek śląskich były ogórki małosolne z polskiego sklepu, mniam); jestem zmęczona; miałam coś pisać, coś czytać (Wyspa daltonistów Saksa została napoczęta), zbieram się powoli i z namaszczeniem.

niedziela, 11 maja 2025

1972. Bez energii.

Zasnęłam gdzieś po drugiej w nocy, obudziłam się przed ósmą i już nie mogłam spać, obrazki z podróży kotłowały mi się w głowie, musiałam je posortować, zobaczyć co się utrwaliło. Pranie zostało wrzucone do pralki dopiero po dwunastej, gdyż ruszam się jak mucha w smole (choć jednocześnie odpisuję, uaktualniam i przy tym nawet od czasu do czasu myślę). Ceremonie i ceregiele raczej powolne, do bagażnika zaglądam z trzy razy w poszukiwaniu własnej głowy. Buty zostały umyte i wypastowane na następny czas.

Kochany wstał, przejrzał zdjęcia, zareagował na zaproszenie do Ka, położył się na pół godzinki, choć ładna pogoda zachęcała, żeby rzucić to wszystko i wyjechać do Kisłowodzka. 

Oboje z pewnością nie mieliśmy ochoty na gotowanie obiadu, z pomocą przyszło nam Borzalino, w niedziele otwierane o czwartej. Dopiero, gdy zerknęłam do menu, przypomniało mi się, dlaczego chciałam tu przyjechać. Risotto grzybowe. Sporą część jak zwykle zabrałam do domu w ramach inwestycji w poniedziałkowe śniadanie. W czasie obiadu dziwny algorytm doprowadził mnie do odkrycia, że jedna ważna dla nas osoba, z którą od dłuższego czasu nie mieliśmy kontaktu, usunęła nas z listy znajomych na FB. Coś zaszło jakiś czas temu, ale nie wiemy co, kompletny brak danych. Niby trochę przykro, z drugiej strony niekoniecznie; ciekawe czy kiedykolwiek zagadka się rozwikła.

Wieczorem nadal ciepło, ale też deszczowo-burzowo. Zaraz po obiedzie wyjechaliśmy z Drołdy do El Paso; kręciliśmy się po mieście, nawet podjechaliśmy na chwilę do Blackrock (głównie po to, żeby zrobić zdjęcia gawronom). Ka miał w planach spacer z Piesełem i nie chcieliśmy poganiać jego rutyny. Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem przyjaciela, na zewnątrz stał Wojtek ze sprawą (a nawet ze sprawami, kilkoma pakunkami do przechowania). We czworo spędziliśmy ponad godzinę na rozmowie w kuchni; znowu wyprztykałam się z energii i do domu wracaliśmy w milczeniu (odwieźliśmy też Wojtka do akademika). 

All in all, niedziela poświęcona na dochodzenie do siebie i kurowanie zakwasów.

Postscriptum #1970-71.

Cork (mogłabym tu mieszkać, mogłabym)



Mallow, wieczór i poranek


góra Brandona i dalej przed się







Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Ale czy chciałabym tu być przy złej pogodzie? Czy chciałabym tu mieszkać na stałe?

1971. Do Brandona i z powrotem.

W domu byliśmy dobrze po pierwszej w nocy, doliczając do tego niespokojny sen poprzedniej nocy (spałam może trzy godziny), to nie był czas na pisemne uzupełniane wrażeń. A tych było sporo.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, nie potrzebowaliśmy budzić gospodarzy, zjedliśmy małe śniadanie, wypiliśmy płyny i około ósmej trzeba było nam ruszać w kierunku Killarney, gdzie byliśmy umówieni z Elizabetą i jej podopiecznym. Pogoda piękna, słonecznie, bezwietrznie, w dolinie rzeki Blackwater wstawała poranna mgła. Spotkanie w Killarney było zaskakująco pozytywne, acz krótkie. Dopiero co otworzono Brown Sugar Cafe, zasiedliśmy przy napojach i sernikach na ok. godzinną pogawędkę; nareszcie poznałam osobiście Kaja (mogłabym napisać, że do tej pory zawsze mi umykał, ale przecież Elizabetę też widujemy bardzo rzadko).

Po spotkaniu ruszyliśmy na azymut, trochę zaniepokojeni, że na horyzoncie jednak chmury. Pod górą zaparkowaliśmy po jedenastej. Od razu widać było, że tam wyżej pogoda z deka insza. Przez dłuższy czas szczyt Brandona skrywał się w chmurze. Szlak wiódł drogą krzyżową, więc łatwo było się zorientować, gdzie iść. Podejście zajęło nam dobre trzy godziny (często przystawaliśmy), przy czym od stacji ósmej bezustannie towarzyszyła nam już chmura zasłaniająca widoki. 

Tak pozostało do końca, usiedliśmy pod głównym krzyżem, piliśmy herbatę z termosu (na górze były jeszcze dwie pary patrzące w chmurę), Fred marzł, więc zaczęliśmy zejście. Ech, gdybyśmy byli tam o jakieś półtorej godziny później, widoki w końcu zaczęłyby się odsłaniać, od czasu do czasu rejestrowaliśmy to rozpogodzenie będąc już na dole.

Po wspinaczce Kochany powiózł nas trasą widokową; przystanęliśmy przy plaży Wine Strand (Kochany potrzebował uzupełnić kalorie przed długą jazdą, rozłożyliśmy się z kabanosami i resztką herbaty w termosie). Miejscówka piękna sama w sobie, mogłaby być dobrym celem następnej wycieczki. 

A potem równie niesamowite widoki, bo wycieczka wiodła naokoło półwyspu Dingle, Slea Head Dr, przez Graigue, Radharc na mBlascaoidí, Tóchar Maothaithe (zatrzymaliśmy się przy pustelniach, ale niestety wrota był zamknięte na głucho) i tak turlu, turlu, po wąskiej drodze, aż do An Daingean. Obrawszy kierunek na Tralee, jechaliśmy przez Conor Pass (obowiązkowy przystanek):

Reszta drogi powrotnej trudna. Kochany podjechał pod Limerick, żeby wbić się na autostradę. Gdy ja przycinałam komara, Freda powoli zaczynała nużyć monotonna jazda w gęstniejącej ciemności (większy ruch pojawił się dopiero bliżej stolicy; na początku nawigacja wróżyła nam prawie cztery godziny jazdy i przyjazd po pierwszej w nocy, pomyłka była nieznaczna). Tylko na chwilę zatrzymaliśmy się pod Dublinem, żeby mąż mógł rozprostować kości i pobudzić się kawą, bo skoczne utwory the Pogues już tak nie działały. 

Kilka rzeczy wyciągniętych z samochodu prawie na śpiąco, prysznic i pod kołdrę.

piątek, 9 maja 2025

1970. W drodze.

Pakując się z rana i przeglądając plecak znalazłam w jednej kieszeni szczotkę do włosów (szukałam jej od roku), ciasteczko biscoff oraz ... kolejną szminkę nudziarską loreala, Velvet Rose, nr 378, prawie nieużywaną. Kiedy ją kupiłam? Nie wiem, pamiętniczek milczy. No trudno, biere (ze Szczotki Odzyskanej też się cieszę)

Jakby nie obracać mapy, wychodzi mi, że ostatni raz byłam w Mallow, gdy jechaliśmy z Kochanym w góry Kerry i mieliśmy plany związane z górą Brandona (nieurzeczywistnione). To był lipiec 2018. Znowu mamy plany związane z górą Brandona i czeka na nas Mallow.

Czyli rano w pracy była praca. Wyszłam, patrzę, a tu małżonek. Poszliśmy do polskiego sklepu, wykupić wołowe kabanosy. Potem podróż w dół mapy. Jesteśmy w Kildare Village i wsuwamy bruschettę.
___
edit 17:45 Jakby to powiedzieć? Siedzimy w Korku. Przy kawie (Costa na 6 Emmett Pl).

___
edit 20:30 W mieście dużym spacerowaliśmy do siódmej (statua upamiętniająca Rory’ego została obfocona). Przed ósmą znaleźliśmy się w mieście mniejszym. Siedzimy ze znajomymi we czworo, przy herbacie, wspominamy stare czasy (tak się tylko pisze, po prostu rozmawiamy o jakichś ogólnych sprawach, uaktualniamy informacje; zauważam, że nie wszystkie tematy pasują, np. widać, że gospodyni za bardzo nie chce rozwijać wątku swojej pracy, domyślam się gdzie leży trup i umiem być niezaangażowana ;)).
___
edit 23:00 smaczna kolacja (gulaszowa, pasta ze śledzia); niektóre plany uległy niewielkiej korekcie; gorący prysznic, ząbków umycie i spać na dmuchanym materacu już czas.

czwartek, 8 maja 2025

1969. Łeb do wymiany.

Pracowniczo trochę byłam zajęta; chwilowe kłopoty z kamerą, jakieś sprawy finansowe, które mnie jeszcze nie dotyczą, ale wymagały ode mnie spaceru za rzekę (odkryłam nową ścieżkę wśród zieleni), kilka osób, które czegoś chciały (zazwyczaj nikt nic nie chce) i to akurat dzisiaj, gdy Szef zrobił sobie wolne. Aura zdradliwie słoneczna; wprawdzie miałam ze sobą pork pie, ale na wyprawę za rzekę go nie wzięłam, duży błąd, zatoki zaraz się zorientowały.

Najlepszy z mężów w tym czasie upichcił gulasz na obiad, a potem pojechał do Aś zawieźć jej lucyfery. Wracając po lunchu zajechał do Drołdy i zwinął mnie z ulicy ;). Najedzona zerkałam w RTÉ na wybór nowego papieża. Wybór ciekawy, choć zachowawczy, pewnie będzie tak jak zawsze. Chwilę rozmawiałam o tym z mamą. Poza tym nie mam za bardzo siły; pokręciłam się chwilę po sypialni szukając rzeczy do spakowania na jutro i uszy szybko mi opadły. Bolą mnie zatoki; znowu trzeba będzie spać z łbem pod poduszką.

środa, 7 maja 2025

1967-1968. Plany, pudła, krastrofobia.

Wtorek
Kochany poczynił poważne plany weekendowe. Jeśli nic nie popsuje nam szyków, będzie chodzone (wiemy już też, że raczej nie spotkamy się z Elizabetą, gdyż jest w tym czasie zajęta). Z innych planów, zarejestrowałam się do dentysty w Polsce. Czyli niby nic pilnego, bo to za parę tygodni, ale sprawa mnie niepokoi na tyle, że zaklepałam miejsce już teraz. 

Środa
Och, bólu wstawania o szóstej (tym razem, bo Kochany mnie podwozi). Dokończyłam czytać Wired Our Own Way (New Island, 2025), antologię tekstów o doświadczeniu autyzmu. Poza tym wydarzeń brak—kolejne dwa dni słoneczne, na samym wybrzeżu nieco chłodne (inaczej ma się sprawa w mieście, spacery są przyjemne). Kochany zwinął mnie z ulicy, zrobiliśmy zakupy w Lidlu, pojechaliśmy do Costy; po powrocie na wieś jeszcze wizyta u rzeźnika rodzinnego (steki na obiad).

Rozmawiałam z mamą, wesołkowałyśmy z pół godziny. Mąż spędził dzień bardzo efektywnie, w rezultacie czego po obiedzie i rozmowie z mamą, zajęliśmy się wydobywanie z czeluści i zakamarków moich butów oraz umieszczaniem ich w nowym miejscu. Szesnaście pudeł kupionych z tej okazji zapełniło się w kwadrans; plastikowe boksy z pościelą zostały wywleczone i ponowie skitrane pod łóżkami. Matkobosko, mieszkamy w dziupli. Miało być więcej miejsca, nie widzę. Ale jest czyściej tam, gdzie zauważyłam, że jest brudno (nie chciałam za dużo sprzątać, więc nie byłam uporczywa w zaglądaniu, gdzie nie trzeba).

Po tym całym zamieszaniu Kochany wyszedł aż na dwór, żeby wyczyścić swoje piękne Tedy Bakery znalezione w jednym z pudeł. Rysio mógłby napisać: Czasami trzeba wyjść z domu, żeby nie mieć krastrofobii. Kiedyś miauę krastrofobie i to było straszne. Unikajcie, jak możecie. Tyle postów Rysiowych o sprawach ważnych nie zostało napisanych :(

poniedziałek, 5 maja 2025

1966. Wydarzenia poniedziałkowe.

Nie pisałam coś ostatnio o pogodzie? Uaktualniam, że słońce jest zdradliwe. Gdy przed południem wywieszałam w ogródku jedwabną bluzkę i dwa ręcznie prane topy z wełny, łatwo było mi uwierzyć, że liczby kręciły się blisko 10°C. Taki był też weekend, dlatego nie czułam się szczególnie zachęcona do samotnych spacerów. 

Zaczęłam dzień wcześnie i przez następne kilka godzin pozwalałam się sobie zdumiewać, że jest raczej wcześniej niż później. Odniosłam Anne jej kule do bocce, rozmawiałyśmy chwilę; w międzyczasie, od sąsiadki wyszłam do dobrze widocznych z jej okna trzech chłopców szukających piłki (kolejnej, która wpadła do naszego ogródka, tym razem na moich oczach). Oddałam im szmaciankę plus dwie inne, od kilku tygodni czekające na nich w krzakach; malcy byli chyba bardzo zadowoleni, że wyruszyli na tę niebezpieczną wyprawę. 

Czytałam dwie książki; po kilkudziesięciu stronach porzuciłam To the Lighthouse Woolf na czas nieokreślony. Nietypowo dla mnie, postanowiłam się nie łudzić i prawie natychmiast oddałam książkę do biblioteki, niech inni się nią cieszą. Może to jest jesienna lektura, albo nawet zimowa? 

Robiłam dzisiaj próbę makijażu oka. I ćwiczyłam, imaginujcie sobie, do długiego filmiku mietczynskiego o gotowaniu ramenu (są ludzie, którzy ćwiczą do filmików z ćwiczeniami, ale to nie ja). Kochany przyjechał, obiad został zjedzony, włos umyty, herbata z cytryną powoli się studzi do temperatury akceptowalnej. 

niedziela, 4 maja 2025

1965. Długie zymby.

Ma długie zymby, mówiła o mnie babcia Mania, gdy nie lubiłam czegoś jeść. Tak mi się nagle przypomniało w czasie wędrówek po sieci. Czyli wczoraj rano miałam długie zymby na to, co zobaczyłam w lodówce. Dzisiaj było już lepiej.

A skoro przypomniała mi się gwara wielkopolska, to zerknęłam na inne jeszcze słowa z mojego dzieciństwa: oczywiście chabas, pyrychochle, weka, kanki czy haczki zawsze były dla mnie zupełnie normalnymi słowami, gamułę używała jeszcze moja mama, chociaż ostatnio rzadko je słyszę, fajrantu używał dziadek Bronek, a latoś to słowo które wyraźnie pamiętam wypowiadane głosem prababci Marianki, która oczywiście ubrania i trzewiki oblekała. Kiedy byłam niegrzeczna (ja niegrzeczna?), to byłam nieusłuchana, a chora churlałam. Ale przede wszystkim miałam długie zymby na różne rzeczy. To po mamie, która też miała długie zymby. Taka natura widocznie z tymi zymbami

Wstałam, gdy Kochany już siedział w mundurze, po kawie, gotowy, żeby wyjechać do pracy. Zjadłam śniadanie, cudownie zmitrężyłam czas do popołudnia zastanawiając się nad autyzmem i genealogią (zaczęłam też w końcu czytać jedną z książek Woolf wypożyczoną z biblioteki). Potem dostałam od Anne takie piękne zdjęcie "a diamond of a cat":

To był mój pierwszy rok w Irlandii, Ryszard nazywany Stanleyem zaszedł najpierw do sąsiadów (zdjęcie jest z kwietnia owego roku), dopiero pod koniec lipca zapukał do nas.

Akurat odkryłam, że Fred jest piąte przez dziesiąte spokrewniony genetycznie z córką Kazimierza Kutza, gdy Ka zadzwonił, że właśnie przejeżdżają przez wieś i zatrzymali się na włoskie lody. Czyli miałam gości tuż przed powrotem Kochanego do domu. Siedzieliśmy na zewnątrz na zielonej trawce, Anne wyjeżdżająca do Drołdy pożyczyła chłopakom piłki, a w zasadzie kule do bocce, więc mogli się pobawić na terenie zielonym, podczas gdy Ka dopijał kawę. Znajomi odjechali, zrobiłam obiad, przyjechał małżonek, zjedliśmy. Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy o religii i polityce (czyli o księżach-pasożytach oraz o niebezpieczeństwie, że Karolek może zostać debilem nr 2; zgroza). Po zakończeniu tego połączenia Kochany zadzwonił z kolei do Perlistego. Czy się zobaczymy tego lata, tym razem u nas, na Wyspie? Za często piętrzą się trudności bez sensu, mamy nadzieję, że przyjaciel je przezwycięży.

sobota, 3 maja 2025

1964. Regeneracja.

Owsianka z dwoma bananami na śniadanie. A to dlatego tak mję się stało, że nie było w lodówce nic za bardzo jadalnego śniadaniowo (ni ma jaj, ni ma fasoli w sosie pomidorowym, dlaczego?). Zainspirowana przez Gosię ze Szkocji zaczęłam robić lunch dla siebie: makaron razowy z dodatkiem pieczarek, kawalątka cukinii i żółtego sera. Mistrzyni kuchni po prostu ;), talerz wylizałam do czysta oglądając mietczynskiego robiącego sushi burgery, po czym rozwiesiłam pranie i ... poszłam spać. Obudziła mnie wiadomość tekstowa od Anne. Czas już był najwyższy, za godzinę Junona jechała do weta, więc poszłam się z nią pożegnać. Siedziałyśmy w sypialni na górze, my dwie i pulpecja wylizująca sobie łapki z leku.


Żegnaj pulpecjo, miałaś dobre życie.

Przepierka, prasowanie, robienie obiadu, sporo oglądam mietczynskiego (nadrobiłam kilka ostatnich filmików kulinarnych). Z innych randomowych rzeczy: zagadnęłam Aś, czy ma ochotę wzbogacić swój ogródek o parę lucyferów, bo wykopałam wczoraj kilka chaotycznie rozsianych bulw, które, jeśli nie znajdą sobie nowego miejsca, pójdą na Rysiową górkę (Aś się zdeklarowała, zawieziemy je, jak będzie na to czas); FB wyświetliło mi, że mamy z Kochanym ósmą rocznicę znajomości tamże; poza tym odkryłam wypalone! smugi na oknie, jedną bardzo głęboką, pełną popiołu. Czyli: okno w którymś momencie się paliło! Rzeczywiście, jakiś czas temu czuliśmy w domu spaleniznę, ale nie odkryliśmy wówczas źródła zjawiska. Zastanawiałam się, jakie urządzenie elektryczne stało w tym miejscu. Dopiero kiedy Fred wrócił z pracy, olśnił mnie: lusterko. Dom mógł nam spłonąć przez lusterko od kilku lat stojące na parapecie.

No i takto minęła sobota. Wypoczęłam, wyspałam się, siły zregenerowałam. Jutro wyciągam Fredowe hantle.