Strony

środa, 13 stycznia 2021

393. Proszę pana, mój mąż powiedział, że Ferrari jest do dupy ...

Kręciłam się w łóżku, zbyt wczesne pójście spać kompletnie zdezorganizowało mi sen. Wstałam akurat, żeby dać buzi Fredowi, który zaraz frunął na zachód. No i dofrunął ... do Drołdy, z dwadzieścia minut później zadzwonił, że po ciemku wjechał w dziurę i rozwalił koło. Na szczęście nic mu się nie stało. Dość szybko autko zostało odholowane w ramach ubezpieczenia pod mechanika i udało się wymienić koła (wszystkie, wybiegając myślą do przeglądu) jeszcze dzisiaj. I tak to, zamiast kilku setek do przodu, kilka setek do tyłu. Fred dwa razy przewiózł się autobusem nr 168, a po jego powrocie, nad kopiastymi talerzami spaghetti, opowiadaliśmy sobie, co zrobilibyśmy z wielką kasą. Wychodzi na to, że trzeba byłoby to trzymać w sekrecie przed Wu. Jeszcze zapisuję, że mężowi podoba się Aston Martin, choć nie pogardzi też Mercedesem klasy G. I dostałam przez Freda pozdrowienia od Kristiny, dobra dziewczyna, widać wróciła już z macierzyńskiego. Anne zaś faktycznie przedłużyła wizytę u rodziców, ale pewne jest już, że wraca do domku po drugiej stronie ulicy pod koniec stycznia (teraz przypomniałam sobie jej nocną wiadomość).

Wieczór był syty i ciepły, ale Fred za długo trwał w napięciu, więc już przed siódmą poszedł odsypiać absurdalny czas pobudki. Zatopiłam się w oglądaniu Jane Austen: Behind Closed Door, dokumentu BBC z Lucy Worsley. Nie wiedziałam, że pierwszy dom Austen, w którym pisarka spędziła ponad połowę swojego życia, nie istnieje. Nadal jest za wcześnie na sen, ale jednocześnie czuję znużenie. To był długi, deszczowy dzień.

wtorek, 12 stycznia 2021

392. Drobne różności.

Spacer z Miłym do morza i z powrotem był bardzo przyjemny, temperatura przynajmniej w ciągu dnia wróciła do akceptowalnej normy.

Zagadałam do mamy, żeby ustalić czy w pierwszej paczce z Empiku przyszło to, czego Fred się spodziewał i dowiedziałam się o planach Niuniowych — koteczka będzie miała w piątek operację zaszycia oczu. Brzmi groźnie, mam nadzieję, że wszystko przebiegnie jak trzeba. Czas u nas wypełniony był drobnymi różnościami. Małżonek wybrał się do sklepu po brakujące pieczarki do jutrzejszego sosu do spaghetti, ja pichcąc obiad obejrzałam moje guilty pleasure, 1000-lb Sisters, bo właśnie trwa drugi sezon. Powoli brnę też przez język irlandzki, który nie przypomina niczego, czego się do tej pory uczyłam. Wieczorem odczytałam drugiego maila od Christine, tym razem w sprawie oferty, którą kliknęłam jeszcze w minionym roku. Christine do mnie pisze, może i ja napiszę do Christine. Fred z kolei wysłał maila do pewnej Lynn w sprawie domu — nie będziemy czekali na odpowiedź z zapartym tchem, młyny mielą powoli. Nadal czekam na trzy paczki wędrujące gdzieś po Irlandii, z maseczkami, książkami i kremami do twarzy. Jutro Kochany zmierza w kierunku Galway, w związku z tym wstaje cztery godziny przed świtem. Na razie jednak słucha Transformer (1972) Lou Reeda, na dobry sen.

Postscriptum #391.

Jest dobrze po północy, gdy mój ludzki pan mąż wpuścił mnie bez kolejki do łazienki, żebym mogła umyć zęby. Stoję więc w otwartej łazience ze szczoteczką umieszczoną w otworze gębowym, co mi nie przeszkadza nadawać.

— Nie mogę się już doczekać kiedy pojdę do fryzjera, kiedy znajdę pracę, kiedy pojedziemy do Polski ...
— Kiedy będziemy mieli większy domek,
pomaga Fred.
— Zauważ, że zaczęłam od rzeczy najbardziej realnych ...

A jeszcze, przed północą Kaś Matka Kotom wysłała mi zdjęcie dokumentu z planami jej obydwu szczepień. Dzisiaj było pierwsze kłucie, druga dawka na samiutkim początku lutego. A potem fruuuu.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

391. Dark times.

Katlin wróciła do formy, tuż po południu zapukał do nas Majk z dostawą sconesów. Ja tymczasem, poza pochłanianiem lekcji duolingo, zajęłam się zajęciami dobrej żony, ugotowałam rosołek i zrobiłam ryż po mojemu do rybki.

Irlandia w grudniu miała najniższą zachorowalność w Europie, teraz ma dla odmiany najwyższą. Tymczasem małżonek pomimo pandemii ma kilka zleceń i trochę mnie martwi, że będzie się musiał kręcić wśród różnych ludziów, także takich, którzy pracę-sracę cenią ponad własne zdrowie. Na wieczór ostatnie odcinki Dyzmy, joga z youtubem i wypaśna płyta MTV Unplugged Kultu (2010).

niedziela, 10 stycznia 2021

390. Nieco cieplej.

Sobotni mroźny spacer spowodował chyba, że coś mnie brało, bo na noc zapadłam w długą, pokrzepiającą śpiączkę przerywaną jaskrawymi, emocjonalnymi snami, których fabuły nie potrafię teraz przywołać. 

Po powrocie z zakupów spożywczych (dynia piżmowa się z nami przywiozła, będziem tworzyć) rozmawiałam z mamą i okazało się, że jest już nowe autko, mama kupiła sobie Suzuki. Tatko tymczasem zamierza naprawiać sprzęgło, więc samochodów finalnie będzie dwa.

Tymczasem u nas wsiowy spokój, nad ranem morska mgła odmieniła pogodę na szarą i cieplejszą, przynajmniej w porównaniu z ostatnimi dniami. Po Fredowym obiedzie obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki Dyzmy, z kotem wpychającym się między nas i chrapiącym jak stary. Kończę niedzielę z duolingo i z zieloną herbatą, która ma sobie poradzić z wieczornym bólem żołądka (połączenie cipsików z litewskimi ciasteczkami to zuo)

sobota, 9 stycznia 2021

389. Mróz nadal trzyma.

 — Może po prostu też byłaś dzikiem?, stwierdził w formie pytania Fred, gdy opowiadałam mu o swoim śnie, w którym wylegiwałam się wśród liści, żeby dopiero po dłuższej chwili zauważyć, że jestem otoczona stadem zakopanych w ściółce, błogo pochrapujących dzikich świń. Czemu się mnie nie boją?, przemknęło mi przez śpiącą głowę. Bycia dzikiem nie wzięłam pod uwagę. 

Pierwszy raz w tym roku chodziliśmy razem po małej plaży. Najpierw musiał się odbyć rytualny spacer z kotem po osiedlu, a poprzedziła go krótka pogawędka z Katlin, która ma się już lepiej. Siedziała w kwarantannie, bo rodzina syna miała kontakt z covidem, z kolei jej czerwony żuczek zniknął na kilka dni sprzed naszego domu z powodu wymiany skrzyni biegów. Artretyzm odpuszcza. Czyli u sąsiadów dobrze i to też jest powód do radości, poza tym było spóźnione happy new year z jeszcze jedną sąsiadką, która w mojej głowie ma ksywę Smutnej Palaczki (Anna Emerytka). A na plaży styczniowy tłum, lód i muszle pod lodem, zamarznięta meduza, bo zimno jak diabli.

Wieczorkiem Fred zapragnął obejrzeć Karierę Nikodema Dyzmy (1980) z Wilhelmim, od razu machnęliśmy trzy odcinki, taki mały binge-watching od czasu do czasu to miłe doświadczenie.

Na zdjęciach lód na plaży, muszla, zamarznięta rhizostoma octopus (barrel jellyfish):



piątek, 8 stycznia 2021

388. U nas bez protestów.

Błękitna strzała, samochód taty, którym jechaliśmy w naszą podróż poślubną, chyba powoli dokonuje swojego żywota — poszło mu sprzęgło i mama rozgląda się za nowym autkiem, tyle dowiedziałam się podczas popołudniowego chit-chatu.

Pomimo pogody identycznej z wczorajszą nie wybrałam się na spacer. Na kostce wyskoczyła mi bolesna gula, coś jak ganglion. But z nieznanych powodów od początku uraża mnie w tym miejscu, może mam jedną nóżkę bardziej. Zamierzam to zagadać, rozmasować i przeczekać, zakładając w międzyczasie buty z wyższą cholewką. Z rozmowy o roku lemowskim wyniknęło, że po obiedzie (łosoś z masłem ziołowym) obejrzeliśmy Przekładaniec z Kobielą (1968), film niekoniecznie wart wspomnienia sam w sobie, a zapisuję go ze względu na urodę Zelnika epicko-semicką. Był pan Zelnik pięknym Żydem. Tak w ogóle piątek był dniem przegadanym i trochę masowanym, ale nie w sensie zdrowotnym, tylko kremowo-seksowym, bo od gorących pryszniców bardzo schnę. Fred rozgrzewa krem w dłoniach. A potem jest lepiej. 

Trumpowi ze szczerego serca życzę impeachmentu.

czwartek, 7 stycznia 2021

387. A to było dziwne.

Obudziłam się w nocy mając wrażenie, że jestem na statku. Gdy jeszcze o zmroku wstałam otworzyć kotu drzwi do wolności okazało się, że to realia — przez chwilę chodziłam od burty do burty zanim złapałam azymut (Noc była niezwykle zimna. Wiedziona przeczuciem za dwie minuty, gdy ponownie odnalazłam klamkę, jeszcze raz otwarłam drzwi i bardzo słusznie, bo kot wparował do środka jak strzała. Mamo!). Zawroty minęły wraz z porankiem.

Pomimo zimna, okoliczności przyrody skusiły mnie spacerem. W osiedlu szłam prawie po gołoledzi. Trzy stoliki przy plaży były zajęte przez nostalgicznych kawowiczów, z wody wyszły dwa morsy, na morzu pracował kuter, widać to dobry czas na połów. 

Wypstrykaliśmy się z obiadów i Fred sam pojechał na zakupy, żeby przywieźć m.in. bukiet róż i kalafior na dzisiaj. A potem zrobił mi obiad słuchając do tego płyty z najgórniejszej półki po lewo, czyli z epoki najdzikszej młodości (półka zaczyna się od Marillionu, ale słuchaliśmy Camela). Wieczorem obejrzeliśmy Człowieka, którego nie było Coenów (2001), i to też było dziwne.

środa, 6 stycznia 2021

386. Pierwszy spacer i czekanie na Freda.

Kot z rana z piórem w pysku. Nie pytam. Zresztą odpowiedź dostaję, gdy wybieram się na pierwszy w tym roku samotny spacer nad morze — koci dar dla mamy leżał tuż za progiem.

Do spaceru zachęciło mnie słoneczko i zalotny zefirek. Odkryłam na plaży warowny zamek z piasku, który pewnie został zdobyty przez następny przypływ i nowy mostek, który, mam nadzieję, przetrwa dłużej, bo jest poręczny. Nie mogę się doczekać kiedy na dobre ruszy na naszej małej plaży kawiarnio-fiszendczipsiarnia. Markizy są już na miejscu.

Po powrocie rozmawiałam z Luś o jej nieszczęściu studiowania hiszpańskiego i o partnerce Keanu Reevesa, a listonosz w tym czasie przyniósł mi jedną część zamówienia z Easona, książkę The Boy, the Mole, the Fox and the Horse Mackesy'ego. Bardzo ładne wydanie przeczytane przeze mnie w kwadrans. Przez nieuwagę kupiłam ją w wersji click and collect i normalnie musiałabym ją odebrać osobiście w księgarni. Byłam ciekawa jak to zostanie załatwione, skoro księgarnie nieczynne. No i po irlandzku — ktoś zapakował, przysłano bez dodatkowej opłaty. 

Zrobiłam prasowanie oglądając Poirota, odc. 3.6 Tragedia w Marsdon Manor i odc. 3.7 Podwójny trop (1991), randomowe odmóżdżacze są nie do przecenienia. Chwilę rozmawiałam z mamą, która miała dzisiaj problemy z nerkami, obie mamy nadzieję, że to przejściowa drobnostka (mama jak zwykle gra kobietę nie do zdarcia i na razie nie waha się jutro zawitać do pracy). Fred wrócił do domu nawet później niż wczoraj, ale już jest, i tym razem nie martwi się o zajęte jutro. Możemy w kuchni podrzucać sobie myśli na temat tego, co dzieje się w USA i różnicy jak o tym informują media typu onet w porównaniu z przekazem anglojęzycznym, czyli świata wytrenowanego w wolności słowa.

wtorek, 5 stycznia 2021

385. Dzień z Andrzejem.

Fred o bardzo wczesnej porze wybył do Kildare. Praca. Ostatnio odwołano mu kilka zleceń z powodu ponownie rozszalałego covida, ale akurat to zostało. Beneficjentem ojcowskiej wyprawy był z pewnością kot — o wypuszczenie nie musiał się prosić, mokre jedzonko też pojawiło się w miseczce przedterminowo.

Po kawie, jeszcze z wilgotnymi włosami, zabrałam się za porządkowanie Fredowych segregatorów z papierzyskami, przy okazji oglądając/słuchając Billie Holiday w The Long Night of Lady Day (1984). Dokument wstrząsający. Mama dostała dzisiaj słoneczko, chociaż nie przeczytała jeszcze lekcji z "have got", w tle skoki w Bischofshofen i rozentuzjazmowany głos taty. 

Sporo czasu poświęciłam Bursie i jego Dziełom (prawie) wszystkim (Znak, 2018). Pod tym hasłem upłynął mi wieczór z przerwą na powrót męża przed siódmą i wspólną obiadokolację. Fred położył się wcześnie spać (o dziewiątej, czyli jakby był chory), bo niespodziewanie jutro ponawia wizytę w Kildare o równie niepoważnej porze, a ja definitywnie kończąc czytanie zbioru przypomniałam sobie, że gdy wracałam do domu w zimowych butach, nasza Bobisia, która zmarła w sierpniu przedostatniego roku, zawsze z radości tarmosiła mnie za sznurówki.

poniedziałek, 4 stycznia 2021

384. Do przodu chcę.

Spróbowałam płukania zatok preparatem od Aś, dziwne uczucie, nie tak złe jak sobie imaginowałam. Skutków na plus lub minus na razie nie odczuwam, będę kontynuowała działanie przez kilka dni, aż się coś okaże.

Początek tygodnia był bardzo zimny, w ciągu dnia spadł nawet deszcz z rozciapanym gradem. W taki ziąb jedziemy do sklepu, żeby kupić różności w rodzaju nalepek na segregatory, kawy w ziarnach i szczoteczki do zębów. Po powrocie z zakupów Kochanego pochłonął Kosiński, Malowany ptak skończony, słyszę jak zagnieżdża się w głowie Freda na dłużej, sama nie wiem, czy kiedy przeczytam.

W Polsce Niunia była u prawdziwej kociej okulistki, która pooglądała jej oczodoły bajeranckimi urządzeniami i przepisała maść. Wetka nie mówiła złych rzeczy w temacie, ale narracja zmierza ku zabiegowi. Mama tymczasem zmęczona jest uczeniem się i już wzięła u mnie pierwszą kropkę (zawsze wiedziałam po kim mam leserstwo). Do domu w Polsce przyszła dzisiaj paczka ze Świata Książki, siedem tytułów, co jeden to lepszy, są wiersze Ginczanki, i Masłowska, i biografia brata Piłsudskiego, dwa Twardochy, jedna Tokarczuk oraz dzieło pod przewrotnym tytułem Mój rok relaksu i odpoczynku. Byłoby cudownie móc je tu przywieźć w okolicach wczesnej wiosny, czy takie rzeczy są jednak możliwe?

A Kaś nam się zapowiada. Dzisiaj obchodzi półwiecze, przy okazji składania życzeń porozmawiałyśmy o przyszłości. Kaś liczy na zaszczepienie za tydzień i poprawkę za kilka tygodni, to dałoby jej glejt na latanie i mogłabym spodziewać się jej w lutym lub marcu. To zawsze coś miłego, i Ryszard się ucieszy, a z Fredem nie będą mogli się nagadać.

niedziela, 3 stycznia 2021

383. Są też inne rzeczy.

Wstałam później niż Fred, co samo w sobie jest nietypowe, i ujrzałam za oknem grubą warstwę szronu. 

Niedziela została spędzona w środku. Mamę uczyłam dzisiaj angielskiego, na chwilę zobaczyłam też jak się ma oczko Niuni, żeby samej sobie obniżyć poziom stresu zastępując wyobrażenie rzeczywistością.

Wiem, co mnie drażniło we wczorajszej lekturze. Doszłam do rozdziału, gdzie mówi Konstancja i w mojej głowie przestał dialogować Pilch ze swoim imagem wykształconego humanistycznie cinkciarza. Gdy tylko się wyłączył ten hiperelokwentny głos nadający bez pauz zdaniami wielokrotnie złożonymi, pozostała literatura, a ta jest całkiem czytalna. Skończyłam Miasto utrapienia (Świat Książki, 2004), ale na przyszłość: nie chcę tak pochłaniać, są też inne rzeczy. Na obiad piersi kaczki z gnocchi z pesto i pomidorami w śmietanie. Fred w okularach dawał szansę Malowanemu ptakowi. Wieczór upłynął nam wśród szelestu kartek.

sobota, 2 stycznia 2021

382. Nieco goryczy i wzmożone czytelnictwo.

Dzisiejsza rozmowa z mamą była lepsza, bogatsza w treść — rozmawiałyśmy o uczeniu się języków, poza tym o chorobie Maksia (jest na antybiotykach) i oczkach Niuni (w poniedziałek do lekarza). Ta ostatnia sprawa martwi mnie przez resztę dnia bardziej i bardziej. Jutro dopiero niedziela.

Małżonek sam wyjechał po zakupy, wolałam posiedzieć w domu nad niemieckim.

Akurat  byłam w trzecim rozdziale Miasta utrapionego, gdy zachrobotał klucz w naszym koślawym, łatwo włamywalnym zamku, Fred wrócił do domu, a po chwili zmysłowo oparł się o  framugę drzwi sypialni i wkładając rękę w kieszeń wełnianych spodni (czarny płaszcz, kaszkiet i ciemny, kraciasty szalik) oświadczył Cześć żono, kupiłem wiadro robaków dla szpaków

Nie lubię stylu Pilcha. Po jednej książce i trzech rozdziałach drugiej chyba już mogę to napisać. Skończyłam w każdym razie rozdział piąty i przerzuciłam się na Pięcioksiąg z wydania Świętego Wojciecha. Robiłam śmiszne notatki myśli na fiszkach, poza tym odnoszę wrażenie, że czytanie porównawcze na stronie Biblie Polskie dostarczy mi sporo frajdy w tym roku.

Zapowiada się mroźna noc.

piątek, 1 stycznia 2021

381. Ładnie się zaczyna.

Dzień zaczął się przepięknie, tuż przed ósmą (poszliśmy spać o drugiej) widokiem na ośnieżoną górę Slieve Foy oświetloną księżycem w pełni. Aś nakarmiła nas jajecznicą zrobioną na bogato, z pieczarkami, wędliną, porem i odrobiną śmietanki. Wybyłam od niej z prezentem (zestawem z preparatem do płukania zatok) i pożyczoną książką Pilcha, Miasto utrapienia. Jeszcze na chwilę podjechaliśmy na miejski parking, żeby udać się z niego na nasze molo. 

Spieszyliśmy się do domu, bo kot czekał na nas zamknięty na cztery spusty, a słoneczna pogoda zachęcała go na pewno do spaceru. Gdy tylko zasiadłam do herbaty we własnej kuchni zadzwoniłam do rodzinki, żeby tym razem złożyć życzenia wszystkim. Mama miała swój moment negatywizmu i wieszczenia, że to będzie zły rok. Nie mogę jej pomóc, zresztą będąc na miejscu też bym nie mogła. Mogłam przesłać słowa miłości, co uczyniłam. Uważam teraz, że zupełnie zbędnie przeciągnęłam tę rozmowę. Miałam cały czas na głowie czapkę od Anny (Anna dostała ją od siostry i dała mi ją w ostatni dzień roku, ponieważ mam już rękawiczki i szalik, który pasuje do zestawu).

Trochę zdołowani maminym rantem (Fred to nie wiem, ale ja z pewnością), zrobiliśmy sobie wróżbę z Kinder niespodzianki. I tu, uwaga, uwaga, wróżba jest zajeświetna. Fred złożył sobie coś, co wygląda jak odrzutowa kosiarka (to podobno ciężarówka, ale zostanie przerobiona na kosiarkę), czyli dobrze, może większy domek z większym ogrodem, ja natomiast dostałam liska kotka! I ten kotek wyglądający jak lisek okazał się kocim stemplem (czyżby kariera biurowa? będę miała własny ekslibris? drugi kot do zestawu się pojawi?).

Obiadek zrobił się niechcąco dwudaniowy — zanim doczekaliśmy się rozmrożenia ryb od Thomasa Fred otworzył zbunkrowany gdzieś słoik zupy (okazała się jadalna). Przez większość piątku jestem niedospana i przed drugą częścią obiadu, który stał się kolacją, drzemkuję długo i skutecznie. Thomasowa ryba była chyba podwędzana, jak mniemamy. Na koniec oglądamy Wakacje Jasia Fasoli (2007), to pierwszy od dłuuugiego czasu tak zły film obejrzany przez nas od początku do końca.

Poniżej: Slieve Foy o poranku, nasza ławeczka, Slieve Binnian widziany z mola, wróżba z Kinder niespodzianki





Postscriptum #380.


Byliśmy rozpieszczani. Aś podała przegrzebki, gulasz z żołądków, szpinak ze skwarkami, szynkę na gorąco — zestaw uznaję za wart zapisania dla potomności. Zadzwoniłam do domu na Dolnym Śląsku  i chwilę porozmawialiśmy z tatą, mama w czasie polskiej północy spała. W tle randomowe nagrania Rory'ego Gallaghera i płyta The Man Who Sold the World Bowiego. Toast wzniosłam czarną herbatą z miodem i cytryną, a wejście nowego roku przywitaliśmy godnie i głośno, alarmem przeciwpożarowym.


Podsumownik za pamięci? Niekoniecznie mam chęć. Ten rok, wbrew czarnemu PR-owi, nie był dla mnie zły. To właściwe miejsce, dobry czas.