Strony

wtorek, 12 kwietnia 2022

847. Kap, kap.

Irlandzka pogoda od rana, drobny, zimny deszczyk kapie na pola i łąki. W pracy takie tam detale standardowe, do tego zupa z Moorlanda w przerwie. Z fajnych rzeczy: odżyła nadzieja na dofinansowanie kursu, Bridżet mnie do siebie wezwała, bo napisał do niej szef szefów, żeby raz jeszcze sprawdziła, czy kursu nie da się podczepić pod level nie-8. Nie pomogę jej, musi sprawdzić sama, ma telefon, niech sprawdza, pobajerzyłam chwilę o Polsce, i to był cały mój wkład w sytuację. Kochany przyjechał po mnie i zaczekał pod kościołem, tym co zwykle, który mi się przez to czule kojarzy. Nakarmiona obiadem przeszłam w fazę trawienia i zapragnęłam kawy, a pod kawę wczesnym wieczorem wszedł Frantic (1988), film Polańskiego z Fordem. Muszę przyznać, że doceniłam, gdy przestałam go brać na poważnie, Harrison mógł mówić między scenami Roman, w czymś takim jeszcze nie grałem. No i ten tytuł :D. Późno już, Kochany włączył The Essential Simona & Garfunkela (2003), siedzę pod kapturem szlafroka, panowie w głośnikach brzdąkają nostalgicznie, zamykam genealogię na dzisiaj, bo niczego ciekawego już nie znajdę. Jutro ma być ... jak to się mówi ... suszej?

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

846. Jetlag szmetlag.

Zapisz anbloker, zapodaje Fred. 
Przy tworzeniu listy zakupów w mojej głowie wyświetliło się słowo na "a". Nie znam.
Jak to się pisze?, nie rezygnuję, dociekam.
Unblocker.
Potem wykremowałam sobie dłonie kremem do stóp. Yup. Ale nie będę się już pławiła w smutku powrotów z dziwnych wakacji, zamiast tego myślę o długim weekendzie przed nami. W następny poniedziałek jest bank holiday, wcześniej w piątek u mnie też nie pracujemy, pogoda ma się w ciągu tego tygodnia stopniowo poprawiać, czyli są widoki na spacer z chłopakomężem.

Na lunch zjadłam kawałek samodzielnie zrobionej, tymi rączkami leniwymi, pavlovej. Przez godzinę tłumaczyłam Luizie jak założyć bloga na wordpressie, męka pańska, ale nie pękłam, dumnam z siebie. Męża spotkałam ponownie po pracy, w polskim sklepie, gdy stał przy kasie i młoda sprzedawczyni zaintonowała mi od wejścia już po zakupach! Czy my naprawdę aż tak się rzucamy w oczy w tym mieście? Fred zaciągnął mnie do sklepu odzieżowego, bo wypatrzył obniżkę super kurtki w kfiatki dla mnie, dzięki czemu to ja kupiłam mu coś fantastycznego — czarną koszulę w kremowe róże Dolce&Gabbany, miodzio, luksus, elgiebete na urodziny. Zaszliśmy na pizzę do Borzalino, przemiły czas posturodzinowy się zrobił, jedzenie dobre, obsługa rodzinna, muzyka szura w tle. Po powrocie od razu zapukałam do Anne, mały prezent dla niej woził się z nami od soboty (Majkel leżał akurat pod kotem, życzenia zaległe mu złożyłam, bo rodził się dzień po Fredzie). Była też pogadanka urodzinowa z Krakuską, dłuższa wymiana nie zawsze wesołych aktualizacji na messengerze (ktoś umarł, ktoś ma raka, ktoś dogorywa z przepicia), wydarzenia bardzo ją rozjechały, pomimo to ma dla nas uśmiech. Anne zapukała do drzwi z dwiema wygranymi przez Majkela zupami — są z kurczakiem, a oni wegetarianie, nie ma powodu, żeby śmierć kurczaka poszła na marne, więc mamy od sąsiadów zupy kryzysowe, może choć raz będzie u nas obiad dwudaniowy. W ciągu dnia poczucie bezustannego spóźnienia minęło, jestem u siebie, cieszę się.

niedziela, 10 kwietnia 2022

845. W poszukiwaniu kopa.

Mary od spisu przyszła jak zapowiedziała, akurat myłam zęby, wyszłam do niej ze szczoteczką do zębów w ustach. Prawda czasów, prawda.

Czy to przez pogodę? Wieje jak w Irlandii. Nie mogę się ogarnąć do południa, a gdy zaczynam oglądać vloga Gosi o bezsensownych herbatach, do głowy przychodzi mi klapnąć w łóżku obok Rysia (bo kot już tam jest, zaleguje godzinami, czyli może obiektywnie pogoda, a nie osobiste stetryczenie?). Fred wyjechał rano do pracy i jestem w domu sama ze swoim niedorobieniem spowodowanym nie wiadomo czym (starością, hormonami, podróżą sprzed dwóch dni, wahaniami ciśnienia, do wyboru, do koloru). Robię herbatę, zapominam o niej i robię drugą kawę. Więc mam herbatę i drugą kawę oraz stan osiołkowi w żłoby dano. Wiem, że to mi mija, jak znajdę sobie jakąś ekscytację umysłową, ale co by tu ...?
___
edit 21:45 Lepiej już dzisiaj nie będzie, próbowałam, ale nic z tego. Zastanawiam się gdzie posialiśmy teczkę Freda z różnymi jego dokumentami ze szkoły, chyba została w mieszkaniu teściów. Mnóstwo zdjęć czeka na zdigitalizowanie, to ogrom pracy, jeszcze jej nie zaczęłam, poprzeglądałam tylko co nieco, zanurzyłam się w przeszłości, podumałam. Katlin zaszła nam powiedzieć, że zmarła siostra Thomasa, Kochany zmęczony, ja rozmiękczona, pora wygaszać niedzielę. Obejrzeliśmy dwa ostatnie odcinki Czarnej żmii IV, zabawne, ale finalnie minorowe. Oczywiście za późno jest na mycie włosów (o tym też zapomniałam). No to ziew, pora pod prysznic i spać.

sobota, 9 kwietnia 2022

844. W domu.

Rano, po czterech godzinach snu, taki widoczek roztapiający serduszko:


W lodówce pustki, więc po bezsensownym kręceniu się i wypiciu płynów pobudzających, wybyliśmy na zakupy spożywcze przez Termon, gdzie zjedliśmy śniadanie (a tam mały Ethan z mamą, machałam, gadaliśmy). Umysł mam tak rozmiękczony, że siedząc obok Freda deliberuję np. nad różnicą pomiędzy słowami ciecz i płyn. Prezenty dla sąsiadów nadzorujących Rysia zostały zakupione: dla Katlin porcelanowa etażerka do ciasta, dla Anne zestaw ręcznik + podstawki pod kubki z kocim motywem, dla Anny porcelanowa maselniczka z krówką. Po powrocie do domu słuchamy płyty Defektu Muzgó Lekcja historii (2004) przywiezionej z Polski, potem super składanki Magiel Wagli (2012). Większość soboty towarzyszy mi senność i uczucie, że wróciłam do domu. Pogoda jest zwodnicza — pomimo słoneczka, które zachęciło mnie z rana do natychmiastowego włączenia pralki, przejmujące zimno utrzymuje się przez cały dzień.

Zajrzała do nas kobitka (Mary, jak pamiętam) od spisu powszechnego, nadal nie mieliśmy zrobionych papierów, obiecała, że wpadnie jutro, albo w poniedziałek, więc wykonuję nadludzki wysiłek pozbierania tych paru komórek mózgowych i wypełnienia druku o domu, wykształceniu, językach i in. Jeszcze kiwam palcami stóp przy muzyce i dopijam wodę, ale spanko będzie wcześniej niż później, bo mało zdolna dzisiaj jestem.

piątek, 8 kwietnia 2022

843. Długi dzień.

Późna pobudka, kaszanka na śniadanie, kawa z babcią Manią. Obok mnie śpi Maksio, który każdego ranka, konsekwentnie po naszej pobudce właził nam do łóżka, przytulał się i zasypiał (taki jego savoire-vivre). Pościel już złożona do prania; Fred pokaże tacie jak działa nasz stary-nowy samochód; zbieramy się w sobie.
___
edit 9:00 dnia następnego, gdyż dzień słusznie długim został nazwany. Wylecieliśmy po północy, spóźnieni. Do stolicy Irlandii dotarliśmy o drugiej czasu lokalnego, w domu byliśmy przed czwartą rano. Zanim do tego doszło, spędziliśmy ostatnie chwile w Polsce tarmoszącza uszy różnych mieszkańców i popijając trunki, np. wspomnianą kawę z babcią Manią.

Moi rodzice w asyście Maksia odwieźli nas na lotnisko. Nie posiedzieli z nami przed dalszą drogą właśnie ze względu na psa, który z powodu rasizmu musiał pozostać w samochodzie. Przepakowaliśmy tylko walizki zostawiając w Polsce Fredowy album ze zdjęciami z przełomu lat 60/70tych (stanowił zbyt duży balast). Już przy bramce zaczepiła nas mała Justina, która też wracała z matczyzny (z partnerką), referowaliśmy jej trochę gdzie, co i dlaczego naszej wizyty. W locie (samolot pełen, na szczęście ludzie w większości zmęczeni i nienarzucający się) szybko dopadła mnie senność, przez to solidnie zbudowany, włochaty steward roił mi się jako jeden z bohaterów Przelotnych kochanków Almodovara (trwałam w nadziei, że zacznie tańczyć, ale nic z tego). Po wejściu do domu wzruszenie — kot siedział zaspany w pościeli, wprawdzie na moment wybiegł na dwór, jak to on, ale zaraz wrócił, zjadł ulubiony pasztecik i zasnął obok nas, wcześniej długo pomrukując w ciemności.

czwartek, 7 kwietnia 2022

Postscriptum #842.





842. Dzień przedostatni.

Dłuższy spacer po śniadaniu odbył się w ciepłym wietrze. Byliśmy na cmentarzu u dziadka Bronka i cioci Stachy, więc miam okazję zauważyć sporo nowych grobów z czasów covidowych. Zaszliśmy też do młyna, niestety zamknięty jest na głucho, i to od kilku miesięcy, co wiemy od napotkanej pani Mirki, która jak zawsze przy takiej okazji wypowiedziała mnóstwo słów. Wychowała się w Bieniakoniu i mówi nam, żebyśmy tu (na wschód Europy, znaczy) nie wracali, bo nie ma czego żałować. 

Zaraz po powrocie ze spaceru Fred nas odprawił. Okazuje się, że przy wjeździe do Irlandii nie ma już formularzy potwierdzających lokalizację, odpadła kolejna biurokratyczna pierdółka dręcząca ludzi w pandemii.

Dopełnieniem dnia była poobiednia wizyta na Brochowie u ciotki Mery, którą spotkaliśmy ostatnio tydzień temu na pogrzebie. Ciotka Freda, dodajmy, tak oryginalna jak cała reszta rodziny. Posiedzieliśmy przy kawie/herbacie i cieście, poopowiadaliśmy o sobie i o świecie, towarzyszyły nam przy tym dwie czarno-białe koteczki, jedna chudzina, druga grubina. Przy wyjściu dostaliśmy w prezencie gigantyczne wydanie Biblii z komentarzami Wojtyły (2014, ze złoconymi brzegami) i tomik Dwie połówki jabłka Załęskiej (2020). W drodze powrotnej złapał nas porywisty deszcz na Wysokim Kościele, to podobnież efekt niżu Nasim (jak Fred wyczytał już w domu, po tym jak na kolację napchaliśmy się kanapeczkami).

Z rzeczy smutnych (a nikt smutków nie lubi): Rózia jest nadal chora. Bidulka z niej, mało je, głównie śpi, mam nadzieję, że się jej nie pogorszy.

środa, 6 kwietnia 2022

841. HB2U.

Kochany kończył dzisiaj kolejny roczek. Mieliśmy na popołudnie umówionego fryzjera, więc najpierw ... trzeba było wstać, i akurat mnie trochę zeszło. Naprawdę miło się spało, chociaż w nocy w nogach łóżka zainstalował się Wojtuś, a nad ranem Maksiu. Widocznie podkurczanie nóg mam opanowane i nie przeszkadzało mi to tak bardzo. W południe pojechaliśmy do lokalnego Chińczyka na chińszczyznę, obiad doprawiłam sobie dwoma rożkami toffi po których wylądowałam na fotelu. Niczego nowego na głowie nie zażądałam, Fred też klasycznie, oboje jesteśmy zadowoleni. Po fryzjerze poszliśmy na idealną kawę serwowaną przez Cezarego:

Cezary to miły chłopak, zastaliśmy też młodego miłośnika kawy, który wstąpił do El Gato po lekcjach. Fajne te dzieciaki, mają pasje, zainteresowania, mogłabym adoptować :) Po kaffce kalatea picturata została zakupiona jako prezent dla babci Manii i fru, jedziemy do domu. Reszta późnego popołudnia minęła m.in. na odbieraniu telefonów od życzeniodawców (Fred) i oglądaniu Fredowych zdjęć z okresu trudnej młodzieńczości (reszta rodzinki).

Postscriptum #839-840.

 




wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.

niedziela, 3 kwietnia 2022

838. Wspomnienia, zmarznięte pawie, zapach jaśminu.

Rano nasiadówka uniwersytecka, boli łeb, dochodzę do wniosku, że jestem głupia i nie chce mi się uczyć. This too shall pass. Natomiast to, co mnie zafascynowało, to kilka kopert pełnych wzruszeń, starych fotografii Freda z czasu burzy, naporu i młodocianego łażenia po górach z gitarą. Dobrze, że nie dałeś się zabić!

Zdjęcia, papierzyska i parę książek w nadwyrężonych czasem okładkach bierzemy ze sobą w dalszą drogę, będziemy przeglądać i się cieszyć, może nawet w większym gronie, bo jutrzejsza podróż na Dolny Śląsk odbędzie się niespodziewanie ze sporym objazdem przez Wawę. Kot od Fredowej (podobno zapomnianej) wielbicielki:

Teraz będzie mój.
Szukam lokalizacji grobu dawnej dziewczyny Freda, której parę zdjęć zachowało się w tym chaotycznym archiwum. Bez sukcesu. 

Po moich mało udanych usiłowaniach studenckich (ufam, że wszystko zdołam nadrobić, tylko, na bogów, nie zawracajcie mi głowy w tym tygodniu!) zjedliśmy obiad i pojechaliśmy na cmentarz komunalny z którego widać dymiące kominy. Wieża granulacyjna mocznika, Elwira go projektowała, uświadamia nas teściowa. Nie mam pojęcia o co chodzi, Fred rozumnie potakuje głową, a nawet zadaje pytania pomocnicze, bo wie, czego nie wie, a tamten to instalacja odsiarczania elektociepłowni? 

Przed wmężeniem się w tę rodzinę nie robiłam zdjęć dymiącym kominom, ale wszystko się zmienia, jak widać. Po zapaleniu zniczy podjechaliśmy pod pałac, gdzie pawiom marzną nóżki, a pawie spojrzenie mówi wszystko o słusznie ujemnej ocenie aktualnej aury.




Chociaż śnieg dzisiaj nie padał, nadal jest zimno i po raz kolejny w czasie naszego pobytu w mieście lądujemy w okrąglaku, ciepłym, pełnym młodych ludzi. Zamawiam cappuccino, Fred flat white, teściowa herbatę jaśminową, jest naprawdę miło, znowu się potwierdza, że bez polityki i katolickich zabobonów da się porozmawiać z sensem. Herbata przywołuje wspomnienie zapachu rodzinnych zjazdów imieninowych w ogrodzie babci Antoniny. 

Gdy odstawiamy samochód do garażu zauważam, że jest w tym miejscu kurze zagłębie, przynajmniej sześć nastroszonych grzywaczy przygląda się nam z wysokości. Więc jeszcze dwie zmarznięte kury:


Zdjęcia drobiu wszelakiego robiłam Lumixem teścia, prezentem od żony na ostatnie imieniny przed pandemią — aparat jest całkiem niezły i prawie nieużywany, ciekawe jak będzie w nim wyglądała Irlandia. Już się pakujemy, chociaż wcale mi się nie spieszy, bo jak jest dobrze, to po co zmieniać, prawda? Ale wyjechać trzeba. Nigdy nic z tego, co cenię, nie wydarzyło by się, gdyby nie gotowość do podróży. Trochę się grzebię, z oczywistych powodów.

sobota, 2 kwietnia 2022

837. Śnieg.

Śnieg. Śnieg. Śnieg. W śniegu pani Z-wa ciągnie torbę na kółkach po osiedlowym chodniku, Fred ją zaczepił, żeby mnie przedstawić, a ona tak się ucieszyła, jakby to ją własny syn zaczepił (zakładając, że to byłby fajny syn).

Wyszliśmy na spacer po mieście niezbyt daleko, w parku białe ścieżki, rzuciliśmy więc tylko okiem telefonu na pałac (podarowany nam aparat fotograficzny teścia dopiero ładował akumulator) i ślady parkowych pawi. Ptaki na mieście bardzo są zaskoczone zmianą pogody i skarżą się przechodniom.



Po przystanku w Herbaciarni Czartoryskich wróciliśmy do domu na obiad i posiaduchę ze Stu i rodzinką, która przyjechała z Wawy (młodszy narybek przypomina mi Freda ze zdjęć z dzieciństwa!). Musiałam sobie przerwać, bo miałam dzisiaj wykład z emocji (na szczęście okazał się ciekawy, o tyle o ile). Potem chwile ciszy, dalsze opady śniegu. Zadzwoniliśmy do babci Mani z życzeniami urodzinowymi, a tam niespodzianka — z tej nadobnej okazji do rodziców przyjechał ostatni żyjący brat babci wraz ze swoim synem. Wujek był tak samo w złym humorze jak go pamiętam z ostatnich wizyt wiele lat temu, mimo wszystko uważam, że to miło. Byleby krótko, ale miło. 

Wieczorem seminarium mgr (dr Pierzasta za bardzo mi nie pomogła w rozwoju tą razą). Zwalniam sama siebie z dużego wysiłku intelektualnego (z góry postanawiam, że jutrzejsze zajęcia mi się nie spodobają). Jestem rozleniwiona, trochę jak na nieustających wakacjach.

piątek, 1 kwietnia 2022

Postscriptum #836.

Na śniadanie jemy m.in. puławianki, potem żegnamy się z dwojgiem Usz, którzy maszerują na pociąg. Śnieg pada i pada, prawdziwe prima aprilis. W śniegu tym wyjechaliśmy z teściową załatwić sprawy finansowe, żeby po odfajkowaniu nudnych obowiązków skręcić do Kazimierza. I tak sobie z mężem rozmawiamy o wczorajszym nędznym kazaniu, w którym teść, dzięki któremu mieszkańcy mieli w domach ciepełko, został sprowadzony do działacza w jakimś tam kółku różańcowym. Ech no, taki klub. Z Kazikiem nie widzieliśmy się od naszej podróży poślubnej, on też przysypany śniegiem, więc zamiast go obspacerować weszliśmy do Herbaciarni U Dziwisza, a tam na stoliku były np. dzienniki Błoka:


I herbaty oczywiście (moja biała malinowa goji, Freda pikantna malina) plus czekolada (czarna, teściowej):


Oraz koty:


A ze ściany patrzyła na nas pani podobna do znajomej księgowej, z domu Cebula, po mężu Oszust:


Teściowa jak dziewczynka, ma papajkę w ciemnej czekoladzie, w tle opera barokowa, siedzimy, rozmawiamy o neutralnych sprawach, trochę też o przeszłości, co mamie Freda chyba sprawia przyjemność. Wspomniałam koty?


Wisła bieleje śniegiem.

Po powrocie do domu zaczęliśmy przeglądać i segregować ubrania teścia (część zabierzemy do chłopaków, inne pójdą do lokalnej zbiórki używanej odzieży). My z rękami w ubraniach, teściowa w kuchni z Radiem Maryja przygotowywała obiad. Rozpoznaję jasny garnitur, który teść miał na sobie w czasie naszego ślubu (kieszenie są nadal zaszyte), oglądamy prochowiec porucznika Colombo i niezliczone poliestrowe krawaty, oraz błam, gigantyczny płaszcz po jakimś wujku teścia, uszyty pewnie zaraz po wojnie. Zatrzymuję sobie na pamiątkę fioletowy, kaszmirkowy krawat, który tata dostał od Freda. Wszędzie po kieszeniach znajdujemy jednorazowe chusteczki (jak u mojego Kochanego, genetyczne uwarunkowanie zapewne). No i tak, zmorzyło mnie, położyłam się na chwilę na tapczanie i przeleżałam czas, gdy teściowa wybyła na wieczorną mszę, mąż w tym czasie posegregował wszystko do końca. Zadzwoniliśmy do Katlin (kot ma się dobrze). Dzień minął szybko, na zewnątrz napadało grudniowego śniegu, grzywacze wyglądają na drzewach jak wielkie, zmokłe kury. Na późną kolację objadamy resztki śniadankowe, jakby się kto zastanawiał nad puławiankami, to:

836. 7:35 (czasu polskiego).

Kochany jeszcze śpi, za oknem przed chwilą zerkało na mnie szare oko kawki, która zasiadła na balkonie, żeby wydrzeć kawałki pozostawionej tam starej gazety. Śnieg czy nie, będzie gniazdko na osiedlu.

Postscriptum #835.

Dużo ludzi. Sporo rodziny. Zimno. 

Przed mszą w Garnizonowym omijając różaniec poszliśmy się ogrzać herbatą w okrąglaku. Stypa przy Alei Królewskiej (w Sybilli) trwała ponad dwie godziny. Ludzie przyjechali z Dolnego Śląska, Krakowa, Łodzi, czekała na nich długa droga powrotna. Na cmentarzu zaskoczyli nas swoją obecnością Norbert i Andrzej (byli tam tylko ze względu na znajomość z nami). No i tyle, teść został pochowany w szary dzień w miejscu z widokiem na dymiący komin Azotów. Czwartek skończyliśmy tak jak został rozpoczęty, w pięć osób, rozmawiając o przeszłości, kotach, muzyce. A dzisiaj na miasto spadł śnieg ...