Strony

niedziela, 31 stycznia 2021

411. Flota zjednoczonych sił.

Ostatni dzień stycznia zaczęliśmy od sytego śniadania, płyty Voo Voo Łobi jabi (1993) i wpłacenia kasy na WOŚP. Mija 1/12 roku. Ryję w językach jak szalona, w międzyczasie, w przerwach herbaciano-kawowych rozmawiamy o imionach dla naszych drzew. Szaro, buro, siąpi. Wieczorem ogladamy Tysiąc zakazanych krzaków (2008), średni metraż z Lubosem, i słuchamy składanki najlepszych kawałków Śmietanki.
___
edit 22:05 Właśnie wysłuchałam Allegretto z siódmej symfonii A-Dur, op. 92, Beethovena w wykonaniu Wiener Philharmoniker z panem Bernsteinem. To teraz mogę iść spokojnie pod prysznic.

sobota, 30 stycznia 2021

410. Pod wpływem Justine.

Obudził mnie silny wiatr, który uderzał bezpośrednio w nasze drzwi frontowe. Z zachodu nadszedł sztorm Justine — upiecze się nam, najbardziej i tak oberwie Kerry i Cork. Fred w Maynooth, ja dzień spędziłam na drobnicy, czytaniu, oglądaniu Poirota (przy śniadaniu Pudełko czekoladek, wieczorem Lustro nieboszczyka), robieniu sałatki jarzynowej, oglądaniu Gosi ze Szkocji, która teraz jest ze Szczecina, i na językach. Kochany wrócił dopiero po siódmej wieczorem, jest zmęczony, ale jeszcze chwila nawijki o wydarzeniach dnia po późnym obiedzie.

piątek, 29 stycznia 2021

409. Dobrze i źle.

Dzień obfitujący w zmiany nastroju. Najprawdopodobniej dostałam się do programu i mam szansę na pracę, niewielką na razie, ale rozwijającą w sensownym kierunku — trzeba najpierw przemielić papiery, co czeka mnie w przyszłym tygodniu. Oczywiście pochwaliłam się mamie i otrzymałam w zamian historyjki różne, np. o tym, że w zeszły piątek mama obudziła się o 1:30 i sądziła, że to już szósta pięć rano, więc pora zbierać się do pracy. Na froncie kocim niestety mniej zabawnie. Wprawdzie Mruczuś wychodzi z niezidentyfikowanej łomotaniny obronną łapą (je i nie zamierza na razie umierać), ale dzisiaj rodzice wrócili od weta z informacjami na temat Niuni. Z Berlina przyszły wyniki histo-badania usuniętego oka, i niestety klinika onkologiczna się kłania (nie jest daleko, jeśli szukać pozytywów). Niunię nic nie boli, zdjęto jej już kołnierz.

Wieczorem dla rozrywki Sprawa włoskiego arystokraty (1993), piąty sezon pewnie będę oglądała chronologicznie. Sporo czasu upłynęło mi na próbach rezerwacji biletów lotniczych i zapłacenia za nie voucherem — efekt nagłej, optymistycznej decyzji. Zmarnowałam na to z godzinę, bo voucher nie działał. Okazało się finalnie, że chodziło o ogonek w nazwisku. Mamy rezerwację, zobaczymy czy da się ją zrealizować, po szarpaninie ze stroną internetową Ryanaira nagle dopadły mnie wątpliwości. Przypomniała mi się dzisiejsza czytanka Halucynacji — po kilkudniowej przerwie skończyłam rozdział szósty, w którym autor rozmawiał o technicznych aspektach filozofii analitycznej z pająkiem, który siedział na ścianie w jego kuchni i odpowiadał mu głosem Bertranda Russella.

czwartek, 28 stycznia 2021

408. Relaks.




Poszliśmy z Fredem na dłuuugi spacer po dużej plaży (noc była bardzo męcząca, wylegiwałam się z dziesięć godzin i jeszcze przy śniadaniu utrzymywało mi się przyćmienie umysłu z bólem głowy włącznie, spacer był więc przyjemną koniecznością). Przyniosłam do domu kamień. Wcześniej rundka po osiedlu z Rysiem. 

Widziałam Anne, która na odległość rozmawiala z Katlin, pomachaliśmy jej z Fredem powitalnie. Dni gdy jesteśmy razem i nie skupiam umysłu na niczym szczególnym to najlepszy dar. Pod wieczór małżonek jedzie na zakupy, u mnie Zaginiony testament czyli kolejny Poirot z 1993 roku, 5.4. Męczą mnie zatoki.

Od wczoraj, po opublikowaniu wyroku TK, w Polsce znowu protesty. Niech hydra wygnije. Na tę okoliczność słucham fugi a 4 voci.

środa, 27 stycznia 2021

407. Zmęczona bardzo.

Wstałam, gdy Fred był już w drodze do pracy. W czasie śniadania zadzwoniła do mnie Katrina z zapytaniem, czy nie chciałabym jeszcze dzisiaj porozmawiać z dwiema paniami z zaprzyjaźnionego projektu, więc miałam umówioną rozmowę zoom na 13:30 z Saren i Lorejn. Tymczasem ciepła mgła wchodziła w wieś. Po piętnastominutowej rozmowie założyłam butki i wybrałam się samotnie nad morze. Butki były bez wysokiej cholewki, specjalnie dla mojej jednej nóżki bardziej (łagodna pogoda sprawiła, że wystarczyły). Nad morzem mleko, ludzie poruszają się sennie, we mgle słychać obiadowe nawoływania ostrygojadów. Wędrowałam sobie tak po południu na paliwie z jajecznicy z trzech jajek oraz małej kawy i marzyłam o owsiance. Gdy wracałam do domu zastałam Rysia siedzącego na zielonym kuble na śmieci wystawionym przez Katlin, obudził się w domu sam i zapewne poruszył go do głębi brak miseczek pełnych lunchu. W podskokach podążył za mną, żeby po zjedzeniu obiadu zabrać się za kocią pracę, dalszą część drzemki. Ja tymczasem byłam tak bez energii, że przy owsiance mogłam sobie pozwolić tylko na przeżuwanie z oglądaniem. Poirot, 5.3, Żółty irys (1993). Fred wrócił z pizzami, więc nie trzeba się było nadwyrężać przygotowywaniem obiadu. Baterie w głowie mam zupełnie wyładowane i idę poleżeć.

(w ciągu dnia dostałam dwie wiadomości, podziękowanie od Aś za wczoraj wraz ze zdjęciami z zatoki, i info od Anne, że rano podjechała na naszą ulicę i teraz ma dwa tygodnie kwarantanny w domu naprzeciwko).

wtorek, 26 stycznia 2021

406. Mroźne tchnienie stycznia.*

Rozmowa kwalifikująca do programu się odbyła, kandydatów oczywiście mnóstwo, Katrina i Bridżet były bardzo miłe, jak to w Irlandii. 

Rozmawiałam z tatą i babcią, kot Mruczysław znowu ma kłopoty, ma gulę pod szyją po utarczce z nieznanym przeciwnikiem. Mruczysława kojarzę coraz bardziej jako kociego Krisa, zawsze wybiera konfrontację zamiast zawarcia pokoju

Myran tycker om spindeln — to jest zdanie po szwedzku, które z pewnością mi się nie przyda. Dzień w którym Fred pichci coś w kuchni, kot cicho nam towarzyszy, przez dom szparami w oknach przechodzi chłód, ale to nic, bo jesteśmy razem, więc jest ciepło. Tak więc uczę się na duolingo, w głośnikach David Bowie ze swoim albumem live, Fred robi kotlety mielone na obiad dla nas przed planowanym wyjazdem z grupą wsparcia do Aś. W czasie obiadu gra Peter Hammill, w drodze do mojego ulubionego miasta chmura na drodze i Van Der Graaf Generator H to He. Who Am the Only One (1970), wracamy natomiast z panem Piotrem Bukartykiem.

U Aś czekały wielkie zasoby herbaty i Polaków rozmowy przy nierozebranej choince.



Wróciliśmy do domu po jedenastej wieczorem. Kot zamiast w domu siedział na zewnątrz, na parapecie, i czekał. Jeszcze po kotleciku.

* tytuł autorstwa Freda.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

405. Znowu poniedziałek.

A jednak dobrze, sytuacja z rozmową o pracę się wyjaśniła, mam ją jutro. Dzień jest słoneczny, Majk przyszedł ze sconesami, a ja, z mocnym postanowieniem poprawy swojej elastyczności na macie, łyczkami popijając południową kawę, zdecydowałam się przedtem zanurzyć w przedwojennej Anglii. Oglądam Poirota to tu to tam, więc sprawdziłam, które odcinki nie są mi zbyt dobrze znane — w końcu zdecydowałam się na następny w kolejce, pierwszy odcinek czwartego sezonu, A.B.C. morderstwa (1992). Wieczorem, już czekając na rychły przyjazd małżonka, obejrzałam jeszcze jeden, 5.2, zatytułowany Przegrany gość (1993). Trochę mnie jutrzejsze plany stresują, ale nie chcę się przygotowywać teraz, zrobię to jutro rano. W końcu to tylko rozmowa, zresztą o trudnym do przewidzenia skutku, więc nie ma sensu się za bardzo nakręcać, tak się pocieszam, wiercąc w kapciach paluszkami.

niedziela, 24 stycznia 2021

404. Czytam w myślach i kicham na kwiaty.

Śniło mi się, że Marek zaczął znowu pić, tak mną ten sen wstrząsnął, że obudziłam się, gdy Kochany był jeszcze w domu i mogłam miotającemu się mężowi pomóc robiąc mu kawę na drogę. Freda mój sen wcale nie zdziwił, oświadczył mi, że wczoraj słuchał Dyjaka całą drogę z i do pracy, a ja, wiadomo, czytam w myślach.

Przed południem spadł śnieg ... pokazałam go mamie. Obejrzałam kolejny odcinek Poirota z trzeciego sezonu, Morderstwo na Balu Zwycięstwa (1991), akcja ma miejsce w roku 1935.

Nie mogłam się dzisiaj skupić na jodze, najpierw zadzwonił Fred, potem kręciłam się w mniej wygodnych pozach i odczuwałam chłód ciągnący od podłogi, skończyłam złorzecząc pod nosem (zrobiłam się bardzo mało elastyczna i mi to przeszkadza). Generalnie niedziela minęła niepostrzeżenie i na błahych, mało praktycznych czynnościach. Słucham Fredka, nucę God Save the Queen, wieczorem zajadamy się z Fredem łososiem wytaplanym w ziołowym masełku, opowiadam małżonkowi jakieś niestworzone historie, a on nazywa mnie swoim skrzatem. Wazon z kwiatami w tym czasie już musi stać w łazience, tak bardzo pachną żonkile i hiacynt — nie mam serca wystawiać ich za okno, na mróz, więc jeszcze się trochę pomęczę. Jutro Fred wstaje trochę wcześniej niż dzisiaj, znowu pobudka, wolny rozruch, kawa do termosu, Kochany idzie już więc spać, u mnie herbata z miodem, prysznic i jeszcze jeden mały Belg, siłą rozpędu będzie to odcinek 3.11, Tajemnica Hunter's Lodge (1991).

sobota, 23 stycznia 2021

403. Konfuzje.

Żałosne miauknięcie obudziło mnie tuż po ósmej. Przed chwilą Fred musiał pewnie wyruszyć do Navan zostawiając Rysia w środku, a kot sygnalizował mi łapki nienadające się do otwarcia drzwi. Za oknem ponownie słoneczny mróz  — to jedyne, co zauważyłam z zapowiadanego Christopha, który szałał nad Anglią. W wazonie rozkwitły bez uprzedzenia żonkile i hiacynt.

Jestem pewna, że szpaki można od siebie odróżniać, gdyby poświęcić temu więcej uwagi. Jest jeden bully, większy, czas przy jedzeniu marnuje na odpędzanie od niego innych i kłótnie powietrzne. Jeden bardzo nakrapiany jest niezwykle odważny, podlatuje nawet do robaków przy oknie, gdy widzi mnie po drugiej stronie szyby. Przylatuje też gawron z leucyzmem, wydaje mi się zresztą, że jest takich w okolicy przynajmniej dwóch. Czarne ptaki niespodziewanie upstrzone białymi łatami zawsze mnie intrygują.

Siłą prasowania i rozpędu obejrzałam dwa odcinki belgijskiego detektywa, Tajemnicę hiszpańskiego kufra i Kradzież królewskiego rubinu (obydwa z trzeciego sezonu, 1991). Fred wrócił do mnie bardzo wzburzony — parkingowy duchołap wlepił mu karę za brak biletu, choć małżonek był przekonany, że bilet wydrukował. Wydrukował tymczasem anulowanie transakcji i rano nie zauważył pomyłki. Zanim załatwi tę sprawę do końca (wpłata kary lub odwołanie), musi jeszcze poczekać na wydruk z banku, że kasa naprawdę nie została ściągnięta z karty. Zajedliśmy to makaronem. Mnie z kolei się pomieszało, że jutro będę Freda miała tylko dla siebie, tymczasem Kochany pracuje jeszcze dwa dni i ponownie idzie wcześniej spać. Zostaję jeszcze na nogach i usiłuję się zmęczyć czytaniem.

piątek, 22 stycznia 2021

402. Męża mieć dobrze jest.

Rano za oknem szron i rażące słońce. Dokarmiłam szpaki, zrobiłam półgodzinną pogadankę z Luś i właśnie męczyłam się z batatem, gdy zadzwoniła pani w związku z ofertą pracy. No i ślicznie, przesłała mi link do zoomu na job interview, tylko ... nie do tej oferty pracy, do której się zgłaszałam. Z całą pewnością nie spełniam ich kryteriów, ale o tym dowiedzą się w poniedziałek, bo nie mam siły tego prostować dzisiaj. Bardzo mnie to przygnębiło, zupę dyniowo-batatową zjadłam na smutno. Albo wte, albo wewte, mieć dobrą pracę lub być milionerką, przyjmę najlepszą ofertę. Przez ponad pół godziny opadnięta z motywacji skrolowałam instagramy z pieskami, ale naprawdę humor poprawił mi dopiero Fred, który wrócił z pracy, zjadł moją zupę, poprawił głównym i sprezentował mi torcik wiedeński na deser.

Wieczorem wysłuchuję londyńskich akcentów na przestrzeni sześciu wieków w wykonaniu Simona Ropera. Pieski, obiad, deser, Fred, akcenty, już mi trochę lepiej.

czwartek, 21 stycznia 2021

401. Dzień Babci.

Spacer na plażę był (najpierw z Rysiem kółeczko po osiedlu, bo jakżeby inaczej — koci ogon jak sztandar uniesiony wysoko powiewał dumnie). Złożyliśmy babci Mani życzenia z okazji Dnia Babci. Ojedliśmy się obiadem jak bąki. Dzisiaj języki, dużo języków, krótki, aczkolwiek chłodny wypad do miasta po jedzonko, i rozpoczęłam lekturę Hallucinations Sacksa (Picador, 2013), pierwszy rozdział o syndromie Charlesa Benneta.

W ciągu dnia małżonek składał także życzenia Usz, oraz rozmawialiśmy telefonicznie z Aś, która podejrzewa, że miała już wiadomą chorobę. Akuratnież po nowym roku miała objawy, czyli mielibyśmy bliski kontakt. Oh, well. To byłby prawie tak zaskakujący news jak to, że Joe Biden jest skoligacony z Mieszkiem I. Nic nam, Fred kaszle od lat dziesięciu. A teraz kichaniem przywołuje mnie do łóżka — jutro wcześnie rano wyrusza do Dundrum, tym razem do prawdziwej pracy.

środa, 20 stycznia 2021

400. Zamiast piątku.

Kochany miał wczesny start. Obudziłam się w pustym domu, ale w czasie śniadania dostałam od Freda telefon, że już jest w ... Drołdzie, bo pomylił dni. Dojechał na miejsce (po drugiej stronie stolycy), wykupił parking na cały dzień, a tymczasem okazało się, że dzisiaj nie jest 22 stycznia i trzeba było wracać do domu :). Małżonek powrócił z bukietem tulipanów, pączkami hiacyntów i żonkili, resztę dnia przebimbaliśmy razem.

Fred usmażył nam steki (znowu udało się mu włączyć alarm przeciwpożarowy), potem zadzwonił do swojej mamy, która od jakiegoś czasu podsyłała mu różne spiskowe teorie na temat aktualny. Nic takiego się nie dzieje, może tylko zapominanie i niezgoda w sprawie szczepienia (teść ma zamiar się zaszczepić, teściowa nie).

Wieczorem chcieliśmy obejrzeć na Ninatece kilka dokumentów, ale udało się nam wysiedzieć jedynie na króciutkim Oblężeniu Bryana (1940), internet tak przerywał, że seans przestał być przyjemnością. Skończyłam za to czytać Will the Cat Eat My Eyeballs? (W.W. Norton, 2019), to sympatyczny prezent książkowy dla dzieci ciekawych świata. Po powrocie stabilnego łącza zerkaliśmy jeszcze na Mary Berry gotującą na wybrzeżu Yorkshire w serii Simple Comforts. Robię się od tego głodna i szczęśliwa. Jeść już raczej nie będę, ale herbatkę z miodem zrobię sobie, i owszem.

wtorek, 19 stycznia 2021

399. Szybko, wolno.

Wstałam przed szóstą, przez dwie godziny siedziałam przy świetle lampy, ze szczelnie zasuniętymi oknami, więc dowiedziałam się od kota o morskiej chmurze paradującej w naszej wsi. Szaro, mgliście, mokro. Po ósmej przez chat ustaliłam z niejaką Chloe, że chcę sobie zostawić mój stary numer telefonu. Umyłam włosy. Zjadłam jajecznicę. Ucieszyłam się z zapowiedzi rychłej dostawy książek, pomiędzy godziną 12 a 13:45. Pomyślałam ocho, założę majtki, zdążę wypić małą kawę. Akuratnież dolna część garderoby była na miejscu, ale zakaszlałam się coś i weszłam na moment do kuchni. A tam przez okno widzę, że w irlandzkim deszczu, ten co zawsze Paddy już leci z paczką, otwarłam mu drzwi przed nosem, akurat, gdy naciskał dzwonek u drzwi. 11:18. Proszę bardzo, dostawa z Easona:

Do rodziców doszła z kolei reszta Fredowego zamówienia z Empiku, mama pokazała mi przy okazji własny zapas pożyczonych książek. 

Kwestia przeniesienia numeru telefonu też potoczyła się błyskawicznie, miało być 3 do 5 dni roboczych, tymczasem karty SIM podmieniono mi po południu. Taki to wolny szybki dzień. Wszystko inne idzie sennie, deszcz ciapka, wieczorem przyjemnie mitrężymy dwie godziny w sypialni, a potem chce mi się czipsów, których nie ma w domu. Fred musi jeszcze po barłożeniu i prysznicu wybyć do rozmiękczonego, nocnego miasta, gdyż samochód miał przegląd w Drołdzie o idiotycznej godzinie 21:50. Wszystko poszło bardzo sprawnie, rozłożyłam się z pierwsza lekturą i herbatą, Will My Cat Eat My Eyeballs? Doughty i doszłam w niej do pięćdziesiątej strony, gdy mój Kochany jeszcze przed wpół do jedenastą wrócił do domu. Samochód chodzi super, następny przegląd za rok. Pogoda w ciemności nadal ciapata i relatywnie ciepła, na kilka następnych dni zapowiadają sztorm o imieniu Christoph.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

398. Blue Monday but still nice things happen.

Sieweczki przemieszczają się na piechotę jak pasażerowie spóźnieni na swój pociąg szaleńczo poszukujący właściwego wagonu, trudno je sfotografować.

Po spacerze Fred zrobił nam pyszny obiadek z tescowych girasoli ze szpinakiem, polał to beszamelem, podrzucając jako bonus szparagi i zbłąkane resztki zielonej fasolki szparagowej. Potem pojechaliśmy do Tesco wymienić mój stary Samsung J5 na nowy S A71. Pogoda bardzo zafajdana, wyspiarska, z wielką chmurą, która zaskoczyła nas zaraz za górką na drodze do Termon. Zapomniałam poprosić o przeniesienie starego numeru na nową kartę, zrobię to jutro. Tymczasem An Post wysłała mi maila na temat paczki na którą czekam z utęsknieniem — jest w drodze. A po Santanie ...
Co myszko? Puścić ci Ralpha Kamińskiego?
— Tak ...
— Dobrze.

Poniżej Cookey, sieweczki, mewy zagapione.


niedziela, 17 stycznia 2021

397. Zasiedziale.

Próbowalam stworzyć przepis na racuchy z jabłkiem na dwie osoby. Jadłam lepsze, ale przynajmniej mleko nie skiśnie. Ryszard ma kolejny dzień bycia grzecznym kotkiem, nadal rozkminia tajemnicze wydarzenia, aż mi go żal. Fred jest z kolei grzecznym mężem czasami. Gdyż obłapia mję i całuje; gdzie, tego nie napiszę (albo napiszę: w kuchni). Obejrzeliśmy Czwartą władzę (2017) z Meryl, nawet to łyknęłam, tylko muzyka i moralizatorstwo pod koniec zepsuło efekt. W zwiazku z filmem słuchamy później muzyki, która bardziej pasowałaby do tematu, The Velvet Underground & Nico (1967). To był kolejny dzień w domu i wiem już, że jutro muszę wyjść, bo zaczynam tracić kontakt z rzeczywistością. Gulka na nodze nie zniknęła, marna pociecha, że przestała boleć, bo zacznie ponownie, gdy założę buty z cholewkami. Coś będzie trzeba z tym zrobić, ale odsuwam tę myśl na możliwie odległe później.